Po dużej dawce literatury faktu, czas na książkę, która fakty całkiem zgrabnie łączy z fikcją. Mowa o Służących – amerykańskim bestsellerze sprzed kilku lat, który doczekał się kilkudziesięciu przekładów i wersji filmowej. Czytaliście? Oglądaliście? To ja polecę dziś wersję audio, bo tym razem czytanie uchem może być jeszcze przyjemniejsze! Zaczynamy?

recenzja, audiobook, służące

O czym to jest?

Lata sześćdziesiąte minionego wieku na południu Stanów Zjednoczonych. Jakie to czasy?  J.F. Kennedy jeszcze żyje, hippisi dopiero za kilka lat zaczną swoją rewolucję, amerykański rasizm kwitnie, ale walka o prawa Afroamerykanów i zniesienie segregacji rasowej już się wzmaga. W takim świecie Kathryn Stockett umieściła akcję książki, a narratorkami uczyniła dwie czarne służące, Aibileen i Minny, i białą panienkę Skeeter.

Co łączy kobiety, które w tamtych okolicznościach nie mogły mieć wiele wspólnego? Wszystkie bardzo dużo ryzykują, w sekrecie pracując nad książką o życiu czarnych służących w rasistowskim Jackson.

Minusy:

  • uproszczenia i wygładzenia – nawet wątki Aibileen i Minny nie zawierają punktu widzenia czarnych, a jedynie wyobrażenie o nim, jakie mają biali;
  • drobne potknięcia lektorek, które na przykład jedno nazwisko czytają na różne sposoby; 

Plusy:

  • umiejętne połączenie historii i fikcji;
  • trudny temat w lekkiej, wciągającej formie;
  • kilka intrygujących postaci (zwłaszcza niepokorna Minny);
  • zaskakująco duża doza poczucia humoru;
  • dwie doskonałe lektorki, Anna Seniuk i Anna Guzik, i trzecia tylko odrobinę słabsza, Karolina Gruszka – to ich interpretacja podniosła porządne czytadło jeszcze o oczko wyżej;

Kathryn Stockett, Służące, recenzja, audiobookJeśli dotąd nie czytaliście Służących, warto to zmienić. Ale pamiętajcie, że to nie jest literatura faktu i zawiera pewne uproszczenia. A potem dla równowagi sięgnijcie po książkę Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość  – w ten sposób skorygujecie mimo wszystko wyidealizowany obraz, który stworzyła Kathryn Stockett.

Tytuł oryginału: The Help;
Przełożyła Małgorzata Hesko-Kołodzińska;
Czytają: Anna Guzik, Anna Seniuk i Karolina Gruszka;

E-krótko: Kre(jz)olka

Dzisiejsze e-krótko będzie wyjątkowe, bo mowa nie o całej książce, ale o jednym opowiadaniu. W dodatku możecie je przeczytać bez wychodzenia z domu, bo zostało udostępnione w darmowym e-booku z opowiadaniami nominowanymi do Nagrody im. Janusza A. Zajdla za miniony rok – klik. A jeśli Zajdel, to wszystko jasne, będzie fantastyka. Gotowi?

krótkie recenzje książek, fantastyka, kre(jz)olka, chodorkowskakrótkie recenzje książek, chodorkowska, krejzolka

Tekst otwierający zbiór to właśnie Kre(jz)olka, opowiadanie romansujące z science fiction, ale bez obaw, nie trzeba nałogowo wchłaniać fantastyki naukowej, żeby zainteresować się pomysłem Krystyny Chodorowskiej. 

TWOJA STARA JEST ALINGWALNA*

Kre(jz)olka opowiada o studentce lingwistyki, która właśnie dowiedziała się, że jest alingwalna. Brzmi strasznie? Spokojnie, będzie żyła. To oznacza tylko, że musi pożegnać się z marzeniami o zostaniu tłumaczką i zmarnowała mnóstwo czasu na studia, których nigdy nie ukończy. Wiem, nie ona pierwsza. Zastanawiacie się za co ta nominacja do Zajdla? Pewnie za to, że rzecz dzieje się w świecie, w którego okolice zmierzamy raźnym krokiem.

