Słyszysz Lars Saabye Christensen i już wiesz, że to będzie dobra książka. A jeśli czytałeś Odpływ albo Beatlesów, wiesz też, że muzyka może w niej odegrać znaczącą rolę. I tym razem właśnie tak będzie, bo w kolejnym odcinku Muzyki z książek posłuchamy playlisty z powieści Magnes! Lecimy z Oslo przez Kopenhagę do San Francisco, w tle muzyka z drugiej połowy ubiegłego wieku.


MIŁOŚĆ, SZTUKA I CZAS

Po pierwsze Magnes to historia miłosna. Poznają się na studiach i choć zdaje się, że nie mają ze sobą wiele wspólnego, zostają parą – mądra, piękna Synne i utalentowany, niedopasowany Jokum. Podążamy za nimi od miasteczka studenckiego po galerie San Francisco, podglądamy w najintymniejszych chwilach, obserwujemy, jak się zmieniają i może nawet przeczuwamy zakończenie tej historii.

Po drugie Magnes jest opowieścią o sztuce. Gdyby książki miały ojców chrzestnych, ta miałaby Edwarda Hoppera i Franza Kafkę. Proces pojawia się już na pierwszych stronach, kiedy Jokum pisze pracę na jego temat, potem wraca nie tylko przywoływany w treści, ale i wyczuwalny w atmosferze niektórych scen. Hopperem z kolei zajmuje się Synne, z jego twórczością kojarzą się fotografie Jokuma, konkretny obraz przywołuje Synne, żeby opisać własne życie.
W dodatku tę historię można czytać jako opowieść o artystach, o sztuce współczesnej i jej związkach z biznesem.

Po trzecie Magnes to portret czasu. Zauważyliście już pewnie w prozie Christensena tęsknotę za latami sześćdziesiątymi, siedemdziesiątymi. Lądowanie na Księżycu, protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, kolejne płyty Beatlesów. Każda książka Christensena działa jak kapsuła czasu, z tą jest tak samo – uchwyciła czas i miejsca, których już nie ma.

MUZYKA

Sztuk wizualnych jest w tej powieści najwięcej, ale muzyka też odgrywa dużą rolę. Jak zwykle u Christensena pomaga sportretować czas – i tak wiemy na przykład, że rówieśnicy głównych bohaterów słuchają Beatlesów, Stonesów, Animalsów, wiemy, że na studenckich imprezach gra dosyć wtórny zespół The Sunbeams albo że do Oslo przyjechał wtedy Leonard Cohen, a koncert został przerwany z powodu alarmu bombowego.

Muzyka odzwierciedla "inność" Jokuma. Kiedy wszyscy słuchają rocka, chłopak szuka czegoś, co bardziej do niego pasuje. Wybiera jazz, słucha Oscara Petersona i odkrywa, że melodia może wyznawać miłość rytmowi.

Wreszcie muzyka łączy się z fotografiami Jokuma, z piosenek pochodzą tytuły niektórych zdjęć czy wystaw.

Widzicie? Magnes musi mieć playlistę!

Jak zwykle wynotowałam utwory, o których jest mowa w książce. Jeśli nie padł konkretny tytuł, wybierałam kawałek, który dany artysta mógł grać w tamtym czasie. Efekt? 22 utwory, godzina i dwadzieścia pięć minut słuchania. Zaczynamy?




CHCECIE WIĘCEJ?

Tytuł oryginału: Magnet,
Przełożyła Iwona Zimnicka;

Młodość, przyjaźń, muzyka

Jest coś niezwykłego w skandynawskich książkach o dorastaniu. Weźmy niektóre tomy Mojej walki Karla Ovego Knausgårda, Wróżbę Agnety Pleijel i na przykład Odpływ Larsa Saabye Christensena. Zmienia się czas, zmieniają się ludzie, ale efekt za każdym razem jest taki sam – czytam, wsiąkam, chcę więcej. 

KAPSUŁA CZASU

Lars Saabye Christensen, BeatlesiTym razem dorwałam książkę o czterech norweskich nastolatkach, którzy uwielbiają Beatlesów i marzą o założeniu własnego zespołu. Bardzo to uprościłam, bo w rzeczywistości to trochę tak, jakby Lars Saabye Christensen wziął muzykę, parę skrętów i znaczki oderwane z masek samochodów, a potem zamknął wszystko w kapsule czasu. Otwiera się ją  i nagle bucha atmosfera lat sześćdziesiątych! Protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, wiadomości o inwazji na Czechosłowację, relacja z lądowania na Księżycu. I na tym tle  przyjaźń, pierwsze zauroczenia, wielkie marzenia i młodzieńcze błędy.

