Żądła rządzą

Dawno, dawno temu, kiedy chciało się poczytać o zwierzętach, szukało się tekstów Wajraka. A później nastała pierwsza moda literacka, której przyklasnęłam, i jak grzyby po deszczu zaczęły się pojawiać ciekawe książki o naturze. Przy okazji odkurzono też te starsze, przeproszono Simonę Kossak, przywołano Alexandra von Humboldta i teraz prawie każde* wydawnictwo ma w swojej ofercie jakąś książkę z przyrodą na pierwszym planie.

Marginesy mają takich książek sporo (pamiętacie na przykład Czochrałem antarktycznego słonia?), a całkiem niedawno dorzuciły jeszcze Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami

ŻĄDŁA RZĄDZĄ

Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami, Dave Goulson
Dave Goulson jest profesorem biologii, specjalistą od trzmieli i założycielem Bumblebee Conservation Trust. Można więc przypuszczać, że na tych owadach zna się jak mało kto. Siedemnaście rozdziałów jego książki, to opowieści o losach trzmieli, począwszy od XIX wieku aż do roku 2013, kiedy Goulson kończył pisać Żądła.

Są tutaj ciekawostki, na przykład jakie trudności napotyka się, badając te owady, albo skąd trzmiele wzięły się w Nowej Zelandii, czy też jaki wpływ na ich losy miał Hitler. Ale dowiecie się też absolutnych podstaw – gdzie żyją, jak ich krótkie życie wygląda i do czego w ogóle trzmiele są potrzebne ludziom.

To szczególnie ważne, bo o pszczołach już chyba pamiętamy – z literatury (popularno)naukowej do beletrystyki wyfrunęła nawet straszna perspektywa ich wyginięcia – trzmiele nie mają takiej siły przebicia, a im też przydałaby się nasza pomoc.

Żądła rządzą to skarbnica wiedzy o tych owadach (o pszczołach też). To nie jest tak jak w Dwunastu srokach za ogon, gdzie czytało się o ptakach, a przy okazji o kulturze i popkulturze. Nie, u Goulsona trzmiele są naprawdę na pierwszym planie. Czuje się, że to właśnie naukowiec oprowadza nas po ich świecie. Zafascynowany tymi owadami, ale jednak badacz, co widać już w prologu.

Pamiętacie pierwsze rozdziały książek Wajraka, Golachowskiego, Łubieńskiego? Wszystkie zaczynały się od opowieści o początkach ich zainteresowań. Dave Goulson też od tego zaczyna, tyle że jego historia jest nieco makabryczna – przypadkowe gotowanie zawartości akwarium, równie przypadkowe przypiekanie trzmieli, amatorskie operacje... Sami wiecie, dzieci czasem eksperymentują ze zwierzętami. Później jedne się tego wstydzą, a inne najwyraźniej zostają naukowcami i robią dobre rzeczy dla trzmieli.
Jeśli dziś nauczymy się chronić trzmiele, to może jutro uratujemy świat**?
Wiem, wiem, ten cytat pachnie patosem, ale po przeczytaniu Żądeł zrozumiecie, dlaczego poważne pytania są uzasadnione, gdy mowa o trzmielach. Możecie zresztą być spokojni, pozostałe rozdziały są utrzymane w lżejszym tonie. Autor wprawdzie nie ma charyzmy Golachowskiego, nie porywa stylem, ale nadrabia dużą wiedzą i talentem do jej przystępnego przekazywania. Wyjść od genetyki trzmieli, żeby wyłożyć budowę ich społeczności? Proszę bardzo, Goulson potrafi to zrobić, a żarty o zasypianiu nad tym rozdziałem dodaje chyba tylko z kokieterii.

Takie książki przynosi moda na przyrodę. I bardzo dobrze, niech trzmiele rządzą.


* Szczerze mówiąc, nie sprawdziłam, ale nie zdziwię się, jeśli jednak każde. I absolutnie nie będę narzekać! 
** Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, nie mogę podać numeru strony, ale znajdziecie go na końcu rozdziału Powrót królowej.