Przyglądaliście się kiedyś, co dzieje się z naszym językiem wraz z rozwojem technologii, internetu i innych zdobyczy nauki? Zwróciliście uwagę na to, jak zmieniają się media? Zdaje się, że Chodorowska już to przemyślała i umiejętnie przekształciła w Kre(jz)olkę. Bez dydaktyki i załamywania rąk, pokazała, co znajduje się dalej. Trochę śmiesznie, trochę smutno nakreśliła odrobinę karykaturalny obraz i opatrzyła go trafnym komentarzem.

Więcej nie napiszę, żeby nie zepsuć zabawy. Zresztą powinno wystarczyć tyle:
Chdrwska bedbra, czytać. Dozo w pn w 3Ekrdy!


* Śródtytuł to cytat z opowiadania Kre(jz)olka.

Po przerwie wraca e-krótko. Tym razem coś dla tych, którzy szukają mocnej lektury na wakacje. Ale nie liczcie na taryfę ulgową! To nie jest wielka literatura, ale potrafi sponiewierać. Zaczynamy?

ekruda, blog o książkach, recenzjeblog o książkach, recenzje, ekruda

Luther. Odcinek zero to brutalny thriller Neila Crossa. Podtytuł może być pewną podpowiedzią – na początku był doskonały serial BBC. Zdaje się, że Cross, zachęcony jego powodzeniem, postanowił nie poprzestawać na scenariuszu. Znając już obsadę, wiedząc jak realizuje jego pomysły, napisał książkę, której akcja kończy się tam, gdzie zaczyna się serial.

neil cross, luther odcinek zero, recenzja, thriller
John Luther do londyński detektyw o trudnym charakterze, zawsze wierny swoim zasadom, rzadko wierny prawu. W pracy zwykle idzie na całość, gotów jest poświęcić dla niej wiele i pewnie dlatego jego życie rodzinne pozostawia wiele do życzenia. To nic nowego, książkowi detektywi tak miewają. Ten jednak jest wyjątkowo intrygujący. I jedno jest pewne – wolelibyście mu nie podpaść.

W Odcinku zero Luther tropi bezwzględnego mordercę, którego znamy prawie od początku. Nie ma tutaj specjalnie skomplikowanej zagadki kryminalnej. Jest za to mrożący krew w żyłach wyścig z czasem. I dużo najbrutalniejszej przemocy.

Wady? Przeszkadzał mi jedynie nieciekawy styl. Domyślam się, że miał być surowy, niemal sprawozdawczy, ale w polskim przekładzie coś szwankuje. Momentami styl przechodził z prostego w niezgrabny i sztuczny. Jeśli jednak fabuła Was porwie, przestaniecie zwracać na to uwagę. A ręczę, że może się podobać.

Luther na pewno nie zawiedzie tych, którzy lubią się bać, bo skutecznie zaraża poczuciem zagrożenia i bezradności. Ciekawy jest nie tylko wątek kryminalny, ten obyczajowy też nikogo nie znudzi. A jeśli znacie już serial i polubiliście Idrisa Elbę, który rewelacyjnie zagrał głównego bohatera, w książce znajdziecie jego najlepsze cechy.

Nie wahajcie się, od Luthera lepsze jest tylko więcej Luthera.


Tytuł oryginału: Luther: The Calling,
Przełożyła Ewa Penksyk-Kluczkowska;

Neil Cross, Luther. Odcinek zero, Wydawnictwo Smak Słowa 2013.

e-krótko, krótka recenzja, audiobooke-krótko, krótka recenzja, audiobook

Co by się stało, gdyby nigdy się nie urodził? Co by się stało, gdyby ktoś pokrzyżował mu plany? Gdyby tak zmienić historię! Przy tym pomyśle majstrowało wielu*. A co by było, gdyby wrócił? Tak, to też przyszło na myśl różnym twórcom, a jednym z nich jest Timur Vermes, autor książki On wrócił.

ER IST WIEDER DA!

Adolf Hitler obudził się gdzieś w Berlinie i jest odrobinę zdezorientowany. Nikt nie traktuje go poważnie, niektórzy nawet go nie rozpoznają. Ktoś bierze go za aktora, podziwia wierną replikę munduru. Hitler robi rekonesans – struktury jego partii nie istnieją, krajem rządzi kobieta, Turcy najwyraźniej przystali na sojusz. Jest rok 2011, wygląda na to, że sporo się zmieniło, a Hitler musi znaleźć swoje miejsce w nowych Niemczech. On wrócił.

on wrócił, timur vermes, recenzja, audiobook
Zacznijmy od zalet. Pierwsza to okładka – prosta, a przekazuje wszystko. Druga to lektor, Jarosław Boberek, który bardzo ciekawie zinterpretował ten tekst i świetnie grał zdenerwowanego Führera, a jeszcze lepiej jego sekretarkę. Ale najmocniejszą stroną tej książki jest dobry pomysł, który zasadza się na pewnej nieadekwatności – śmiać się z tego, który przerażał. To taki prztyczek w nos zbrodniarza. 