Siedem lat z życia nastolatków, sami rozumiecie, w tej fabule może być wszystko.

Byliśmy mocni w gębie, a z naszych twarzy wzlatywały piękne ptaki. Braliśmy zaliczkę na przyszłość, która zapowiadała się fantastycznie*. 

BEATLESI

Powieść Beatlesi jest przesiąknięta muzyką. Wspaniała czwórka jest już w tytule książki, tytuły rozdziałów pochodzą od nazw jej płyt i piosenek, a Kim, Gunnar, Ola i Seb przybrali nawet pseudonimy Paul, John, George i Ringo. Utożsamiają się z nimi tak bardzo, że pogłoski o rozpadzie zespołu stawiają pod znakiem zapytania losy ich własnej przyjaźni. Przyjaźni, dodajmy, upływającej w rytmie muzyki Beatlesów. 

Kolejne płyty towarzyszą ważniejszym wydarzeniom w życiu chłopaków. Począwszy od Help! po Let It Be słuchają uważnie każdego tekstu, analizują dźwięki, rozpoznają nowe instrumenty. Od czasu do czasu przedzierają się do ich świata dziewczyny ze swoimi Leonardami Cohenami albo starszy brat z Bobem Dylanem, ale Beatlesi trzymają się mocno.

Jednak zmiany są nieuniknione. Zachodzą równolegle w muzyce i w życiu chłopaków, odbijając się wreszcie w tonacji książki. Od beztroski i entuzjazmu pierwszych rozdziałów po gorycz ostatnich. Tak gra maestro Christensen. 

Beatlesów w polskim przekładzie (świetnej Iwony Zimnickiej) mogliśmy poznać dopiero po ponad trzydziestu latach od norweskiej premiery. I wiecie, co jest najlepsze? Że ciągle czyta się to doskonale. I czeka się na polskie (albo choć angielskie) przekłady pozostałych dwóch tomów trylogii o Kimie Karlsenie i jego przyjaciołach**. Film też by się chętnie obejrzało! 

Przecież ostrzegałam: czyta się, wsiąka i chce się więcej!


Chcecie więcej?


* Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, nie mogę podać numeru strony, ale znajdziecie go w rozdziale "Rubber Soul". Zima '65/'66
** Bly z 1990 roku i Bisettelesen z 2008.


Tytuł oryginału: BEATLES,
Przełożyła Iwona Zimnicka;

Lars Saabye Christensen, Beatlesi, Wydawnictwo Literackie 2016.

Międzynarodowy Dzień Tłumacza to świetna okazja, żeby wyróżnić tych, którzy często są w recenzjach pomijani. Wyrazy uznania zbieraja zwykle pisarze, o autorach przekładów się zapomina. Niedobrze! Zauważyliście, jak wiele zależy od umiejętności tłumacza? Wiem, trudno ocenić jakość przekładu, kiedy nie zna się oryginału, ale przecież praca tłumacza nie jest dla czytelnika niewidzialna. Zwracacie na to uwagę? 

A może macie ulubionych tłumaczy? W moim przypadku są to właściwie tłumaczki, bo tak się składa, że najbardziej cenię przekłady trzech kobiet. Zatem dziś w Trójce Ekrudy trzy najlepsze autorki przekładów. 



Chcecie więcej?
Tutaj znajdziecie recenzje książek, które przełożyła Iwona Zimnicka,
a tutaj tłumaczonych przez Irenę Kowadło-Przedmojską. Tu z kolei są inne Trójki Ekrudy.

Mała książka, duży temat

POZNAJCIE HERMANA

Herman ma jedenaście lat i mieszka w Oslo. Jest jedynakiem i właściwie nie ma kolegów, bo trudno nimi nazwać chłopców, którzy znęcają się nad nim w szkole. Ma za to obiekt pierwszych westchnień  rudowłosą Ruby. Herman jest mądrym, ciekawym świata i wrażliwym chłopcem, który po rodzicach odziedziczył oryginalne poczucie humoru. Czasami psoci, chodzi do szkoły tyłem lub z zamkniętymi oczami. Spóźnia się na lekcje, a potem mówi, że nagle oślepł i zabłądził na Starym Mieście albo musiał ratować starszą panią napadniętą przez lisa. Ot, dzieciak. Nie wie jeszcze, że wkrótce zachoruje i wszystko się zmieni.