Tytuł oryginału: A Sting in the Tale
Przełożyła Anna Bańkowska

I wszystko jasne, znamy już finalistów ósmej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki:

Delhi. Stolica ze złota i snu, Rana Dasgupta
Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Cezary Łazarewicz
Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, Ed Vulliamy

i tłumaczenie Joanny Malawskiej książki Legenda żeglujących gór Paolo Rumiza

Trzeba zauważyć, że Jury kolejny raz podkreśliło, że indeksy i bibliografie powinny być w reportażach normą. Ich brak obniża wartość dokumentacyjnej pracy autorów, może odbierać im szanse na ważne nagrody i jest wyrazem braku szacunku dla czytelników. To przykre, ale te uwagi nie zaskakują. Co jakiś czas budzą się dyskusje na temat plagiatów w reportażach, mówi się też o konieczności fact-checkingu

A teraz czas na przyjemniejsze obserwacje w finale są trzy książki, które sama wytypowałam w ostatniej Trójce Ekrudy. W dodatku jest wśród nich Bieżeństwo 1915, a na to najbardziej liczyłam! 
Co ciekawe, Wydawnictwo Czarne znowu ma olbrzymie powody do radości, bo zdecydowanie zdominowało tę listę. Tylko Głód został wydany przez Literackie, reszta książek nosi logo Czarnego.

Zaczynamy trzymać kciuki. Laureata ósmej edycji poznamy 21 maja.    
  

Chcecie więcej?
Oficjalna strona Nagrody  
Zaglądajcie na Ekrudę, niebawem opowiem o pozostałych książkach-finalistkach! 

Wielkimi krokami zbliża się czas, kiedy poznamy najlepszą piątkę ósmej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. To chyba ostatnia chwila, żeby wystawić na próbę intuicję i wytypować własnych finalistów! Zaczynamy?

Najlepsze reportaże: Caparros, Boni i Kopińska.

Głód, Martín Caparrós

reportaż Głód, Martin Caparros
Książka Caparrósa to monumentalny reportaż o głodzie. Argentyński pisarz przemierzył świat tropem ubóstwa i niedożywienia. Niger, Indie, Bangladesz, Stany Zjednoczone, Argentyna, Sudan Południowy, Madagaskar – wszędzie tam badał mechanizmy, które idą w parze z głodem. Pytał o przyczyny nierówności, towarzyszył ludziom, którzy próbują z nią walczyć, próbował zrozumieć, jak myślą najbiedniejsi. Chciał wiedzieć, dlaczego ciągle nie umiemy skutecznie zapobiegać śmierci z niedożywienia. 

Przeprowadził mnóstwo rozmów, przytoczył ogrom liczb, niewygodnych  faktów i pokazał, że historia ludzkości to równocześnie historia głodu.

Ta książka zawstydza. Jest jednym wielkim pytaniem:
Jak, do diabła, możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy*?
Martín Caparrós, Głód, Wydawnictwo Literackie 2016. 

Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska

reportaż Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska
Czytelnicy Justyny Kopińskiej jak jeden mąż powtarzają, że ta książka boli. Nie mogłoby być inaczej skoro, autorka odważnie odkrywa wszystko to, co w naszym kraju straszne, brzydkie lub wstydliwe. To trochę tak jakby Kopińska wstawiała się za krzywdzonymi i zdejmowała z nas jakiś fragment bezsilności, którą czuje się w starciu z silniejszym. Bo może nie jesteśmy jednak do końca bezradni wobec wszelkiej maści oprawców, skoro jest ktoś, kto potrafi obnażyć ich winy?

Polska odwraca oczy to świetnie napisane reportaże o ludziach, którzy wykorzystują przewagę, o chorych zależnościach, bałaganie, łamaniu procedur i nieskutecznym wymiarze sprawiedliwości. Jeśli jest coś, co nie podoba wam się w naszym kraju, możecie być pewni, że Kopińska wyciągnie to na światło dzienne. Bezkompromisowe, wyraziste w formie, rozprawianie się z bylejakością. 

Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, Świat Książki 2016.

