Pierwszy odcinek e-krótko w 2016 roku to propozycja dla tych, którzy chcieliby się przekonać do audiobooków. Polecałam już na początek trzy inne nagrania, których dobrze się słucha, ale dziś mam coś wyjątkowego. Wiedźmina wszyscy czytali, a jeśli nawet nie, to pewnie słyszeli o nim za sprawą komiksów, serialu, filmu albo gier.  A ja pomyślałam, że właśnie audiobooki mogą być jeszcze ciekawszym sposobem na poznanie Geralta.
Później mówiono, że człowiek ów nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej. Nie był stary, ale włosy miał prawie zupełnie białe.

Znacie? To posłuchajcie.






Słuchowisko, o którym mowa to nie saga właściwa, lecz poprzedzające ją zbiory opowiadań o wiedźminie. Pierwszy to szkatułkowe Ostatnie życzenie, drugi – Miecz przeznaczenia z moim ulubionym opowiadaniem o niziołku Biberveldcie. Pominę wprowadzenie w treść, bo wiecie, czego się spodziewać po przygodach najsłynniejszego wiedźmina. Przejdźmy więc do konkretów:


Dlaczego warto


  • Absolutna oczywistość – warto, bo proza Andrzeja Sapkowskiego to klasyka polskiej fantastyki i nie znać Wiedźmina to wstyd i sromota. A poza tym te opowiadania to mnóstwo przygód z różnymi mitologiami (z tą niedocenianą słowiańską na czele), baśniami, legendami i innymi odniesieniami fantastycznymi w tle. Wyobraźcie sobie, jak przyjemnie jest tropić znane motywy i rozgryzać aluzje (niespecjalnie zawoalowane). Zwłaszcza gdy są podane w tak dowcipnej formie.
  • Dwa zbiory opowiadań to cztery płyty z 25 godzinami nagrań, a swoich głosów użyczyło ponad 70 aktorów, w tym doskonały Jacek Braciak (ale też Krzysztof Banaszyk, Anna Dereszowska, Wiktor Zborowski i Krzysztof Gosztyła w roli narratora). Uwaga, uwaga! To nie jest przeczytane, to jest bardzo ładnie zinterpretowane i opatrzone dźwiękami tła (wilki wyją, słychać wszelkie pluskania, szelesty, dźwięk uderzeń mieczy), mniam. Ciekawa treść w doskonałej formie, tak powinno się wydawać audiobooki.

 Sprawdziłam na własnej skórze, nie da się nie polubić.

Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie cz.1, cz.2 i Miecz przeznaczenia cz.1, cz.2 w nagraniach superNowej z 2011r.

Chcecie więcej?
Recenzje innych audiobooków.
Kurs czytania uchem.  

krótkie recenzje, audiobook, pan lodowego ogrodukrótkie recenzje, audiobook, pan lodowego ogrodu

Jaki jest szczyt zwięzłości? Cztery książki w jednym e-krótko. Pan Lodowego Ogrodu to czterotomowa powieść Jarosława Grzędowicza. Tak bardzo science fiction, że aż fantasy. Nie uciekajcie, jeśli zwykle fantastyki nie czytacie, bo to przy okazji jest całkiem zgrabna przygodówka.

Rzecz dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości, kiedy mieszkańcy Ziemi odkryli już, że nie są sami we wszechświecie. Co więcej, chętnie podróżują na nowo odkryte planety i prowadzą szeroko zakrojone badania. Pewnego dnia coś poszło nie tak i Ziemia straciła kontakt z naukowcami, którzy utknęli na Midgaardzie. Wysłano więc świetnie wyszkolonego (wspomaganego najnowocześniejszymi gadżetami) Vuko Drakkainena, by odszukał ekipę i zatarł ślady ich działalności. Tak się zaczyna, a potem... wymyślcie coś szalonego, a jest wielka szansa, że Grzędowicz też na to wpadł.

