Znacie Jacka i Agatkę? Nawet jeśli nie załapaliśmy się na tę dobranockę (Ja się nie załapałam urodziłam się w epoce Tik-Taka, a to już za panowania następczyni tronu*), podejrzewam, że wszyscy ciągle kojarzymy ten zestaw imion, a i nazwisko Wandy Chotomskiej nie jest nam obce. Teraz możemy dowiedzieć się o niej więcej, bo całkiem niedawno Marginesy wydały perełeczkę Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia.

Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia, Barbara Gawryluk, recenzja
Książka Barbary Gawryluk to zapis wspomnień jednej z najsłynniejszych polskich autorek wierszy i opowiadań dla dzieci. To rozmowy o losach rodziny, o życiu w pokiereszowanej okupacją Warszawie, o przyjaźniach, o pracy literackiej w zmieniającej się Polsce, o pisaniu dla najmłodszych i o nieprzewidywalnych spotkaniach z czytelnikami. Krótkie rozdziały uzupełniane są prawdziwym morzem ilustracji i anegdotami opowiadanymi przez przyjaciół Chotomskiej.

Gdyby handlarze dopalaczami byli bardziej oczytani, wśród różnych Mocarzy, Tajfunów i Lordów Koksu wcześniej czy później pojawiłby się pewnie środek o nazwie Wanda Chotomska. Pobudzający, usuwający zmęczenie, wzmacniający pamięć, obniżający barierę strachu, a nade wszystko poprawiający pracę mózgu. Zwykły śmiertelnik musiałby go dzielić na cztery części**.

Z tego wszystkiego wyłania się postać wesołej i nieco szalonej Wandy Chotomskiej, która nawet strażaków wzywa na pomoc wierszem i która dowcipem potrafi wyratować się z każdej opresji. Pewnie dlatego to leciutka opowieść, nawet najtrudniejsze tematy opisująca z taktem, a jej największa zaletą są liczne fotografie, reprodukcje, ilustracje z książek. Publikację przygotowano starannie, więc na końcu znajdziecie też bogatą bibliografię. Jednym słowem to nie lada gratka dla wielbicieli twórczości Wandy Chotomskiej.  

Choć wydanie przywodzi na myśl biografie Tove Jansson i P.L. Travers, to książka Gawryluk idzie w zupełnie innym kierunku. Nie ma w niej tak pogłębionej analizy twórczości (właściwie w ogóle nie ma w niej analizy) jak w pisanej przez literaturoznawczynię Mamie Muminków. Nie jest to też pełna smaczków biografia w stylu To ona napisała Mary Poppins. Książka o Chotomskiej jest jak pogaduszki z ukochaną ciocią, która sypie anegdotami jak z rękawa, czaruje i kradnie serca, ale prawdziwe sekrety zachowuje dla siebie.

Poznajcie Wandę Chotomską, która stworzyła Jacka i Agatkę, pisała wiersze i piosenki dla kilku już pokoleń dzieci, przyczyniła się do powstania Orderu Uśmiechu i ciągle jeszcze czeka, aż odkryją ją handlarze dopalaczami. 


* Słynną Ciotką Klotką była Ewa, córka Wandy Chotomskiej.
** Grzegorz Kasdepke w książce Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia. Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, nie mogę wskazać numeru strony, ale znajdziecie go tuż za rozdziałem 11.

mary poppins, p.l. travers
Pisałam kiedyś o Muminkach, które zjadły Tove Jansson, ale takie pożeranie zdarzało się i innym postaciom literackim. Spójrzcie na Mary Poppins, czarodziejska niania z parasolką schrupała autorkę. Choć może to wcale nie tak? Może dopiero Walt Disney pożarł je obie? W każdym razie, o ile wszyscy wiedzą, kto to jest Mary Poppins, mało kto zna nazwisko kobiety, która ją stworzyła, a już na pewno tylko nieliczni znają jej losy.

Tymczasem P.L. Travers była intrygującą osobą, czego właściwie można było się spodziewać, skoro w jej głowie zrodziła się tak niezwykła postać. Prędzej czy później biografia pisarki musiała powstać, nawet jeśli sama Travers mówiła:

„Nie chcę zostać zaszufladkowana. Czuję do tego wstręt” [...] Oświadczyła, że nie życzy sobie, by napisano jej biografię. Może jak Oscar Wilde, który nazywał biografów „hienami cmentarnymi”, żywiła głęboką niechęć do wszystkich próbujących wściubiać nos w jej prywatne życie. „Nie pozwalam ludziom grzebać w moim życiu... Nie obnoszę się ze swoimi sprawami osobistymi”*.