MAŁA KSIĄŻKA, DUŻY TEMAT

lars saabye christensen, herman, recenzja
Herman to wydana w 1988 roku* powieść Larsa Saabye Christensena. W porównaniu z Półbratem czy Odpływem, jest zaskakująco krótka, bo liczy niespełna sto dziewięćdziesiąt stron. Niepozorna wydaje się też fabuła, ale w rzeczywistości kryje się za nią poważny temat  choroba i to taka, która dotyka dziecko. I tu widziałam pułapkę, bo pisząc o tym, łatwo wpaść w tanią narrację, ckliwą i pełną banałów. Ale nie obawiajcie się, Lars Saabye Christensen podchodzi do sprawy jak najsubtelniej, pokazuje chorobę z punktu widzenia Hermana i nie próbuje ogłuszać cierpiętnictwem. 

Rezultat przywodzi na myśl bajkę terapeutyczną (łatwą w odbiorze, ale skierowaną jednak do dorosłych) albo studium choroby, a może raczej studium reakcji na nią. Bo można tę książkę opatrywać różnymi etykietkami   że jest o dzieciństwie, że o równości społecznej, o samotności i wreszcie o wyobraźni. Ale chyba najbardziej rzuca się w oczy to, jak Herman zmienia się, od kiedy wie o swoich kłopotach zdrowotnych. Przechodzi różne fazy (nie będę ich nazywać, bo nic Wam z lektury nie zostanie), a autor opisuje je bardzo wiarygodnie. Dobrze przemyślał swojego bohatera, doskonale zrozumiał jego emocje. Nie mówiąc niczego wprost, nie bawiąc się w domorosłego psychologa, pisarz wyjaśnia, co i dlaczego może czuć chory, nie tylko dziecko.

Herman to także studium reakcji na cudzą chorobę, bo zachowanie tytułowego bohatera zmienia się, kiedy ludzie zaczynają go inaczej traktować. Co więcej, zmienia się nawet jego samoocena. I co ciekawe, kiedy chwieje się dotychczasowy porządek w najbliższym otoczeniu, Herman znajduje sprzymierzeńców wśród ludzi, którzy już wcześniej żyli gdzieś na obrzeżach społeczeństwa. Ludzi, którzy wyróżniają się z tłumu zdrowych, zgrabnych, poprawnych.


CZAS TO ŻÓŁW

To wszystko brzmi poważnie i smutno, ale ta książka nie jest ani trochę przytłaczająca. Jasne, że daje do myślenia, ale to nie znaczy, że brnie się przez nią z mozołem. To jedna z tych książek, w których wielkie rzeczy niesie łatwa w odbiorze forma. Nie ma tu miejsca na patos, bo wszędzie panoszy się urocze poczucie humoru i lekka ironia. I tak rodzina Hermana rozmawia zabawnym szyfrem, a sąsiadowi nigdy nie ucieka Czas, bo Czas to jego żółw. No dobrze, nie będziecie śmiać się do łez, ale gwarantuję, że kilka razy się uśmiechniecie. 

 No, a ile ty masz lat?
Doktor mówi tak dziwnie, jakby pomylił Hermana z jakimś pudlem.
 Wydaje mi się, że straciłem rachubę. Ale w przyszłym roku też będę obchodził urodziny**.

Herman to zgrabna książka, ale nie spodziewajcie się w niej tego rozmachu, który tak zachwycał w słynnej pierwszej części Odpływu. Nie ma tu jeszcze tak potoczystego języka i wspaniałych metafor, ale już widać, że Lars Saabye Christensen wie, jak pisać o istotnych sprawach i nie przedobrzyć. I chyba nieźle mu poszło. Sprawdzicie?

PS Książka została zekranizowana w 1990 roku, może znacie ją z tej wersji?

* W Polsce w roku 2000.
** Lars Saabye Christensen, Herman, Świat Literacki, Izabelin 2000, s. 38.