Ganbare! Warsztaty umierania, Katarzyna Boni

reportaż Ganbare! Katarzyna Boni
Na koniec zostawiłam perełeczkę, przepięknie napisane Ganbare! Warsztaty umierania. Ta książka to niemal poezja pod płaszczykiem reportażu. Bo to przecież nie lada sztuka pisać o tragicznych wydarzeniach  – trzęsienie ziemi, tsunami i wybuch w elektrowni jądrowej – wymieszać katastrofę, smutek, odrobinę magii i uniknąć banału, nie wpaść w kicz. A Boni potrafiła napisać subtelny reportaż, który porusza do trzewi.

Jest tylko jedna wątpliwość, która towarzyszy tej książce. Autorka przyznała, że ze względu na styl usunęła przypis z oznaczeniem źródła cytatu. To nie powinno się wydarzyć, a jury pokazywało już, że przywiązuje wagę do rzetelności nominowanych reportaży, więc cena za ten błąd może być wysoka. Byłoby szkoda, gdyby tak oryginalna książka straciła szansę na finał! Co o tym myślicie?

Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania, Agora SA 2016.

Gdybym to ja mogła decydować, o Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego walczyłyby tym razem właśnie te książki. Oprócz nich Wojna umarła, niech żyje wojna Eda Vulliamy'ego i oczywiście Bieżeństwo 1915, które ostatecznie nagrodziłabym w finale. A nagrodę dla autora przekładu przyznałabym Marcie Szafrańskiej-Brandt, która przetłumaczyła Głód.

O! Tak to sobie wymyśliłam. A jak wyglądałby Wasz finał? Puśćcie wodze wyobraźni, jury utemperuje ją dopiero piątego kwietnia.


Chcecie więcej?
Inne teksty o Nagrodzie im. Ryszarda Kapuścińskiego
Strona Nagrody  

* To pytanie zresztą całkiem dosłownie co rusz powraca na kartach książki.

Śledzicie nagrody literackie? Moja ulubiona, Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego, wchodzi właśnie w najciekawszy etap – na początku kwietnia poznamy tytuły pięciu reportaży, które będą walczyć o tytuł laureata ósmej edycji. Tymczasem możemy przyjrzeć się nominowanym książkom:

Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Aneta Prymaka-Oniszk
Delhi. Stolica ze złota i snu, Rana Dasgupta
Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna, Monika Sznajderman
Ganbare! Warsztaty umierania, Katarzyna Boni
Głód, Martín Caparrós
Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska
Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia, Witold Szabłowski
Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, Ed Vulliamy
Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje, Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz
Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Cezary Łazarewicz

Każdego roku obserwuję nominacje i współczuję jurorom – jak z dziesięciu bardzo dobrych książek wybrać pięć najlepszych, a potem tę jedną, która zasługuje na szczególne wyróżnienie? Ale nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała swoich sił! Wytypowałam już własną finałową piątkę, a o pierwszej z książek, na które stawiam, muszę natychmiast opowiedzieć! Kto wie, może to ostatnia chwila, żeby napisać: czytałam Prymakę-Oniszk, zanim to było modne.

BIEŻEŃSTWO 1915


Bieżeństwo 1915, Aneta Prymaka-Oniszk, reportażByło lato 1915 roku, pierwsza wojna światowa przetaczała się właśnie przez Europę, teraz front zbliżał się do zachodnich krańców Imperium Rosyjskiego. Armia rosyjska wycofywała się, zabierając lub niszcząc wszystko, co miało wpaść w ręce Niemców. Wywożono całe fabryki, instytucje, przepędzano zwierzęta. A ludzie? Kilka milionów ludzi porzuciło swoje ziemie, nierzadko tracąc dorobek całego życia, żeby schronić się w głębi Rosji. Wielu nigdy tam nie dotarło, wielu nigdy nie wróciło w rodzinne strony. Byli wśród nich Białorusini, Ukraińcy, Polacy, Żydzi, Łotysze – wszyscy ci, którzy żyli wcześniej razem na styku kultur w zachodnich guberniach Cesarstwa Rosyjskiego.
W języku rosyjskim, z którego słowo „bieżeństwo” zostało zaczerpnięte, oznacza ono uchodźstwo. Ale dla wielu osób pochodzących z wschodniej Polski bieżeństwo to rodzaj nazwy własnej. To najważniejsza i najbardziej wstrząsająca historia z całego XX wieku. Nawet bardziej destrukcyjna i tragiczna niż II wojna światowa*.