Jak to się stało, że zignorowano jej życzenie? Otóż Valerie Lawson, autorka jej biografii, uznała, że śmierć P.L. Travers "zmieniła reguły gry"**. Koronnym argumentem za powstaniem książki było jednak to, że pisarka zbierała i starannie przechowywała wszelkie zdjęcia, listy, notatki i dokumenty, a po latach sprzedała je Mitchell Library w Sydney. Dlatego Lawson przystąpiła do pracy, uznając po prostu, że P.L. Travers sama się już zaszufladkowała.

Po pięciu latach pracy powstała książka  "To ona napisała Mary Poppins. Życie P.L. Travers". Jest to opowieść o dziewczynce, która tak bardzo kochała swojego ojca, że po latach jego imię uczyniła swoim pseudonimem artystycznym, a potem nowym nazwiskiem. Uwielbiała fantastyczne opowieści i podobno już w wieku trzech lat potrafiła czytać. Lubiła gwiazdy, ale niepokoił ją zmierzch i czasami nawet pytała rodziców, czy aby na pewno rankiem znowu wzejdzie słońce. A w przyszłości nocne niebo uczyniła motywem przewodnim swoich książek.

W rzeczywistości nazywała się Helen Lyndon Goff, szybko jednak wybrała pseudonim - Pamela Travers, a potem P.L. Travers. Zaczynała jako sekretarka, później została aktorką, by wreszcie poświęcić się pisaniu. Na początku była dziennikarką, próbowała też swoich sił jako poetka, ale jej najbardziej znanym dziełem stały się książki o Mary Poppins. Paradoksalnie Travers uważała, że prawdziwi pisarze nie piszą dla dzieci, notabene własnych dzieł za książki dla najmłodszych wcale nie uznawała. Pisała dla czytelników, którymi - traf chciał - czasem były dzieci.

Valerie Lawson dokładnie zbadała losy P.L. Travers, zrekonstruowała je z najmniejszymi szczegółami, a potem odnalazła autobiograficzne elementy w jej twórczości. Przypomniała o pierwowzorach postaci występujących w książeczkach o Mary Poppins, a w przygodach Janeczki i Michasia*** odkryła dziecięce wspomnienia autorki. Za innymi badaczami przywołała też literackie i filozoficzne odniesienia, od których aż roi się w opowieściach o najbardziej znanej niani świata.

Wszystko to było bardzo ciekawe i z przyjemnością czytałam te literaturoznawcze fragmenty, ale dla Lawson chyba jednak bardziej fascynująca od książek była ich autorka. Dlatego też nie pominęła nawet faktów, które niekoniecznie korzystnie o P.L. Travers świadczą. Jest więc mowa o jej trudnym charakterze, o skomplikowanych relacjach z ludźmi, a nawet o tym, że zanim adoptowała jedno z bliźniąt, dla pewności poprosiła o postawienie im horoskopów i wybrała to, które wskazał astrolog.

Cóż, taka właśnie była. A dlaczego? Dowiecie się, jeśli sięgniecie po książkę "To ona napisała Mary Poppins". Ręczę, że to bardzo rzetelna biografia, bogato zilustrowana między innymi fotografiami z rodzinnego archiwum Traversów i opatrzona zawrotną liczbą przypisów. Wielbiciele biografii na pewno poczują się dopieszczeni, a czytelnicy "Mary Poppins" dowiedzą się nawet, skąd wziął się słynny parasol niani Banksów.

A jeśli chcielibyście uzupełnić lekturę, szczerze polecam film "Ratując pana Banksa" ze wspaniałą rolą Emmy Thompson. Wprawdzie dosyć swobodnie wykorzystano tu fakty z życia P.L. Travers, ale ciągle jest to bardzo ciekawa opowieść o burzliwych negocjacjach w sprawie przeniesienia przygód Mary Poppins na ekran.




Macie jeszcze jakieś wątpliwości? Kiedy P.L. Travers zmarła, Myszka Mickey płakała****! Musicie to przeczytać.