Tytuł oryginału: HERMAN,
Z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka;



Ojciec, śmierć i David Bowie

Uff, zdążyłam. Wkrótce, bo 21 maja, pojawi się polski przekład drugiego tomu najbardziej znanej powieści Karla Ovego Knausgårda. Prawie wszyscy przeczytali już pierwszy, a ja ciągle odkładałam lekturę. A kiedy już się za nią zabrałam, okazało się, że to jedna z tych nieodkładalnych książek, które czyta się długo w noc i nawet się nie zauważa, kiedy minęło pięćset pięćdziesiąt stron.


karl ove knausgard, moja walka, recenzja
To zaskakujące, bo gdybym streściła, o czym to jest, nie pomyślelibyście, że to może być aż tak dobre. Sprawdzimy? 

Norweski pisarz opowiada swoją historię – nie odnosił dotąd wielkich sukcesów, nie ponosił spektakularnych porażek, napisał kilka powieści, ale nie zdobył jeszcze sławy. Ot, czterdzieści lat zwykłego życia opisanego w sześciu tomach. Wydawać by się mogło, że kontrowersyjny jest tylko tytuł  Moja walka, jednak cała książka budzi emocje. Po pierwsze dlatego, że autor jest szczery i nie wszyscy rozumieją, dlaczego nie retuszuje swoich wspomnień. Po drugie porusza tematy, które szczególnie w Skandynawii są tabu*. I jest jeszcze trzeci element, Knausgård pisze o sobie, ale robi to w tak uniwersalnej, prostej formie, że wielu odnajduje w jego opowieści odległe echo własnych doświadczeń.

Trudno opowiedzieć o tej książce, bo sekret jej sukcesu tylko częściowo tkwi w poruszanych tematach, reszta to kwestia czystego stylu i nastroju, który buduje. Ale gdybym miała wskazać klucz do tej opowieści, byłby nim ojciec. Potem dodałabym śmierć i sztukę.

OJCIEC

Historia Knausgårda skupia się wokół postaci jego ojca. Pisarz mówi wprost, że w dzieciństwie bał się taty, a w relacjach między nimi zawsze było napięcie. To oczywiście nie pozostało bez wpływu na jego przyszłe losy i Moja walka dowodzi tego najlepiej. Ale to nie jest forma terapii, żadne porachunki. To raczej szczery zapis wspomnień i skonfrontowanie ich z nowymi przemyśleniami. Bo autor patrząc na ojca, przygląda się przede wszystkim samemu sobie. Nie tylko dlatego, że odkrywa, jak wielki wpływ miał na niego tata, ale zauważa też, że pod pewnymi względami jest do niego podobny.


Obraz ojca, jaki mam z tamtego wieczoru w 1976 roku, jest, innymi słowy, podwójny: z jednej strony widzę go takiego, jakiego widziałem wtedy oczami ośmiolatka, nieprzewidywalnego i przerażającego, a z drugiej  jako rówieśnika, przez którego życie pędzi czas, nieustannie porywając ze sobą spore kawały sensu**.

W tej sytuacji autor musi przyjrzeć się też własnym relacjom z dziećmi i tu pojawia się sprawa, która jest chyba zupełnie akceptowalna, a jednak budzi sprzeciw części czytelników. Otóż Knausgård pisze szczerze, że ojcostwo nie stanowi jedynego sensu życia, choć jest źródłem szczęścia. Stawia granicę poświęceniu, bo to spełnienie jest najważniejsze, a w jego przypadku nie rodzicielstwo, lecz uprawianie sztuki może wypełnić życie.

SZTUKA

Skoro o sztuce mowa, warto wspomnieć, że w Mojej walce jest ona stale obecna, Dorosły Karl Ove wiesza na ścianie swojej pracowni reprodukcję Newtona Williama Blake'a, nocny pejzaż norweskiego malarza Pedera Balkego czy też fotografie Thomasa Wågströma. Na studiach próbuje czytać Pounda, Rilkego, Mandelsztama, a wcześniej po prostu Saabye Christensena i Petera Høega. Mnóstwo nazwisk i tytułów, mniej i bardziej znanych, zarówno kultura wysoka, jak i ta masowa. Literatura, malarstwo, fotografia, ale to muzyka najbardziej zapadła mi w pamięć i to ona najlepiej wprowadza w czasy młodości Knausgårda. Czego słuchał? Led Zeppelin, Talking Heads, The Chameleons, The The, The Police, U2, a na gitarze grał Space Oddity.