Zalety:
– świetny pomysł na fabułę i miejsce akcji (wielokulturowy Midgaard, który jest pod względem rozwoju mniej więcej na etapie naszego Średniowiecza),
– mnóstwo nawiązań do mitologii nordyckiej i w ogóle całe morze intertekstualności (nie wiem, czy wszystko wyłapałam, bo fantastykę czytuję rzadko), 
– dowcipy, choć trzeba przyznać, że humor jest tu raczej z tych grubo ciosanych. 

Wady: 
– rozwlekłość (drobiazgowe opisy zabijają fabułę),
– przewidywalność,
– syndrom Bonda (kiedy fabuła się komplikuje, jedna z postaci podrzuca gadżet za gadżetem niczym Q z filmów o agencie 007),
– żałośnie śmieszne sceny seksu (zwłaszcza te w pierwszym tomie).

Mimo wszystko dobrze się czyta, a jeszcze lepiej słucha Pana Lodowego Ogrodu w interpretacji Jacka Rozenka. Trzeba tylko mieć około 69 godzin, bo mniej więcej tyle trwają nagrania wszystkich czterech tomów!

Można czytać, przetestowałam na własnej skórze. Wciąż bardziej rozrywka niż sztuka, ale to nie zawsze jest wadą.

pan lodowego ogrodu, audiobook, jarosław grzędowicz, recenzja

Lubicie się bać?

Macie plany na wieczór? Jeśli nie, to przygotowałam dla Was świetną propozycję. Nie ma lepszego towarzystwa na Halloween niż człowiek, który sprawi, że poczujecie się, jakbyście znów mieli pięć lat i bali się potworów spod łóżka. Wiecie już o kim mowa? Panie i Panowie, przed Państwem Neil Gaiman i jego wspaniała Koralina! 

neil gaiman, koralina, recenzja
Mały Neil Gaiman (źródło)
W kontekście Koraliny to jest 
ilustracja doskonała 
Autora pewnie znacie, Koralinę też już mogliście czytać, a może nawet oglądać, ale jestem przekonana, że z przyjemnością przypomnicie sobie, jak straszy Mistrz Gaiman. A może wszystko ciągle przed Wami? W takim razie nie ma na co czekać, upewnijcie się, że pod kanapą pusto (potem będziecie bali się zajrzeć) i zaczynamy!

Koralina to książka dla dzieci-twardzieli. Takich, co to przedkładają klasyczne baśnie nad ich wygładzone wersje, przy których majstrował wujek Disney. Właściwie myślę, że ktoś powinien przyjrzeć się drzewu genealogicznemu Gaimana, bo wietrzę pokrewieństwo z braćmi Grimm! Tropem jest groza w najlepszym gatunku, której w dziełach wszystkich wspomnianych panów nie brakuje.

- Uciekaj - rzucił pierwszy z głosów; Koralinie zdawało się, że należy do dziewczynki. - Uciekaj, póki masz jeszcze powietrze w płucach, krew w żyłach i ciepło w sercu. Uciekaj, póki masz umysł i duszę*.

Domyślam się, że najpóźniej w tym momencie zaczęliście się zastanawiać, o czym to właściwie jest. Nic nowego - Gaiman wziął z literatury to, co znane i lubiane, wymieszał w doskonałych proporcjach i oto powstała współczesna baśń. Tytułowa Koralina to dziewczynka, która wraz z rodzicami wprowadza się do starego domiszcza. W pozostałych mieszkaniach rezydują dwie leciwe aktorki, które potrafią wróżyć z fusów i starszy pan tresujący myszy do mysiego (a jakże!) cyrku. Pewnego dnia dziewczynka odkrywa tajemnicze drzwi i mimo przestróg przechodzi przez nie. Po drugiej stronie znajduje mieszkanie łudząco podobne do jej własnego i kobietę podobną do jej mamy:

Przypominała nieco matkę Koraliny, tyle że...
Tyle że skórę miała białą jak papier.
Tyle że była wyższa i chudsza.
Tyle że palce miała za długie i cały czas nimi poruszała, a jej ciemnoczerwone paznokcie były ostre i zakrzywione [...]
A potem się odwróciła. Zamiast oczu miała wielkie czarne guziki.
neil gaiman, koralina, recenzja
Straszna okładka upiornej książki

Druga matka? To, zdaje się, podrasowana macocha spotykana w wielu baśniach. Stary dom, w którym dzieją się dziwne rzeczy? Znany motyw. Ach, i jeszcze drzwi - takie magiczne przejście do innego świata też już widzieliśmy. Wystarczy przypomnieć sobie króliczą norę z Alicji w Krainie Czarów czy szafę, która prowadzi do mojej ukochanej Narnii**. A za drzwiami jest świat na opak rządzący się logiką snu, gdzie dzieją się czary, zwierzęta potrafią mówić i nic nie jest tym, na co wygląda na pierwszy rzut oka.
Znacie to? Jasne!

Jeśli dokładniej przyjrzeć się Koralinie, okazuje się, że można znaleźć jeszcze więcej nawiązań do książek Lewisa Carrolla, chociażby lustro w mieszkaniu drugiej matki albo towarzyszący Koralinie kot. A kot to mój ulubieniec, bo Gaiman dał mu wspaniałą sarkastyczną duszę. Zobaczcie sami:

- Umiem mówić.
- W domu koty nie mówią.
- Nie? - spytał kot.
- Nie - potwierdziła Koralina.
Kot zeskoczył wdzięcznie z murka na trawę obok stóp Koraliny. Uniósł wzrok i spojrzał na nią.
- Cóż, zapewne mam do czynienia z ekspertem - powiedział sucho - Ostatecznie, co ja wiem? Jestem tylko kotem.

Prawda, że niezwykły? A w Koralinie znajdziecie jeszcze więcej cudownych postaci i mnóstwo aluzji literackich. O braciach Grimm już wiecie, o Alicji też, ale podpowiem jeszcze, że dociekliwy czytelnik znajdzie ślad Pinokia Collodiego, a nawet dzieł Szekspira. Więcej nie zdradzę, drążcie sami.

Będziecie też musieli znaleźć własną interpretację książki Gaimana. Ja poszłam tropem motta*** i odczytałam Koralinę jako opowieść o pokonywaniu największych strachów, ale możliwości jest wiele. Gaiman jest prawdziwym Mistrzem, tacy jak on zostawiają nas z milionem pytań.

Boicie się? To przeczytajcie! Bo to książka dla tych, co się lubią bać.


* Cytaty tradycyjnie z elektronicznej wersji książki. 
** Rzecz jasna o Opowieściach z Narnii mowa.
*** "Baśnie są bardziej niż prawdziwe: nie dlatego, iż mówią nam, że istnieją smoki, ale uświadamiają, iż smoki można pokonać" G.K. Chesterton

Tytuł oryginału: Coraline,
Przełożyła Paulina Braiter,

Neil Gaiman, Koralina, Wydawnictwo MAG 2012.

Tracę ciepło

Pamiętacie Szczęśliwą ziemię Łukasza Orbitowskiego? Mnie spodobała się tak bardzo, że po prostu musiałam poznać poprzednie książki jej autora. Ryzykowałam wprawdzie, że zmarnuję czas na czytanie słabych tekstów nieopierzonego jeszcze pisarza, ale ciekawość zwyciężyła i ostatecznie wybór padł na wydane pierwszy raz w 2007 roku Tracę ciepło.

Znajdziecie tę książkę na półce z fantastyką, lecz właściwie zasługuje na odrębne miejsce. Takie, w którym horror spotyka się z dobrą i mocną prozą obyczajową, czasami dryfuje w stronę kryminału, z rzadka zaś i bardzo nieśmiało przywodzi na myśl fantasy. Bo Tracę ciepło, podobnie jak Szczęśliwa ziemia, wymyka się prostym definicjom i zgrabnie balansuje między gatunkami, z każdego biorąc, co najlepsze.