* Cytat pochodzi ze wstępu do książki To ona napisała Mary Poppins. Życie P.L. Travers.
** Valerie Lawson, To ona napisała Mary Poppins. Życie P.L. Travers, Wydawnictwo Marginesy 2014.
*** Jeśli nie należeliście do fanklubu Mary Poppins, to podpowiadam, że takie imiona w polskim tłumaczeniu nadano dzieciom Banksów, którymi opiekowała się słynna niania.
**** Po śmierci P.L. Travers Disney umieścił informacje w czasopismach branżowych, opatrzone Myszką Mickey we łzach.


 
Tytuł oryginału: Mary Poppins, she wrote. The Life of P.L. Travers,
Przełożyła Bogumiła Nawrot,

Historia to zwykle opowieść o mężczyznach, o ich odkryciach i osiągnięciach. O kobietach wspomina się w tym kontekście rzadziej, jakby zupełnie nie brały udziału w oswajaniu nieznanego. A przecież zawsze istniały kobiety, które nie pozwalały sobie wmówić, że ciekawość świata ma płeć. O takich właśnie niezwykłych i odważnych postaciach opowiada książka "Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy".

Jej autor, Wolf Kielich skupił się na XIX wieku, kiedy życiem rządziły konwenanse i zupełnie absurdalne zasady, które opisał pokrótce w pierwszym rozdziale. Niektóre z nich były usankcjonowane przez prawo, inne narzucone przez konserwatywne społeczeństwo, wszystkie zaś niesprawiedliwe, a często po prostu kuriozalne. Były to czasy, kiedy kobieta po ślubie traciła praktycznie wszelkie prawa i mąż mógł na przykład dowolnie dysponować jej majątkiem. Rozwody były właściwie niemożliwe, jeśli zaś kobieta zostawała wdową, rodzina mogła odebrać jej dzieci. Obowiązywała też podwójna miara w ocenie moralności w zależności od płci (ale ten grzech i nam nie jest dziś obcy), a wszystko, co znajduje się poniżej pasa należało do tabu. Od kobiet wymagano, by były aniołami domowego ogniska, a jedyną radość czerpały z macierzyństwa. No tak, mogły jeszcze czytać Shakespeare'a, ale ocenzurowanego, żeby się nie zgorszyły.*

Tymczasem świat czekał na odkrycie, wyruszały wyprawy w głąb  Afryki, Azji, Australii, Ameryki. Mężczyźni otrzymywali na nie środki od rządów i różnych instytucji naukowych, kobiety finansowały swoje ekspedycje samodzielnie. Takie podróże nie były więc dostępne dla każdej, która chciała realizować swoje pasje. Zatem zwykle podróżniczkami zostawały kobiety pochodzące z zamożnych rodzin, wykształcone (nie zanadto, wychodzono bowiem z założenia, że w karierze żony ważniejszy od wiedzy jest charakter), którym nie brakowało fantazji i nie bały się plotek na swój temat. Najbardziej zaimponowały mi jednak odwagą i wytrzymałością z jaką, przynajmniej niektóre, znosiły trudne warunki, w jakich spełniały swoje wielkie marzenia.

Wolf Kielich opisał kilkanaście niezwykłych kobiet, które przemierzały, pustynie, dżungle, góry, by poczuć wolność, a nie jak mężczyźni, by podbijać. Spośród tych wszystkich podróżniczek największe wrażenie zrobiła na mnie Mary Slessor. Ta szkocka misjonarka zwana matką wszystkich ludów dżungli mogłaby być wzorem otwartości i tolerancyjności. Kiedy przybyła na tereny dzisiejszej Nigerii, nie próbowała nikogo na siłę nawracać. Zamiast tego zamieszkała wśród plemienia Okoyongo i szanując jego zwyczaje, zdobyła szacunek, dzięki któremu mogła powoli wykorzeniać okrutne praktyki. Pomogła zaprowadzić pokój między zwaśnionymi plemionami, uratowała wielu ludzi i zdecydowanie zasłużyła na najwyższy podziw.

Zupełnie inną postacią była druga z moich ukochanych bohaterek - Margaret Fountaine, której pasją były motyle... i mężczyźni. Wolf Kielich napisał o niej, że "wielu jej współczesnych uważało ją za wariatkę, ale być może po prostu za wcześnie się urodziła"**. Margaret mnie zauroczyła i mimo że jej dokonania nie były tak imponujące jak choćby dzieło Mary Slessor, z przyjemnością poznawałam jej szalone przygody. Podobnie było z pozostałymi rozdziałami, wszystkie były bardzo ciekawie i dosyć rzetelnie opisane, choć nie każda z kobiet budziła sympatię.