Ale to nie humor podoba mi się najbardziej. Najlepsze są oceny naszych czasów wypowiadane przez głównego bohatera. Hitler Vermesa jest bowiem wnikliwym obserwatorem i czasami bardzo celnie podsumowuje to, co widzi. Dzięki temu niektóre fragmenty można czytać jako celną satyrę na przykład na  współczesną kulturę masową. Reszta to dosyć przewidywalna komedia omyłek.

Tak więc na początku jest bardzo zabawnie, ale humor szybko się wypala. Większość żartów zasadza się na podobnym scenariuszu, więc w pewnym momencie przestają zaskakiwać. No i powiedzmy to wprost, nie są zbyt wyrafinowane, a to bawi tylko przez chwilę. W rezultacie pierwsza część książki jest dużo lepsza od reszty.

Może to kwestia języka? Może w oryginale są jakieś nieprzekładalne gry słowne, które dodają tej opowieści smaczku. A może po prostu trzeba było poprzestać na opowiadaniu, bo trudno zbudować porządną fabułę na kilku (nawet najlepszych) niepoprawnych politycznie żartach.

Krótko mówiąc, z pisarzy bawiących się historią i absurdem wolę Jonasa Jonassona. Ale Timur Vermes może mu podsyłać swoje pomysły.

* Pamiętacie ten kontrowersyjny spot? klik 


Tytuł oryginału: Er ist wieder da
Z niemieckiego przełożyła Eliza Borg
Czyta: Jarosław Boberek

E-krótko: Bracia Sisters

krótka recenzja, audiobookkrótka recenzja, audiobook

Patrick deWitt mógłby być patronem mojego cyklu. Pisze krótko i konkretnie, bez zbędnych ozdobników i rozbudowanych opisów. Czy to nie brzmi jak wzór do naśladowania? 

JAK ON TO ROBI?

bracia sisters, patrick deWitt, audiobook, recenzjaPróbka jest niewielka, zbadałam tylko jedną powieść, Bracia Sisters. Na pierwszy rzut oka same zalety – dobry tytuł (po angielsku brzmi jeszcze lepiej), niezła okładka i ciekawa westernowa inspiracja.

Rzecz dzieje się w 1851 roku, czyli w samym środku kalifornijskiej gorączki złota. Główni bohaterowie, tytułowi bracia Sisters, są budzącymi postrach zabijakami, którzy na zlecenie niejakiego Komandora mają dorwać Hermanna Kermita Warma. Dlaczego? To nie od razu jest jasne, ale odpowiedź w końcu nadejdzie i wpłynie na dalsze plany braci. Eli i Charlie jadą więc z Oregon City do San Francisco, co rusz pakując się w tarapaty. Takie czasy, dzień bez porządnej strzelaniny to dzień stracony.
Fabuła jest prosta, narracja oszczędna, a całość przypomina trochę komiks z niewielką liczbą obrazków, spośród których na każdym dzieje się coś ważnego. Istotna jest też westernowa konwencja, ale niezupełnie serio wykorzystywana, choć o wiele bliżej jej do pastiszu niż parodii. A może nawet lepiej byłoby po prostu posłużyć się pojęciem antywesternu. Oglądaliście Django? Wydaje mi się, że tu wykorzystano podobny mechanizm. O proszę, ten film wprowadzi Was w nastrój:


To ma być e-krótko, więc nie napiszę już, że bracia są jak dwa żywioły. Jeden szuka miłości, drugi szuka guza. Nie wspomnę o surrealistycznych fragmentach, które podkręcają prostą fabułę. I pominę mnóstwo rzeczy, które sami w Braciach Sisters wyczytacie. Ale muszę napisać, że poznawałam tę powieść w formie króciutkiego audiobooka (niespełna 9 godzin). I tutaj właśnie tkwi haczyk! Lektorem jest Marcin Perchuć, a on ma bardzo specyficzny styl czytania i nasze interpretacje zwykle się rozmijają. Trudno jest oddzielić treść książki od formy, którą nadaje jej lektor i to prawdopodobnie jest jeden z powodów, dla których powiem: „może być”, a nie: „musicie to przeczytać”. 