Powieść składa się z trzech części połączonych postaciami głównych bohaterów i bardzo ciekawym motywem przewodnim. Właściwie można ją czytać jako uzupełniające się opowiadania o zbrodni, przyjaźni, o granicy między światem żywych i umarłych, między życiem i śmiercią. 

Wszystko zaczyna się na krakowskim Kazimierzu w czasach, gdy podstawówka miała osiem klas, pod Halą Targową można było kupić kasety magnetofonowe i świerszczyki, a Plac Nowy nazywał się zupełnie inaczej. To właśnie wtedy w czasie zwanym okresem przemian zaczęła się przyjaźń Kuby i Konrada, połączonych wspólnym darem czy raczej przekleństwem. Chłopcy bowiem widzieli więcej, wiedzieli co jest po drugiej stronie życia. I dzięki tej wiedzy odkryli prawdziwe okoliczności tajemniczej śmierci woźnego Hadały.

Tak właśnie z przytupem Orbitowski rozpoczyna opowieść, później jednak wątek kryminalny się zamyka, by ustąpić miejsca niesamowitym wydarzeniom z udziałem niemieckiego żołnierza, sepleniącego proroka i aniołów. Wiem, brzmi dziwnie i ci, którzy fantastyki nie czytują, krzywią się z obrzydzeniem. Ale zupełnie niesłusznie! Ta historia jest momentami mało realna, ale tak intrygująca, że nie sposób się bronić, porywa!

Każda część książki napisana jest innym stylem, wprowadza inny klimat, który za każdym razem świetnie pasuje do opisywanych wydarzeń. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie pierwsza część, w której doskonale wyczuwalna jest siermiężna atmosfera zmieniającej się Polski. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby całość była utrzymana w podobnym tonie. Znalazłam oczywiście kilka słabszych fragmentów, które mniej mi się podobały, ale podejrzewam, że i one były przemyślane, a ich styl zamierzony.

Tracę ciepło czyta się jednym tchem, choć nietrudno się pogubić, kiedy w treść wkrada się mistyka. Wszystko jednak opisane jest językiem wyrazistym, pełnym dowcipu i ironii, dzięki czemu groźba przekombinowania została trochę oddalona.

Niepotrzebnie się obawiałam. Szczęśliwa ziemia była rewelacyjna, ale to nic dziwnego, skoro Orbitowski skrzydła rozwijał dużo wcześniej. 

Przeczytajcie, zanim zupełnie stracicie ciepło.

Łukasz Orbitowski, Tracę ciepło, Wydawnictwo Literackie 2013.

Amerykańscy bogowie

Ostatnio na mój blog zajrzał ktoś, kto szukał odpowiedzi na pytanie, jak czuje się człowiek uzależniony od heroiny. Musiał być rozczarowany, bo nic na ten temat nie wiem. Wiem natomiast doskonale, jak czuje się człowiek uzależniony od książek. Moja najnowsza słabość to Neil Gaiman. Bardzo podobał mi się już przeczytany wcześniej "Ocean na końcu drogi", ale "Amerykańscy bogowie" to niemal mistrzostwo świata. 

Głównym bohaterem tej opasłej powieści jest Cień, który ostatnie trzy lata życia spędził w więzieniu. Mężczyzna może już wrócić do domu, jednak tuż przed końcem kary, dowiaduje się, że jego ukochana żona nie żyje. W drodze na jej pogrzeb poznaje tajemniczego mężczyznę, który przedstawia się jako Wednesday i zdaje się wiedzieć o Cieniu zaskakująco dużo. W dodatku uparcie przekonuje, że ten powinien dla niego pracować. I w ten właśnie sposób główny bohater zaczyna towarzyszyć - uwaga, uwaga- samym bogom w ich walce o przetrwanie w Ameryce.