Aneta Prymaka-Oniszk zna bieżeństwo z domu. W rodzinach uciekinierów opowiadało się o tym. Do czasu, bo z upływem lat świadków tamtych wydarzeń ubywało i pamięć blakła. A przecież nie można dopuścić do tego, żeby zapomniano o czymś, co zmieniło życie milionów ludzi, i ukształtowało całe pokolenia. Nie mogłoby być inaczej – po czterech latach pracy powstała książka, która się bieżeńcom należała – Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy.

Poszukiwania śladów nie były łatwe, bo bieżeństwo to temat zaskakująco słabo zbadany. Autorka dotarła wprawdzie do opracowań, które choć częściowo o nim wspominały, ale najważniejsze były dla niej relacje uczestników tamtych wydarzeń. To dodatkowe utrudnienie – Prymaka-Oniszk próbowała zrekonstruować losy chłopów, w większości niepiśmiennych, którzy rzadko zostawiali po sobie zapiski. Wyobraźcie to sobie – cała bogata, kompletna opowieść została odtworzona ze strzępków wspomnień, artykułów z prasy współczesnej i archiwalnej, pamiętników.

Przywodzi mi to na myśl Cesarza Ameryki Martina Pollacka – nawiasem mówiąc, książka Prymaki-Oniszk w niczym mu nie ustępuje – oba reportaże pokazują historię w dużym zbliżeniu. Potężne zjawisko (odpowiednio ucieczka z Galicji i bieżeństwo wgłąb Rosji) przez pryzmat losów konkretnych ludzi. Dlatego te książki tak mocno przemawiają do wyobraźni, bo liczby robią ogromne wrażenie, ale to z jednostkami można się utożsamiać.

Aneta Prymaka-Oniszk przeanalizowała chyba każdy aspekt wędrówki bieżeńców. Począwszy od powodów, dla których ludzie w ogóle wyruszyli, przez straszliwe problemy z którymi zmagali się w drodze, aż po konsekwencje uchodźstwa. Pokazała różnice między narracją chłopów i szlachty, która również uciekała, ale wcale nie uważała się za bieżeńców. Wreszcie autorka zwróciła nawet uwagę na to, jak z biegiem lat zmieniały się relacje na temat tego uchodźstwa, wygładzały się wspomnienia i piękniała pamięć o Rosji.

To w pełni zasłużone, że książka Anety Prymaki-Oniszk zdobywa kolejne nominacje i wyróżnienia. Bieżeństwo 1915 to ocalone od zapomnienia fakty, opatrzone tłem i kontekstem. Jest tu rzetelna blibliografia, są fotografie. Ale opowieść jest pełna także dlatego, że autorka nie bała się na marginesie ujawnić swoich emocji. To chyba najlepiej pokazuje, że ta historia zostawiła ślad w kolejnych pokoleniach. Zostawi też w czytelnikach.



Chcecie więcej?

* Aneta Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wydawnictwo Czarne 2016, s. 12.
Aneta Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wydawnictwo Czarne 2016.

W Trójce Ekrudy pierwszy raz mowa o poezji. Ba, w ogóle na Ekrudzie wcześniej nie pojawiały się wiersze. Ale dziś jest wyjątkowa okazja i trzeba ją uczcić – setna rocznica urodzin Zuzanny Ginczanki.

Słyszeliście wcześniej o Ginczance? Była utalentowaną polską poetką*, należała do tak zwanego drugiego pokolenia Skamandrytów. Pamiętacie te opowieści o warszawskich kawiarniach, w których spotykała się artystyczna cyganeria dwudziestolecia międzywojennego? W Małej Ziemiańskiej u boku Tuwima, w Zodiaku z Gombrowiczem – Ginczanka należała do tego szalonego towarzystwa.