Poszukiwania patrona trwają.


Tytuł oryginału: The Sisters Brothers;
Z angielskiego przełożył Paweł Schreiber.
Czyta Marcin Perchuć,
czas trwania: 8 godzin i 53 minuty.

krótka recenzja, kryminałkrótka recenzja, kryminał

Nim wielki Stieg zesłał Millenium, półka z kryminałami ze Skandynawii  wcale nie świeciła pustkami. W tej dziedzinie harcowało już co najmniej kilkoro zdolnych autorów, a wśród nich Peter Høeg. W zeszłym roku pojawiło się u nas nowe wydanie jego najbardziej znanej książki, więc może odkryliście ją wcześniej niż ja, ale nie mogę pozwolić, żeby ktoś przegapił ten kąsek. Dlatego dziś w e-krótko trzy zalety Smilli w labiryntach śniegu! 

ZALETA PIERWSZA – SMILLA
Główna bohaterka jest niesłychanie ciekawa! Smilla ma nie tylko "wyczucie śniegu", ale i wspaniały zmysł obserwacji, a swoje spostrzeżenia doprawia szczyptą ironii. To silna, mądra i przebiegła kobieta, która pochodzi z Grenlandii i choć od lat mieszka w Kopenhadze, ciągle patrzy na nią z zewnątrz. To jedna z tych "niedostosowanych" postaci, może trochę dzikich i nieposkromionych. Drzewo genealogiczne mogłaby dzielić z Diną z książki Wassmo, Lisbeth Salander Larssona i Sagą Noren z serialu Bron.

peter hoeg, smilla w labiryntach śniegu, kryminał, recenzja
ZALETA DRUGA – TŁO
Wszystko zaczyna się w zimowej Kopenhadze, kiedy z ośnieżonego dachu spada mały Esajas. Szybko jednak okazuje się, że śmierć chłopca to (niemal dosłownie) jedynie wierzchołek góry lodowej. Więcej nie mogę zdradzić, żeby nie zepsuć Wam lektury, ale dodam, że wiedza Smilli o śniegu i lodzie będzie bardzo użyteczna. I to jest kolejna zaleta tej książki – wszystko, co dzieje się wokół głównej zagadki jest potrzebne i ciekawe. Nie ma tu tego, co przeszkadza mi w wielu nowych kryminałach skandynawskich, czyli nudnego tła obyczajowego. Tło jest, ale nie mniej atrakcyjne niż tajemnica, którą próbuje odkryć Smilla. Ciekawe wspomnienia z Grenlandii, obserwacje na temat Europejczyków, a wreszcie mnóstwo informacji o lodzie – dla mnie nie lada gratka.

ZALETA NAJWIĘKSZA – TŁUMACZENIE
Znacie to? Czytacie i chętnie podkreślalibyście co drugie zdanie. W kryminale! Jak to możliwe, że książka, która z założenia miała być czystą rozrywką, okazała się naprawdę dobra pod względem stylu? To proste, maczała w tym palce Iwona Zimnicka. To chyba nie jest przypadek, że książki, które tłumaczy, zapadają mi w pamięć. Poprzednio zachwycił mnie Odpływ w jej przekładzie, teraz Smilla. To książki z zupełnie różnych półek, ale obie tak ładnie przetłumaczone, że nie sposób nie docenić pracy Zimnickiej.

Przeczytajcie Smillę w labiryntach śniegu, a przekonacie się, że skandynawski kryminał to nie zawsze wydmuszka.


PS Na podstawie tej książki nakręcono film, którego polski tytuł to Biały labirynt – klik.

Tytuł oryginału: Frøken Smillas fornemmelse for sne,
Z duńskiego przełożyła Iwona Zimnicka.