Bogowie bowiem znaleźli się w tarapatach. Ludzie zaczynają o nich zapominać, a jak powszechnie wiadomo religie bez wyznawców nie mają racji bytu. Tymczasem miejsce bóstw zajmują nowe obiekty kultu, które wypierają dawne wierzenia. Zmierzch bogów, czyż to nie wspaniały temat? A jaka jest w tym rola Cienia? Tego nie zdradzę, bo największą frajdę sprawiło mi właśnie odkrywanie, kim on właściwie jest. Przekonajcie się sami, jakie to intrygujące.

"Amerykańscy bogowie" to gratka dla miłośników wątków mitologicznych w literaturze. Takie nawiązania nie są oczywiście u Gaimana niczym zaskakującym, ale w tej powieści możecie spodziewać się ich prawdziwego rozbuchania. Tu nie ma już mowy o nawiązaniach, tutaj autor z mitologii czerpie pełnymi garściami. I jestem pewna, że po przeczytaniu tej książki, będziecie chcieli odświeżyć sobie wiedzę na temat wierzeń z różnych stron świata. Gaiman umieścił bowiem akcję w kraju, w którym spotkali się ludzie i religie z wielu odległych zakątków.

Także dzięki temu autor mógł w jednej opowieści zawrzeć całe mnóstwo kolejnych. Główna linia narracji przerywana jest więc fragmentami opowiadającymi o tym, skąd poszczególni bogowie przybyli i jakie były losy śmiałków, którzy ich ze sobą przywiedli. Każda z tych historii jest już niezwykła, a to zaledwie podwaliny najważniejszego wątku. Nic dziwnego, że książka jest tak efektowna, skoro składa się z samych perełek.

Znajdziecie w niej wszystko, czego do szczęścia potrzeba. Trzyma w napięciu, bo mimo że przynajmniej niektóre mitologiczne pierwowzory są nam znane, nie wiemy do samego końca jak je wykorzysta autor.  Na uwagę zasługują też rewelacyjne gry słowne, które musiały być prawdziwym wyzwaniem dla tłumacza. W nich także kryły się wskazówki dla tropicieli wątków mitologicznych. A dodatkowym atutem jest poczucie humoru, które sprawia, że niektóre fragmenty na długo zapadają w pamięć.

W trzech słowach? Bardzo dobra książka. W pięciu? Ta lektura była niezapomnianą przygodą. I tylko jednego nie mogę sobie darować - że dopiero teraz sięgnęłam po "Amerykańskich bogów". Nie idźcie tą drogą, nie zwlekajcie.

Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie. Wersja autorska, Warszawa 2008.

Szczęśliwa ziemia

Znacie Łukasza Orbitowskiego? Pewnie tak, w końcu żadna z niego literacka świeżynka. Ma już na koncie wiele opowiadań i sporo książek, które nie są obce wielbicielom fantastyki. Ostatnio było o nim głośniej przy okazji wydania "Widm",  opowieści o alternatywnych losach pokolenia Kolumbów. Później zrobił trochę zamieszania właśnie "Szczęśliwą ziemią", która była nawet nominowana do Paszportów Polityki. Ale ostatecznie do sięgnięcia po książkę Orbitowskiego przekonała mnie dopiero rekomendacja jego wybitnego kolegi po piórze. Jeśli bowiem sam Dukaj użyczył swojego nazwiska, żeby tę powieść wypromować, to musi być kawałek ciekawej literatury.

"Szczęśliwa ziemia" opowiada o pięciu przyjaciołach, którzy mieszkają w prowincjonalnym Rykusmyku. Pewnego wieczoru u schyłku lata chłopcy, których dzieciństwo właśnie dobiegło końca, wypowiadają życzenia na resztę życia. Ktoś prosi o pieniądze, ktoś inny o miłość albo usunięcie odpowiedzialności, która zanadto mu ciąży. Nie wiedzą jeszcze, że powinni uważać, czego sobie życzą.

