II
wojna światowa – wydawać by się mogło, że już wszystko o niej
napisano, a literatura była jednym z terenów, na którym padły
najważniejsze pytania. Jednak po latach ciągle okazuje się, że
ten temat jest niewyczerpany. Są zagadnienia, o których dotąd
mówiło się zbyt cicho, żeby były powszechnie znane. Są też
takie, którym pozwoliliśmy blaknąć, nie poświęcając im
należytej uwagi. O tych pierwszych opowiada książka Mam na imię Marytė, którą niedawno polecałam. Z kolei Góra Tajget jest głosem
w sprawie tych drugich.

Powieść
Anny Dziewit-Meller dołącza więc do innych książek poruszających
temat eugeniki (jak choćby Higieniści Macieja Zaremby Bielawskiego
albo Wybrańcy Steve'a Sem-Sandberga), ale zaznaczyć trzeba, że
choć Góra Tajget opiera się na prawdziwych wydarzeniach, nie jest
reportażem. W związku z tym autorka mogła wybrać mniej oczywisty
sposób na przedstawienie tej historii. Oddała głos kilku postaciom
– ofiarom, oprawcom i urodzonym już po wojnie ludziom, którzy nie
mogą pozwolić, by pamięć o tamtych zdarzeniach umarła. Co
ciekawe mało tutaj jest powiedziane wprost, nie ma rozbudowanych
statystyk i dokładnej analizy sytuacji, a jednak treść nie jest
przez to mniej uderzająca. Na pierwszy rzut oka narracja jedynie
krąży wokół sedna, ale cała brutalność akcji T4 (i wojny w
ogóle) wyłania się z doświadczeń i emocji bohaterów.
I tak Góra
Tajget z książki o okrucieństwie nazistów staje się opowieścią
o strachu i odwadze, o nieukaranych zbrodniach i o pamięci, która
jest jedynym zabezpieczeniem przed kolejnymi takimi nieludzkimi
wydarzeniami w przyszłości.
Ma prawie
wszystko, żeby można było wymieniać ją jednym tchem z
najciekawszymi polskimi powieściami ostatnich lat – ważny temat,
niebanalny pomysł na formę i doskonały tytuł*. Sęk w tym, że Góra Tajget ma
też istotną wadę – jest nierówna. W poszczególnych rozdziałach
zmieniają się style narracji, a autorka nie ze wszystkimi radzi
sobie sprawnie. Szczególnie tam, gdzie pojawia się potoczna polszczyzna, znika
płynność i język staje się sztuczny. Między innymi z tego
powodu niektóre rozdziały są mniej wiarygodne. Może to kwestia
niedostatków warsztatu, a może niedostatków redakcji, która
przepuściła na przykład „gromkie
spojrzenie”
w rozdziale o Zefce. W każdym razie książka wydaje się
niedopracowana, a przecież tak ważny temat zasługuje na najlepszą formę!
Umiecie
przymykać oczy na potknięcia? To przeczytajcie. Bo ostatecznie chodzi o
to, żebyśmy nie zapomnieli, do czego ludzie bywają zdolni.
* Według Plutarcha w masywie góry Tajget Spartanie zostawiali niepełnosprawne noworodki. Całkiem niedawno okazało się, że Plutarch trochę nazmyślał.
Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, Wydawnictwo Wielka Litera 2016.