ŚMIERĆ

I jeszcze śmierć, to ona jest klamrą, zaczyna i kończy tę opowieść. Naturalistycznie, bez patosu, bo autor zajmuje się nie samą śmiercią, lecz naszym stosunkiem do niej. Tym jak o niej mówimy, co i dlaczego robimy z naszymi zmarłymi. Pisze o śmierci w ogóle i o śmierci konkretnego człowieka, własnego ojca. I znowu bez retuszu, bez wygładzania, bo u Knausgårda jeśli coś śmierdzi, to śmierdzi. Jest prosto i uczciwie w formie i treści. Między innymi dlatego właśnie zachwyca. I z dokładnie tego samego powodu u innych budzi kontrowersje. 

Już wiecie? Wspaniałe, czytajcie.

Chcecie więcej?
Przygotowałam dla Was playlistę z utworami, których słuchał Karl Ove.

* O tym, jak Skandynawowie odebrali jego książkę, Knausgård opowiadał na przykład w Trójce w programie Z najwyższej półki.
** Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki i znowu nie potrafię podać numeru strony (lokacja 172), ale znajdziecie ten fragment na samym początku Części 1. 

Tytuł oryginału: MIN KAMP. FØRSTE BOK. ROMAN,
Z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka;

krótka recenzja, kryminałkrótka recenzja, kryminał

Nim wielki Stieg zesłał Millenium, półka z kryminałami ze Skandynawii  wcale nie świeciła pustkami. W tej dziedzinie harcowało już co najmniej kilkoro zdolnych autorów, a wśród nich Peter Høeg. W zeszłym roku pojawiło się u nas nowe wydanie jego najbardziej znanej książki, więc może odkryliście ją wcześniej niż ja, ale nie mogę pozwolić, żeby ktoś przegapił ten kąsek. Dlatego dziś w e-krótko trzy zalety Smilli w labiryntach śniegu

ZALETA PIERWSZA  SMILLA
Główna bohaterka jest niesłychanie ciekawa! Smilla ma nie tylko "wyczucie śniegu", ale i wspaniały zmysł obserwacji, a swoje spostrzeżenia doprawia szczyptą ironii. To silna, mądra i przebiegła kobieta, która pochodzi z Grenlandii i choć od lat mieszka w Kopenhadze, ciągle patrzy na nią z zewnątrz. To jedna z tych "niedostosowanych" postaci, może trochę dzikich i nieposkromionych. Drzewo genealogiczne mogłaby dzielić z Diną z książki Wassmo, Lisbeth Salander Larssona i Sagą Noren z serialu Bron.

peter hoeg, smilla w labiryntach śniegu, kryminał, recenzja
ZALETA DRUGA  TŁO
Wszystko zaczyna się w zimowej Kopenhadze, kiedy z ośnieżonego dachu spada mały Esajas. Szybko jednak okazuje się, że śmierć chłopca to (niemal dosłownie) jedynie wierzchołek góry lodowej. Więcej nie mogę zdradzić, żeby nie zepsuć Wam lektury, ale dodam, że wiedza Smilli o śniegu i lodzie będzie bardzo użyteczna. I to jest kolejna zaleta tej książki  wszystko, co dzieje się wokół głównej zagadki jest potrzebne i ciekawe. Nie ma tu tego, co przeszkadza mi w wielu nowych kryminałach skandynawskich, czyli nudnego tła obyczajowego. Tło jest, ale nie mniej atrakcyjne niż tajemnica, którą próbuje odkryć Smilla. Ciekawe wspomnienia z Grenlandii, obserwacje na temat Europejczyków, a wreszcie mnóstwo informacji o lodzie  dla mnie nie lada gratka.

ZALETA NAJWIĘKSZA  TŁUMACZENIE
Znacie to? Czytacie i chętnie podkreślalibyście co drugie zdanie. W kryminale! Jak to możliwe, że książka, która z założenia miała być czystą rozrywką, okazała się naprawdę dobra pod względem stylu? To proste, maczała w tym palce Iwona Zimnicka. To chyba nie jest przypadek, że książki, które tłumaczy, zapadają mi w pamięć. Poprzednio zachwycił mnie Odpływ w jej przekładzie, teraz Smilla. To książki z zupełnie różnych półek, ale obie tak ładnie przetłumaczone, że nie sposób nie docenić pracy Zimnickiej.

Przeczytajcie Smillę w labiryntach śniegu, a przekonacie się, że skandynawski kryminał to nie zawsze wydmuszka.