Wiersze Zuzanny Ginczanki ukazywały się w Wiadomościach Literackich, potem w Szpilkach, w końcu w pierwszym (i jedynym) tomie O Centaurach. Młodziutka poetka zapowiadała się wspaniale. Co było dalej? Druga wojna światowa. Ginczanka została rozstrzelana w 1944 roku w Krakowie, miała wtedy zaledwie dwadzieścia siedem lat.

trójka ekrudy, poezja, zuzanna ginczanka

Twórczość Ginczanki dopiero się kształtowała, były tam wiersze słabsze, były i literackie perełki. Można jednak, za przykładem Izoldy Kiec**, wyróżnić kilka okresów, w których poezja Zuzanny Ginczanki zmieniała się i dojrzewała. Wybrałam trzy wiersze, które reprezentują różne etapy: od poezji radosnej, pachnącej Skamandrem przez tę poszukującą własnej drogi, przeczuwającą już nieszczęście, ale ciągle jeszcze przeplataną satyrą spod znaku Szpilek aż po dojrzałą, pogodzoną z nadchodzącą katastrofą.

MITOLOGIA RADOSNA

Jak Atlas dźwigam hardo na barkach własne niebo –
wzwyż się przedłużam pionem:
azotu –
pary –
tlenu –
barometr serca krew ciśnie jak rtęćne srebro,
by zmierzyć ciężar szczęść
na skali pulsu przemów;

lecz nie znam wcale cyfr, o których cyrkle prawią
i nie znam wcale liczb barometrycznych ciśnień,
gdy nocą brzemię nieb
w konarach
moich
ramion
zakwita jaśnią gwiazd jak drobnokwietną
wiśnią –

To jest nie lada sztuczka:
udźwignąć własne szczęście –
radośnie,
świętokradzko
nie ugiąć się pod niebem –
– jak Atlas dźwigam hardo na barkach siną przestrzeń,
na której słońce z miedzi
jaskrami
znaczy
przebieg. –

WYJAŚNIENIE NA MARGINESIE

Nie powstałam
z prochu,
nie obrócę się
w proch.
Nie zstąpiłam
z nieba
i nie wrócę do nieba.
Jestem sama niebem
tak jak szklisty strop.
Jestem sama ziemią
tak jak rodna gleba.
Nie uciekłam
znikąd
i nie wrócę
tam.
Oprócz samej siebie nie znam innej dali.
W wzdętym płucu wiatru
i w zwapnieniu skał
muszę
siebie
tutaj
rozproszoną
znaleźć.

***

Non omnis moriar – moje dumne włości,
Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,
Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera.
Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.
Bliscy moi – nie lutnia to, nie puste imię.
Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy,
Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze –
Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku
Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota
W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.
 O jak będzie się palić w ręku im robota,
Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,
Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn
Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;
To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym
I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni.


Taka była Zuzanna Ginczanka. Powinniśmy częściej o niej mówić.


* Ginczanka (jej prawdziwe nazwisko to Gincburg) urodziła się w Kijowie, wychowała się w Równem i była żydowskiego pochodzenia, a do Warszawy przyjechała dopiero w 1935 roku, ale sama uważała się za polską poetkę. 
 ** Pisząc o Ginczance korzystałam z tomu Udźwignąć własne szczęście (wydała go w 1991 roku BRAMA – Książnica Włóczęgów i Uczonych), który przygotowała i opatrzyła bardzo ciekawym wstępem Izolda Kiec. A jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, sięgnijcie po świetną monografię Zuzanna Ginczanka. Życie i twórczość również autorstwa Kiec (Obserwator 1994). 

Zdjęcie pochodzi z domeny publicznej, autor nieznany.

Z trzecią odsłoną Muzyki z książek przenosimy się do lat sześćdziesiątych, a to za sprawą Larsa Saabye Christensena. Opowiadałam już o jego powieści Beatlesi, teraz czas na odpowiednią oprawę muzyczną! 

Muzyka z książek, beatlesi, Lars Saabye Christensen

Rzecz jasna na tej playliście najwięcej będzie piosenek z repertuaru The Beatles i solowych utworów czwórki z Liverpoolu, bo bohaterowie książki po prostu żyli muzyką tego zespołu. Jednak to nie wszystko, bo usłyszycie też Boba Dylana czy Leonarda Cohena. Dużo tu The Doors, ale i The Rolling Stones gdzieś się przewijają. Czego chcieć więcej?!

Jak wybierałam utwory? Po pierwsze na playlistę trafiły te wymienione z tytułu. Jeśli padała tylko nazwa płyty, starałam się wybrać jedną z najpopularniejszych piosenek, które się na niej znalazły. Jeśli zaś bohaterowie wymienili tylko nazwę zespołu, szukałam utworów z płyty nagranej wystarczająco wcześnie, żeby Kim i jego przyjaciele mogli ją znać. Dodałam też piosenki, które ktoś chłopcom polecił.

