Dwa miliony rupii

Ważna, mocna i piękna książka. Świetne połączenie istotnego tematu i doskonałej formy. Długo na coś takiego czekałam. I jeszcze sobie poczekam, bo Źródła miłości są niezłe, ale niestety nie aż tak. W rzeczywistości z mojego pierwszego zdania ta książka nie ma nic, z drugiego tylko dobry temat. Dlaczego więc o niej w ogóle wspominam? Bo miałam zapomnieć szybciej niż czytałam, a ciągle pamiętam. I nie mam pojęcia, gdzie jest haczyk.

kishwar desai, źródła miłości, recenzja, surogatki, in vitro
Kishwar Desai wzięła na warsztat naprawdę ważne tematy - in vitro i macierzyństwo zastępcze. Akcję umieściła w Indiach, w klinice, która teoretycznie zajmuje się leczeniem niepłodności. W praktyce stanowi intratne przedsięwzięcie polegające na kojarzeniu rodziców z surogatkami i prowadzeniu ich ciąż. Zważywszy na to, jakie kontrowersje wiążą się z tym tematem, książka Desai mogła zrobić sporo zamieszania właściwie na całym świecie.

[...] trzy pary z Ameryki, jedna francuska, pięć brytyjskich, jedna niemiecka i dwie australijskie. W większości były to łatwe sprawy, oprócz dwóch par homoseksualnych – jednej z Wielkiej Brytanii, a drugiej z Niemiec. Zajmował się nimi wyłącznie dlatego, że płacili podwójnie. Normalna stawka dwóch milionów rupii* wzrastała w takich przypadkach do czterech milionów, ponieważ załatwianie w Indiach spraw homoseksualistów rodziło wiele komplikacji**.

Główną bohaterką jest Simran, pracownica społeczna, która opiekuje się matkami zastępczymi we wspomnianej klinice. W innych rozdziałach głos przejmują lekarze, pary, starające się o dzieci, a nawet ludzie, którzy dostrzegają w całym przedsięwzięciu możliwość zarobku. Dzięki temu autorka mogła zarysować wszelkie możliwe spojrzenia na temat. Dosyć zgrabnie przywołała nie tylko zalety, ale i wady macierzyństwa zastępczego i in vitro w ogóle. Wplotła wątek moralnej dezaprobaty i niebezpieczeństw związanych z niedoskonałościami rozwiązań prawnych. Brzmi całkiem dobrze, prawda?

Ale nie zapominajmy, że Źródła miłości to nie reportaż, choć niektóre sytuacje są inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Fikcję widać przede wszystkim w konstrukcji postaci, które są - co tu kryć - po prostu papierowe. Mówią o emocjach, ale tych emocji zupełnie nie da się w nich wyczuć. Może to kwestia przekładu, może innego kręgu kulturowego, ale bohaterowie tej książki są mało wiarygodni. Powiedziałabym nawet, że są odrobinę karykaturalni - zwłaszcza ci źli, dla nich nie ma świętości. Autorka stwierdziła chyba, że jeśli już zajmują się in vitro wyłącznie dla pieniędzy, to nie cofną się przed najpoważniejszymi przestępstwami. A dobrzy? Takie zupełnie pozytywne postaci właściwie nie istnieją, bo jeśli lekarz przeprowadza zabiegi in vitro - to przede wszystkim dla zysku, jeśli kobieta chce mieć dziecko - to chorobliwie. Nie ma szarości, wszystko jest przerysowane.

Najsłabszy element tej książki? Zakończenie! Desai przez cały czas umiejętnie stopniuje napięcie, powoli ujawnia szczegóły, z których gorączkowo próbujemy poskładać fabułę, aż nagle koniec. Szast-prast, wszystko przyspieszyło i sprawa została zamknięta, jakby głównej bohaterce znudziło się prywatne śledztwo, które tak brawurowo prowadziła. Albo jakby autorce zabrakło zapału, żeby porządnie pozamykać wątki. O nie, pani Desai, bum i happy end z górą lukru to nie jest to, co powinno się znaleźć na końcu tej książki.