E-krótko: Drogie życie

krótkie recenzje, e-krótko, alice munrokrótkie recenzje, alice munro

Ekruda vs. Alice Munro, starcie trzecie. Ale żadne to starcia, skoro moje spotkania z jej prozą były dotąd całkiem przyjemne i nie zraziła mnie nawet pamiętna interpretacja Anny Cieślak*. Tym razem jednak doszłam do wniosku, że sama sobie Munro najlepiej odczytam i zrezygnowałam z audiobooka tradycyjnego dla moich spotkań z noblistką.

alice munro, drogie życie, recenzja
Drogie życie to zbiór czternastu opowiadań zebranych w 2012 roku, ale publikowanych w prasie już wcześniej. O czym to jest, zapytacie? O życiu, jak to u Munro. I jak to u Munro – o kobietach, które nie zachowują się tak, jak tego od nich oczekuje społeczeństwo. Życie jest im tak drogie, że nie chcą zmarnować go w sieci konwenansów i ogólnie przyjętych zasad. Jaką płacą za to cenę, przekonajcie się sami.

Cztery ostatnie teksty (Oko, Noc, Głosy i tytułowe Drogie życie) autorka wyodrębniła jako „zupełnie odrębny zbiór utworów literackich, autobiograficznych, jeśli chodzi o sferę uczuć, ale niekoniecznie jeśli idzie o fakty”**. I właśnie te teksty podobały mi się najbardziej. Pewnie dlatego, że zmieniła się ich główna bohaterka (i narratorka). Zamiast kobiety miotającej się i goniącej za czymś, dla czego warto żyć pojawiła się kobieta wspominająca dzieciństwo, przyglądająca się ze szczególną uwagą matce.

Drogie życie nie będzie jednak moim ulubionym tomem opowiadań Munro. Widzę mistrzostwo, widzę, co powinno mnie zachwycić (ach, ta forma; ach, to rzucanie czytelnika na głęboką wodę, bez wyjaśnień w sam środek obrazka), ale tym razem to na mnie nie działa. Liczyłam na coś zaskakującego, na jakąś ożywczą odmianę, a trafiłam na dobrze już znaną melodię. I jak tu się obrażać, że Munro jest aż tak Munro? 

Krótko? Ekruda vs. Alice Munro 1:2, ale Nobla nie musi oddawać.


* Tutaj przeczytacie o audiobooku Za kogo ty się uważasz i całkiem udanej interpretacji Anny Gajewskiej – klik, a tutaj o „szturowej drodze” Anny Cieślak i audiobooku Miłość dobrej kobiety – klik.
** Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki z fragmentu zatytułowanego Finał.

Alice Munro, Drogie życie, Wydawnictwo Literackie 2013.

krótkie recenzje, audiobook, pan lodowego ogrodukrótkie recenzje, audiobook, pan lodowego ogrodu

Jaki jest szczyt zwięzłości? Cztery książki w jednym e-krótko. Pan Lodowego Ogrodu to czterotomowa powieść Jarosława Grzędowicza. Tak bardzo science fiction, że aż fantasy. Nie uciekajcie, jeśli zwykle fantastyki nie czytacie, bo to przy okazji jest całkiem zgrabna przygodówka.

Rzecz dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości, kiedy mieszkańcy Ziemi odkryli już, że nie są sami we wszechświecie. Co więcej, chętnie podróżują na nowo odkryte planety i prowadzą szeroko zakrojone badania. Pewnego dnia coś poszło nie tak i Ziemia straciła kontakt z naukowcami, którzy utknęli na Midgaardzie. Wysłano więc świetnie wyszkolonego (wspomaganego najnowocześniejszymi gadżetami) Vuko Drakkainena, by odszukał ekipę i zatarł ślady ich działalności. Tak się zaczyna, a potem... wymyślcie coś szalonego, a jest wielka szansa, że Grzędowicz też na to wpadł.

Zalety:
– świetny pomysł na fabułę i miejsce akcji (wielokulturowy Midgaard, który jest pod względem rozwoju mniej więcej na etapie naszego Średniowiecza),
– mnóstwo nawiązań do mitologii nordyckiej i w ogóle całe morze intertekstualności (nie wiem, czy wszystko wyłapałam, bo fantastykę czytuję rzadko), 
– dowcipy, choć trzeba przyznać, że humor jest tu raczej z tych grubo ciosanych. 

Wady: 
– rozwlekłość (drobiazgowe opisy zabijają fabułę),
– przewidywalność,
– syndrom Bonda (kiedy fabuła się komplikuje, jedna z postaci podrzuca gadżet za gadżetem niczym Q z filmów o agencie 007),
– żałośnie śmieszne sceny seksu (zwłaszcza te w pierwszym tomie).

Mimo wszystko dobrze się czyta, a jeszcze lepiej słucha Pana Lodowego Ogrodu w interpretacji Jacka Rozenka. Trzeba tylko mieć około 69 godzin, bo mniej więcej tyle trwają nagrania wszystkich czterech tomów!