Kolejne rozdziały pokazują, jak potoczyły się losy każdego z przyjaciół i w jaki sposób zrealizowały się ich życzenia. Opuszczamy wraz z nimi Rykusmyku, odwiedzamy Kopenhagę, Warszawę, Kraków. Nic zaskakującego, młodzi ludzie często wyjeżdżają z małych miasteczek, by szukać szczęścia w świecie. A powrót w rodzinne strony bywa okazją do podsumowań i konfrontacji.

Bohaterowie "Szczęśliwej ziemi" są konkretnymi osobami, mają oczywiście imiona i przezwiska, ale zdaje się, że nie mają one większego znaczenia. To może być opowieść o kimkolwiek, o każdym. Nie jest może uniwersalna, ale pewnie typowa dla wielu przedstawicieli pokolenia, które Orbitowski uważa za przegrane. I do którego sam zresztą należy*.

Wiem, to w ogóle nie brzmi jak powieść fantastyczna. Coś w tym jest, bo nazwałabym ją raczej powieścią obyczajową z fantastycznym tłem. Większość wydarzeń jest bowiem całkiem prawdopodobna, realistyczne są też postacie, ale Orbitowski bardzo zgrabnie wplótł w tę opowieść na poły mitologiczny wątek, który rewelacyjnie podkręca fabułę. Nie znaczy to jednak, że bez niego historia byłaby jałowa. Co to to nie! Trzeba przyznać, że te realistyczne fragmenty są tak przekonujące, że to właśnie one najbardziej poruszają. To w nich, a nie w legendarnej opowieści o szczęśliwej ziemi tkwi to, czego należy się obawiać.

Tyle o treści, jeśli zaś chodzi o formę, niewiele mam autorowi do zarzucenia. Nie ma tu wprawdzie żadnych nowatorskich rozwiązań, czasami pachnie efekciarstwem (zwłaszcza przy opisach miast), ale mimo to czyta się tak przyjemnie, że trudno lekturę przerwać. W dodatku bardzo intryguje i chyba każdy po przewróceniu ostatniej kartki próbuje znaleźć pierwowzór książkowego Rykusmyku. W każdym razie ja nie omieszkałam pobawić się w detektywa (i znalazłam!). Muszę jednak szczerze zauważyć, że moim zdaniem do wspomnianego na okładce Vonneguta czy Palahniuka jeszcze trochę Orbitowskiemu brakuje.

Ale czytać, koniecznie czytać. I czuć się ostrzeżonym, że wciąga.


Ocean na końcu drogi

Neila Gaimana znałam dotąd jedynie jako autora "Gwiezdnego pyłu", nie czytałam wcześniej innych jego głośnych powieści. Kiedy jednak zobaczyłam cudownie mroczną okładkę "Oceanu na końcu drogi", przepadłam.

Książka początkowo miała być jedynie opowiadaniem, jednak rozrosła się ponad miarę i ostatecznie stała się niedługą powieścią. Opowiada o mężczyźnie, który po latach przyjeżdża w rodzinne strony. Przemierzając znajomą okolicę, automatycznie zmierza w miejsce, które pamięta z dzieciństwa, ale od lat go nie odwiedzał. Trafia na farmę Hempstocków. I nagle przypomina sobie wszystko:

To było tuż po jego siódmych urodzinach, na które nikt nie przyszedł. Niedługo później rodzice wynajęli pokój górnikowi opali, który wkrótce zrobił coś, co zapoczątkowało szereg tajemniczych i niezrozumiałych wydarzeń. W spokojne dotąd sąsiedztwo z impetem wkroczyła magia, a wraz z nią spełnione marzenia, które wbrew pozorom nie przyniosły szczęścia. Najgorszym jednak, co mogło się przytrafić rodzinie głównego bohatera była zła do szpiku kości Ursula Monkton.

Jedynymi osobami, które mogły zaprowadzić porządek w okolicy były panie Hempstock- trzy pokolenia "kobiet, które wiedzą". Najstarsza z nich pamiętała, kiedy stworzono księżyc, najmłodsza miała swój własny ocean. 