Ale skoro jest tak chropowato (autorka sama użyła tego określenia, tylko chyba co innego miała na myśli), to dlaczego utrzymuję, że warto to przeczytać? Bo w tle tej opowieści jest historia dziewczynki, która - wskutek fatalnej pomyłki - urodziła się chora. A takie rzeczy się zdarzają i to jest najprawdziwsza, dająca do myślenia część tej książki rekompensująca kulawą formę.

I chyba właśnie to jest ten haczyk, dla którego pamiętam, choć już dawno miałam zapomnieć.


* około 110000 zł, 
** Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki.

Tytuł oryginału: ORIGINS OF LOVE,
Przekład: Ewa Zagawa,

Bóg rzeczy małych

W drogę! Była już Korea, była Japonia. Co powiecie na Indie? Kerala to ich najwilgotniejszy, gęsto zaludniony region, słynący dziś z doskonałych szkół, licznych świąt i tradycyjnych festiwali. To w tamtejszej chrześcijańsko-hinduistycznej społeczności wychowała się Arundhati Roy, która akcję swej powieści umieściła właśnie w rodzinnych stronach.

"Bóg rzeczy małych" opowiada o losach starej, chrześcijańskiej rodziny mieszkającej w keralskim Ajemenem. Pewnego dnia z wizytą przyjeżdża była żona jednego z bohaterów i przywozi ze sobą ukochaną córkę, Sophie Mol. Kiedy wszyscy cieszą się z długo wyczekiwanego spotkania, czytelnicy już wiedzą, że zakończy się ono tragedią, która będzie miała olbrzymi wpływ na dalsze losy całej rodziny.

Fabuła nie jest więc specjalnie złożona, w przeciwieństwie do całej powieści. Wszystko komplikuje bowiem fakt, że w nielinearny czas narracji włączane są wspomnienia i przebłyski z przyszłości. Tym sposobem od początku znamy najważniejszy punkt układanki, ale powoli i z mozołem poznajemy jej pozostałe elementy. Odkrywamy, jak doszło do nieszczęścia i jakie były jego następstwa.

Drugą istotną częścią tej opowieści jest tło opisywanych wydarzeń. Czas fabuły to głównie rok 1969, kiedy w Indiach oficjalnie zniesiony był już system kastowy. Właściwie od dawna nie powinien on już obowiązywać, wszak równouprawnienie zostało wprowadzone na mocy konstytucji z 1950 roku. W rzeczywistości jednak utrwalone podziały trzymają się mocno nawet dziś i nie inaczej było w czasie, o którym pisze Arundhati Roy. Jej bohaterowie należą więc do różnych kast, a w książce bardzo ważny jest wątek podziału społecznego, który dla swoich potrzeb dodatkowo podkreślali komuniści.

Zatem "Bóg rzeczy małych" to losy rodziny przedstawione na tle rozdartego społeczeństwa, a wszystko to opisane pięknym, niemal lirycznym językiem. Tak obrazowym, że prawie wyczuwalny jest smak cytrynowego napoju, który pije jeden z małych bohaterów powieści. Ten styl na pewno nie wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu, inni mogą narzekać na zagmatwaną narrację. Podejrzewam jednak, że ta książka nie poruszałaby tak bardzo, gdyby była napisana zwyczajnie, czarno na białym. Trudne tematy, jakich dotyka autorka, nie zyskałyby dostatecznego wyrazu w zbyt prostej formie.

I tak, z na pozór nieskomplikowanej historii, "Bóg rzeczy małych" stał się wspaniałym studium trudnych relacji rodzinnych i miłości, która nie chce poddać się sztucznym prawom. Nade wszystko zaś jest opowieścią o tym, jak beztroskie dzieciństwo i naiwna niewinność mogą się skończyć w ciągu zaledwie jednego dnia.

Arundhati Roy, Bóg rzeczy małych, Wydawnictwo Zysk i S-ka 1998.

Obsługiwane przez usługę Blogger.