W Beatlesach Christensena muzykę znajdziecie już w tytułach rozdziałów. Zobaczycie, jakie dźwięki towarzyszą nastolatkom z Oslo, zauważycie, jak z kolejnymi płytami dorastają bohaterowie, jak zmienia się tonacja książki. 

Gotowi?  

Młodość, przyjaźń, muzyka

Jest coś niezwykłego w skandynawskich książkach o dorastaniu. Weźmy niektóre tomy Mojej walki Karla Ovego Knausgårda, Wróżbę Agnety Pleijel i na przykład Odpływ Larsa Saabye Christensena. Zmienia się czas, zmieniają się ludzie, ale efekt za każdym razem jest taki sam – czytam, wsiąkam, chcę więcej. 

KAPSUŁA CZASU

Lars Saabye Christensen, BeatlesiTym razem dorwałam książkę o czterech norweskich nastolatkach, którzy uwielbiają Beatlesów i marzą o założeniu własnego zespołu. Bardzo to uprościłam, bo w rzeczywistości to trochę tak, jakby Lars Saabye Christensen wziął muzykę, parę skrętów i znaczki oderwane z masek samochodów, a potem zamknął wszystko w kapsule czasu. Otwiera się ją  i nagle bucha atmosfera lat sześćdziesiątych! Protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, wiadomości o inwazji na Czechosłowację, relacja z lądowania na Księżycu. I na tym tle  przyjaźń, pierwsze zauroczenia, wielkie marzenia i młodzieńcze błędy.

Siedem lat z życia nastolatków, sami rozumiecie, w tej fabule może być wszystko.

Byliśmy mocni w gębie, a z naszych twarzy wzlatywały piękne ptaki. Braliśmy zaliczkę na przyszłość, która zapowiadała się fantastycznie*. 

BEATLESI

Powieść Beatlesi jest przesiąknięta muzyką. Wspaniała czwórka jest już w tytule książki, tytuły rozdziałów pochodzą od nazw jej płyt i piosenek, a Kim, Gunnar, Ola i Seb przybrali nawet pseudonimy Paul, John, George i Ringo. Utożsamiają się z nimi tak bardzo, że pogłoski o rozpadzie zespołu stawiają pod znakiem zapytania losy ich własnej przyjaźni. Przyjaźni, dodajmy, upływającej w rytmie muzyki Beatlesów. 

Kolejne płyty towarzyszą ważniejszym wydarzeniom w życiu chłopaków. Począwszy od Help! po Let It Be słuchają uważnie każdego tekstu, analizują dźwięki, rozpoznają nowe instrumenty. Od czasu do czasu przedzierają się do ich świata dziewczyny ze swoimi Leonardami Cohenami albo starszy brat z Bobem Dylanem, ale Beatlesi trzymają się mocno.

Jednak zmiany są nieuniknione. Zachodzą równolegle w muzyce i w życiu chłopaków, odbijając się wreszcie w tonacji książki. Od beztroski i entuzjazmu pierwszych rozdziałów po gorycz ostatnich. Tak gra maestro Christensen. 

Beatlesów w polskim przekładzie (świetnej Iwony Zimnickiej) mogliśmy poznać dopiero po ponad trzydziestu latach od norweskiej premiery. I wiecie, co jest najlepsze? Że ciągle czyta się to doskonale. I czeka się na polskie (albo choć angielskie) przekłady pozostałych dwóch tomów trylogii o Kimie Karlsenie i jego przyjaciołach**. Film też by się chętnie obejrzało! 

Przecież ostrzegałam: czyta się, wsiąka i chce się więcej!


Chcecie więcej?


* Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, nie mogę podać numeru strony, ale znajdziecie go w rozdziale "Rubber Soul". Zima '65/'66
** Bly z 1990 roku i Bisettelesen z 2008.


Tytuł oryginału: BEATLES,
Przełożyła Iwona Zimnicka;

Lars Saabye Christensen, Beatlesi, Wydawnictwo Literackie 2016.

Obsługiwane przez usługę Blogger.