Możecie być pewni, że "Podróżniczki" to niezwykle interesująca lektura, którą czyta się jak najlepszą powieść przygodową. W dodatku zilustrowano ją wieloma fotografiami i rysunkami, w kilku miejscach pojawiły się też przydatne przypisy od tłumacza. Niczego tej książce nie brakuje. 

W idealnej szkole czytałoby się takie rzeczy na lekcjach historii.   

* Wszystkie te ciekawostki znajdziecie w rozdziale Anioł domowego ogniska.
** Wolf Kielich, Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy, Wydawnictwo W.A.B. 2013, s. 79.

Tytuł oryginału: Vrouwen op avontuur; Vrouwen op ontdekkingsreis 
przełożyła Małgorzata Diederen-Woźniak
Wolf Kielich, Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy, Wydawnictwo W.A.B. 2013.

Tove Jansson. Mama Muminków

Postawiłam sobie za punkt honoru, że nie wspomnę o nich w pierwszym zdaniu. Ale nie sposób się powstrzymać, bo kiedy tylko pojawia się to nazwisko, małe trolle natychmiast przychodzą w ślad za nim. Jak świat długi i szeroki z pokolenia na pokolenie pielęgnujemy najprostsze skojarzenie: Tove Jansson? Muminki! Cały dorobek tej wszechstronnej artystki beztrosko redukujemy, bez namysłu przyczepiając jej łatkę tytułowej Mamy Muminków. 

Ale Jansson nie byłaby z tego zadowolona, głównie dlatego że zawsze chciała być postrzegana przede wszystkim jako malarka. Trolle są tylko częścią jej bogatej twórczości. A ta mimo, że z pewnością nie w całości genialna, bez wątpienia nie zasługuje na to, by i ją zjadły Muminki.

Jeśli więc chcecie lepiej poznać dorobek artystyczny kobiety, w której umyśle zrodziła się Buka, nie musicie pracowicie wertować setek publikacji. Wystarczy sięgnąć po książkę Boel Westin, specjalistki od twórczości Tove Jansson. Szwedzka literaturoznawczyni stworzyła bowiem najbogatszy skarbiec wiedzy na temat tej artystki. Miała pełen dostęp do jej domowego archiwum, poznała pisane przez całe życie pamiętniki i mogła liczyć na pomoc towarzyszki jej życia, Tuulikki Pietilä. Dodatkowo wszystko opatrzyła nawiązaniami do książek, zawierających elementy autobiograficzne. W rezultacie powstała obszerna biografia w Polsce wydana jako "Tove Jansson. Mama Muminków".

Nie jest to jednak typowa biografia, w której byłoby dokładnie opisane życie prywatne. Daleko jej do literatury plotkarskiej, która bezlitośnie okradałaby artystkę z wszelkiej prywatności i zupełnie zacierała dystans. Owszem, jest tu wiele ciekawych wspomnień z życia Tove, opowieści o jej utalentowanej rodzinie, o związkach, które wywarły na nią duży wpływ. Wszystko to jednak w odniesieniu do twórczości. Swoją drogą doskonale w ten sposób widać, jak bardzo jej życie prywatne było połączone z pracą. 

We wszystkim, co Tove "kleciła", zawarła samą siebie, dlatego też najlepszym kluczem do odczytania jej twórczości, zarówno malarskiej, jak i literackiej, są jej osobiste doświadczenia. I tak właśnie Boel Westin potraktowała życiorys artystki, jako zbiór wskazówek do interpretacji dzieł. Jeśli przy pracy nad tą książką w autorce starła się dusza literaturoznawcy z biografem, to zdecydowanie zwyciężyła ta pierwsza.

Paradoksalnie jednak największy problem w odbiorze tej książki powoduje rozległa wiedza autorki. Profesor Westin wie o Tove Jansson tak dużo i tak swobodnie się w tym temacie porusza, że czytelnik może za nią nie nadążać. Widać to najlepiej, kiedy jest mowa o czymś, co zostanie wyjaśnione dopiero kilka rozdziałów dalej. Takie luźne podejście do chronologii utrudnia czytanie i wprowadza niewielkie zamieszanie.