Co było dalej? Nie zdradzę. Musicie jednak wiedzieć, że książka Gaimana nie jest zwykłą bajką dla dzieci. To raczej niezwykła bajka nie dla dzieci. Znajdziecie w niej cudowną opowieść o tym, że dzieciństwo to czas, kiedy wiemy więcej i rozumiemy wszystko. Dostrzegamy rzeczy, których dorośli nie widzą lub nie potrafią ich właściwie zinterpretować. 

"Ocean na końcu drogi" jest więc pełną magii baśnią, okraszoną nawiązaniami do mitologii, napisaną pięknym językiem, który bardzo przekonująco odzwierciedla dziecięcy sposób postrzegania świata. A świat ten zaludniają wyraziste postaci i niezwykłe stworzenia zrodzone we wspaniałej wyobraźni Gaimana. W historii, którą nam opowiedział drzemie tak wielki potencjał, że nie sposób pozbyć się uczucia niedosytu. Chciałoby się wiedzieć więcej o tajemniczym świecie, który przez chwilę splótł się z tym realnym.

Bajdy i bzdury- mawiała pani Hempstock, a ja mówię, że Gaiman to prawdziwy czarodziej.

Neil Gaiman, Ocean na końcu drogi, Wydawnictwo Mag, Warszawa 2012.

Księga jesiennych demonów

Księga jesiennych demonów Grzędowicz fantastyka recenzja
Ledwie zobaczyłam czwartą stronę okładki Książki twarzy, a już poważną atmosferę rozproszyła lektura zupełnie innego kalibru. Nie mogłam nie ulec. Księga jesiennych demonów doskonale bowiem pasowała do tego, co za oknem urządzała pomylona wiosna. 

Pamiętacie Sklepik z marzeniami Kinga? Jarosław Grzędowicz otwiera przed nami podobne miejsce- sklep z magią. Pewnego listopadowego dnia do sklepu z magią wszedł Jacek, którego historia stała się doskonałą klamrą dla pięciu mrocznych opowiadań zawartych w Księdze jesiennych demonów.

Zbiór oczywiście nie jest przypadkowy. Opowiadania łączy klimat, który nazwałabym przeczuciem schyłku, beznadziei, zepsucia. I choć zmieniają się bohaterzy i tematy, w tle każdej z tych historii majaczy widmo ponurego końca.

Księga jesiennych demonów jest przygnębiająca, pesymistyczna, ale wyraźnie widać, że poprzedzona refleksją i do refleksji zmuszająca. Grzędowicz i jego demony obnażają ludzką naturę i wytykają wady. Trochę groteski, trochę karykatury, wszystko to oniryczne i mroczne.

A jednak Księga jesiennych demonów to całkiem przyzwoita lektura, jeśli się do niej podejdzie z dystansem. Nie sądzę, żeby od tego typu utworów ktokolwiek oczekiwał czegoś więcej niż dobrej rozrywki. Ale rozrywka z książką Grzędowicza nie jest rozrywką spod znaku chichotu - kojarzy się raczej z gorzkim uśmiechem.

Nie wszystkie opowiadania mi się podobały. W niektórych przeszkadzały mi słabsze, przewidywalne rozwiązania.
Znalazłam jednak prawdziwą perełkę. Opowieść terapeuty to chyba najlepsze opowiadanie w tym zbiorze. U jego podstaw leży genialny pomysł, który sam w sobie jest najbardziej przygnębiającą puentą.  Pewnego dnia do gabinetu psychologa zawitał niezwykły pacjent dręczony dziwnymi halucynacjami i silnym poczuciem zaniedbanego obowiązku. Terapeuta nawet nie przypuszczał jak bardzo to spotkanie zmieni jego nudne życie.

Myślę, że sama Opowieść terapeuty to wystarczający powód, żeby dać Grzędowiczowi szansę. Osoby ze skłonnościami do depresji ostrzegam jednak, że po lekturze Księgi jesiennych demonów objawy mogą się nasilić.

Obsługiwane przez usługę Blogger.