Można czytać, przetestowałam na własnej skórze. Wciąż bardziej rozrywka niż sztuka, ale to nie zawsze jest wadą.

pan lodowego ogrodu, audiobook, jarosław grzędowicz, recenzja

krótka recenzja, reportaż, długi film o miłościkrótka recenzja, reportaż, długi film o miłości

Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak to relacja z wyprawy poszukiwawczej, która wyruszyła w czerwcu 2013 roku na Broad Peak po ciała Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego*. Tyle wynika z listu reportera do organizatora, Jacka Berbeki. Z czwartej strony okładki dowiadujemy się dodatkowo, że Długi film o miłości traktuje też o "kulisach tragicznej wyprawy".

jacek hugo-bader, długi film o miłości, broad peak, recenzja, reportaż
Hugo-Bader napisał poruszającą książkę**, doskonale zilustrowaną, pełną nawiązań do historii himalaizmu i zrozumiałą nawet dla laika. I to właściwie już wszystkie zalety, bo moje pozostałe spostrzeżenia są negatywne. Cóż z tego, że czyta się dobrze, kiedy nie można oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu rozgrywa swoją własną wojenkę przeciw Jackowi Berbece. Nie o tym miała być ta książka, nawet jeśli himalaista rzeczywiście jest tak nieprzyjemny, jak stara się go przedstawić reporter.

Za jeden z najważniejszych fragmentów Długiego filmu o miłości Bader uważa rekonstrukcję wydarzeń na szczycie - wymyśloną rozmowę Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, a dla mnie ten fragment jest bezwartościowy i wygląda na tanią zagrywkę. Gra na emocjach zamiast faktów. Wiem, to literatura, fikcja jest dopuszczalna, ale tym razem nie są dla mnie jasne intencje autora. Podobnie jak w sprawie rozdziałów zatytułowanych Jazgot, czyli kilkunastu stron wypowiedzi z internetowych forów. Zakładam, że reporter chciał pokazać burzę, która rozgorzała w sieci tuż po tragedii pod Broad Peak. Sęk w tym, że sam wybór komentarzy jest formą perswazji (nie śmiem nazwać tego manipulacją).

Na koniec kwestia zarzutów, które pojawiły się już po wydaniu książki. Pierwszy to oskarżenie o plagiat (tutaj znajdziecie szczegóły). Nie podejmuję się rozstrzygania, bo nie czytałam monografii Broad Peak. Niebo i piekło, odnotowuję jedynie, bo może chcielibyście sobie wyrobić własne zdanie na ten temat. Druga sprawa to relacje reportera z uczestnikami wyprawy poszukiwawczej, czyli z bliskimi nieżyjących już himalaistów (szerzej tutaj) i pytanie o to, co wolno reporterowi? I ten problem wydaje mi się niezwykle ważny, na własny użytek rozstrzygam go tak: szacunek do bohatera opowieści przede wszystkim.

Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak to pierwsza książka Jacka Hugo-Badera, którą nazwałam kontrowersyjną, a nie świetną. I pierwsza, która kazała mi się zastanawiać, ile można poświęcić dla dobrego reportażu.


* Obaj himalaiści zaginęli w marcu tuż po osiągnięciu szczytu Broad Peak.
** Planowany był także film dokumentujący tę wyprawę.

Pisałam też jakiś czas temu o tej książce na Lubimy Czytać - klik.

E-krótko: Babcia Rabuś

krótka recenzja, babcia rabuśkrótka recenzja, babcia rabuś

Znacie te ponadczasowe książki dla dzieci zasypujące przepaście między pokoleniami, kradnące serca wszystkich, bez względu na wiek? Pełne wyrazistych postaci i niezwykłych przygód, doprawione szczodrze dowcipem? Otóż to nie jest jedna z nich.

Babcia Rabuś to koncert karykatur (rodzice głównego bohatera) i stereotypów (babcia). Nie uświadczycie tu żadnych niespodzianek, bo książka Davida Walliamsa jest prosta i przewidywalna. Mogłoby ją uratować oryginalne poczucie humoru, ale i tego zabrakło. 

babcia rabuś, david walliams, książki dla dzieci, recenzja
Jedno jest dobre - mądre przesłanie. Babcię Rabuś można oczywiście przeczytać jako przypowieść o szacunku dla starszych, ale jeszcze wyraźniejszy jest wniosek, że do niczego dobrego nie prowadzi realizowanie cudzych marzeń kosztem własnego szczęścia. Sęk w tym, że ten morał ukryty jest w przeciętnej formie.  