Dodatkowo polski wydawca niezupełnie stanął na wysokości zadania i mimo całej pracy, którą widać w tym imponującym tomie, nie uniknął kilku niedociągnięć. Najważniejszym jest brak przypisów, które ułatwiłyby polskiemu czytelnikowi odbiór tekstu. Wszak nie wszyscy doskonale orientujemy się w skandynawskiej historii i sztuce, nie musimy kojarzyć tytułów czasopism i nazw instytucji. 

Trudno też nie zwrócić uwagi na grubo ciosane tłumaczenie, które sprawia, że podczas lektury łatwo potknąć się o jakiś 'achtel' czy inną 'kufę'. Ale najbardziej zaskakującą decyzją wydawcy jest polski tytuł, który znowu eksponuje trolle, podczas gdy w oryginalnym* nie ma o nich mowy. To jest tak jawne ignorowanie treści książki, że nawet prawa marketingu go nie usprawiedliwiają.

Najważniejsze jest jednak to, że o wszystkich tych uwagach tak łatwo zapomnieć, kiedy obejrzy się to piękne i niezwykle bogato ilustrowane wydanie. Bo nie da się ukryć, że ta biografia jest prawdziwą gratką dla wszystkich, których bardziej interesuje twórczość niż życie prywatne Tove. Zwłaszcza, że książkę opatrzono bibliografią podmiotową i przedmiotową oraz kalendarium życia artystki.

Nie wahajcie się więc, czytajcie! A 'achtel' zawsze można sprawdzić w słowniku. 
 
* "Tove Jansson. Ord, bild, liv" to dosłownie "Tove Jansson. Słowa, obrazy, życie".

Ksiądz Paradoks biografia Jana Twardowskiego Magdalena Grzebałkowska recenzja
Czytam biografie głównie ze względu na ich walory poznawcze, ale nie do przecenienia są także walory estetyczne, gdy książka napisana jest ciekawym językiem dopasowanym do treści.
 
Jaka powinna być dobra biografia?

Obiektywna, na ile to możliwe. Bez ocen i manipulacji, bez tropienia sensacji. 
Dobra biografia powinna być bogata i całościowa. Niedobrze, jeśli czytelnik czuje, że cała zasługa biografa to jedynie sprawne posługiwanie się wyszukiwarką internetową.

Czy istnieją biografie idealne?
Wiem, że istnieją takie, którym bardzo niewiele brakuje. Jedno jest pewne - Ksiądz Paradoks biografią idealną niestety nie jest.

Magdalena Grzebałkowska nie jest literaturoznawcą, może właśnie dlatego tak powierzchownie potraktowała kwestię twórczości Jana Twardowskiego. Wspomina o tym, jak ksiądz reagował na popularność, jak specyficzne miał podejście do swoich wierszy i ich publikowania. Jednak na pytanie o to, jak Twardowski pisał, autorka znalazła jedynie taką odpowiedź: na leżąco i niewyraźnie.
Zdaję sobie sprawę, że Jan Twardowski nie był poetą na miarę Nagrody Nobla - nie tylko dlatego, że jak sam twierdził "za wiersze o Bogu Nobla nie dają" - ale mimo wszystko w książce o "Księdzu Piszącym Wiersze" można było trochę więcej uwagi poświęcić poezji. Pozostał niedosyt.

W pracy Grzebałkowskiej leitmotivem stała się skromność Jana Twardowskiego przedziwnie przeplatająca się z pewną jego próżnością. Autorka skupiła się na drobnych dziwactwach księdza, na jego uroczych przywarach. Zebrała anegdoty o prostym i dobrym człowieku, który oddałby innym wszystko, co miał pod ręką, niezależnie od tego, czyją było własnością. Opowiedziała o tupeciku księdza, o kartkach, które wymieniał z Anna Kamieńską, o dzienniku, którego niby nie pisał, a przecież pisał.
Poruszyła także tematy, które mogłyby budzić pewne kontrowersje, na przykład relacje księdza z kobietami, czy też jego kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa. I wszystko to udało jej się napisać na tyle zręcznie, że czyta się tę książkę szybko i przyjemnie, jak czytadło, ale czytadło z aspiracjami.

Nie udało się jednak Grzebałkowskiej całkowicie uniknąć plotkarstwa, bardzo dużo uwagi poświęciła bowiem spadkobierczyni Jana Twardowskiego, jej konfliktowi z przyjaciółmi księdza, z badaczami jego twórczości, z wydawcami. Zupełnie niepotrzebnie sprowadziła tę historię do płytkiej i niesmacznej awantury o prawa do spuścizny po księdzu.

Warto zauważyć, że "Ksiądz Paradoks" jest wynikiem niemal detektywistycznej pracy Magdaleny Grzebałkowskiej. Autorka mozolnie zbierała wspomnienia o Janie Twardowskim na przekór Aleksandrze Iwanowskiej, która nie udostępnia archiwaliów pozostających od śmierci księdza w jej posiadaniu. Nie lada wyzwaniem było więc napisanie książki o poecie, kiedy jego spuścizna jest w dużej mierze niedostępna, a sam ksiądz za życia skutecznie zacierał po sobie ślady.  

Nie sposób nie zauważyć, że "Ksiądz Paradoks" to biografia napisana przez dziennikarza, zbiór anegdot, wspomnień i plotek. Nie można też delektować się jej zaledwie poprawną formą. Pozostaje wrażenie, że bez większych zmian, można by przenieść tę opowieść na łamy "Gazety Wyborczej". 
I niestety nie jest to w tym przypadku zaletą.
 

Miłosz. Biografia

Czesław Miłosz, Andrzej Franaszek, recenzjaBrawura to jest to, co zdaniem Andrzeja Franaszka sprawiło, że przyjął propozycję Jerzego Ilga i zgodził się napisać biografię Czesława Miłosza.

Praca nad książką zajęła Franaszkowi ponad dziesięć lat, w czasie których "dręczył" poetę pytaniami, badał dokumenty udostępnione przez samego Miłosza i te skrywane w archiwach rozsianych po całym świecie. Podróżując śladami noblisty odwiedził Litwę, gdzie Miłosz się urodził, Francję, która przez wiele lat była jego schronieniem i Stany Zjednoczone, gdzie poeta spędził znaczną część swojego życia.

Owocem tej pracy jest bardzo rzetelnie napisana książka, w której doskonale współgra opowieść o Miłoszu z opowieścią o jego twórczości. Rozdziały gęsto usiane cytatami pokazują wybitnego pisarza, a równocześnie człowieka świadomego swych licznych słabości, borykającego się ze zwykłymi problemami - brakiem pieniędzy, kłopotami zdrowotnymi żony i syna.

Co warte uwagi, Franaszek nie unika trudnych pytań i kontrowersyjnych tematów. Pisze o litewskim paszporcie poety, tak często mu wypominanym. Opisuje obszernie stosunek Miłosza do komunizmu i pracę w dyplomacji komunistycznych władz Polski. Nie pomija też drażliwej kwestii "dezercji", czyli prośby o azyl polityczny we Francji i wynikłego na tym tle konfliktu z pisarzami pozostałymi w kraju. Franaszek wspomina także o relacjach Miłosza z kobietami, niektórym poświęcając całe rozdziały. Był więc na dobrej drodze, żeby wypunktowawszy grzeszki Miłosza dorzucić cegiełkę do szuflady z literaturą plotkarską. Tymczasem udało mu się podejść do życiorysu poety z dużą dozą zrozumienia, uniknąć jednoznacznych sądów i ocen.
Tak powstała opowieść bogata i momentami porywająca. Przerażająca jedynie olbrzymią liczbą stu czterdziestu stron przypisów świadczących dobitnie o tym, jak pełna jest to biografia.

Jedyną słabą stroną książki Franaszka są ostatnie rozdziały, traktujące o losach Miłosza po 1980 roku, po przyznaniu mu Nagrody Nobla. W porównaniu z poprzednimi rozdziałami ta część książki rozczarowuje powierzchownością i mniejszą szczegółowością. Autor porzucił swoją skrupulatność i pozostawił nas z lekkim niedosytem.

Trzeba jednak przyznać, że książka jest jedną z najpełniejszych biografii, jakie kiedykolwiek czytałam. Napisana w bardzo dobrym stylu, opatrzona kilkudziesięcioma fotografiami i pięknie wydana przez Znak przyniosła już autorowi w pełni zasłużoną Nagrodę Fundacji im. Kościelskich w 2011 roku i tegoroczną Nagrodę Nike czytelników. 

Obsługiwane przez usługę Blogger.