Nastawcie się więc na przerysowaną opowieść o jedenastoletnim Benie, któremu dorośli nie mają do zaoferowania niczego ciekawego. Nuda z rodzicami, nuda z babcią. Skuszeni okładką będziecie liczyć na nagły zwrot akcji i on w końcu nastąpi, ale będzie miał gorzki smak. Bo to w gruncie rzeczy smutne, że babcia staje się dla wnuczka atrakcyjna dopiero, gdy okazuje się złodziejką.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby w książkach dla dzieci pojawiały się negatywne przykłady, zawsze można wtedy powiedzieć: „Zobacz, Jasiu, tak nie wolno robić!”. Ale po przeczytaniu Babci Rabuś bardziej odpowiednie jest: „Widzisz, Jasiu, znowu nabraliśmy się na sztuczkę specjalistów od marketingu!”.

Tytuł oryginału: Gangsta Granny,
Przełożyła Karolina Zaremba;

Dużo czytam (też mi nowina!), ale nie każda książka zachodzi mi za skórę wystarczająco, żeby zasłużyć na długi tekst na Ekrudzie. Perełki na pewno mi nie umkną, ale nie chciałabym też pominąć pozostałych ciekawych lektur. Od dzisiaj interesujące książki, o których z różnych powodów nie wspominałam, znajdą swoje miejsce w nowym cyklu. Będzie nim rządzić porządny regulamin, którego pierwszy (i jedyny) punkt mówi: ma być krótko! Zaczynamy?

krótka recenzja, wszystko zalezy od przyimka, e-krótkokrótka recenzja, wszystko zależy od przyimka, e-krótko

Na pierwszy ogień idzie Wszystko zależy od przyimka - zapis rozmowy Jerzego Bralczyka, Andrzeja Markowskiego i Jana Miodka; moderatorem jest Jerzy Sosnowski. 

wszystko zależy od przyimka, bralczyk, miodek, markowski, recenzja
O czym rozmawiają trzej językoznawcy? Nie zaskoczę Was - oczywiście o języku. Ale jak ciekawie, jak dowcipnie! Gwarantuję, że nie będziecie się nudzić, czytając o tym, jak zmienia się polszczyzna. Dowiecie się na przykład, dlaczego przeklinamy, co profesorowie sądzą o emotikonach albo czy rz, ch i ó mogą w końcu zniknąć.

Największa zaleta? Wszystko zależy od przyimka to nie jest spis sztywnych reguł, zapis pytań i jednoznacznych odpowiedzi. To swobodna, pełna anegdot rozmowa, która pokazuje, że język nie jest nam dany z góry raz na zawsze. Sami go tworzymy, zmieniamy i możemy przyglądać się jego mechanizmom. Może się tak zdarzyć, że nie z każdym zdaniem się zgodzicie i to chyba najlepszy dowód na to, że język to w dużej mierze kwestia umowy.

Wady? Próżno szukać. Ta książka jest dla każdego, kto choć odrobinę interesuje się językiem. Nawet jeśli wszystko już wiecie, na pewno podsyci Waszą ciekawość.

Sprawdźcie sami:
Dla mnie jeszcze magia w języku ujawnia się w tym, że dla wielu, także dla mnie, słowa, zgodnie z naturalistyczną, bardzo starą koncepcją zaczynają przypominać rzeczywistość zgodnie ze swoją fizycznością. To znaczy, że na przykład słowo „ciepły” wydaje mi się cieplejsze niż słowo „zimny”. Że słowo „twardy” jest twardsze niż słowo „miękki”. „Chudy” jest niewątpliwie chudszy niż słowo „tłusty”. Mało tego; w słowie „długi” „-u-” jest dłuższe niż w słowie „krótki”. Tak to artykułujemy*!


* cytat tradycyjnie pochodzi z elektronicznej wersji książki, ale polecam raczej papierową, bo w e-inku nie widać wyraźnie, że niektóre fragmenty zostały wyróżnione kolorem.

J.Bralczyk, A. Markowski, J. Miodek, J. Sosnowski, Wszystko zależy od przyimka, Agora 2014.


Obsługiwane przez usługę Blogger.