PS Na podstawie tej książki nakręcono film, którego polski tytuł to Biały labirynt  klik.

Tytuł oryginału: Frøken Smillas fornemmelse for sne,
Z duńskiego przełożyła Iwona Zimnicka.




Do napisania tej recenzji mogłabym użyć samych wykrzykników - kropki są zbyt zachowawcze. Chyba że trzy obok siebie po przerwanej wypowiedzi, bo ten tekst będzie niedokończony. Nie napiszę przecież wszystkiego, nie po takiej lekturze. Chciałoby się czuć coś podobnego po każdej przeczytanej książce.

ODPŁYW

Larsa Saabye Christensena znacie pewnie za sprawą wznowionego w zeszłym roku Półbrata. Teraz norweski pisarz wraca z najnowszą powieścią*, która w oryginale nosi tytuł Sluk, czyli błystka**, a u nas została wydana jako Odpływ w świetnym tłumaczeniu Iwony Zimnickiej.

odpływ, lars saabye christensen, recenzja
Odpływ składa się z trzech części - to właściwie dwie pełne opowieści  i obszerny epilog. Bohaterem pierwszej części - zatytułowanej Błystka - jest Funder, nastolatek, który spędza z matką wakacje w Nesodden nad Oslofjorden. Tego wyjątkowego lata 1969 roku Funder po raz pierwszy się zakochuje, próbuje napisać wiersz i jak wszyscy czeka na lądowanie człowieka na Księżycu. Mimochodem pobiera też trudną lekcję życia, ale o tym sza! Nie zdradzę najważniejszego.

W drugiej części - Pośrednik - przenosimy się w okolice roku 2000. W amerykańskim miasteczku Karmack liczba nieszczęśliwych wypadków wzrosła o osiemnaście procent w porównaniu z rokiem poprzednim i władze zdecydowały, że potrzebny jest właśnie Pośrednik. Zostaje nim Frank Farelli, którego zadaniem będzie przekazywanie złych wiadomości rodzinom poszkodowanych.

Trzecia część to epilog, w którym znowu pojawia się Funder. Dojrzały już mężczyzna przechodzi terapię i próbuje uporządkować swoje życie. Przy okazji wyjawia, co zostało z tamtego pięknego lata, kiedy był pełnym planów na przyszłość chłopcem. A my odkrywamy, jaki jest związek między Błystką i Pośrednikiem.

PĘKNIĘCIE

Odpływ to powieść pęknięta. Mniej więcej w połowie książki, tuż po pierwszej części opowieść zupełnie się zmienia. Zmieniają się bohaterowie, czasy, a przede wszystkim styl. Pierwsza część to pierwszoosobowa narracja - jasna, radosna, pełna wspaniałych metafor i ironii. Jej kwintesencja zawiera się w tym zdaniu:
Inhalowałem prozę i wydychałem metafory***.
Znienacka nastrój się załamuje, narracja przechodzi w trzecioosobową, a cały dowcip ulatuje. Zamiast niego pojawia się mroczna, przyciężkawa atmosfera, w której groza miesza się z groteską. Zupełnie jakby tę część pisał inny autor, jakiś specjalista od przygnębiających amerykańskich powieści. Tak zostaje już do samego końca, bo choć w epilogu powraca pierwszoosobowa narracja, nastrój właściwie się nie zmienia. Fakt, absurd znika, ale kwiecisty styl (dla mnie dużo ciekawszej) pierwszej części nie ma już racji bytu.

WSZYSTKIE IMIONA LARSA

Pęknięta powieść nie rozpada się, przeciwnie, stanowi nierozerwalną całość. Jak to możliwe? Odpływ ma bowiem dwa motywy przewodnie, które łączą wszystkie części. Pierwszy to wspomniane już lądowanie na Księżycu, drugi to piosenka Blue Skies.


Ale najsilniejszym spoiwem jest Funder zwany Chaplinem, Chrisem, Christianem. Główny bohater ma bowiem wiele wspólnego z samym Larsem Saabye Christensenem. Pisarz też pochodzi z duńsko-norweskiej rodziny i zupełnie jak w Odpływie jego ojciec był architektem, a matka zajmowała się domem. W dodatku Christensen także bardzo wcześnie podjął decyzję o zostaniu pisarzem, a tytuł książki Fundera brzmi tak, jak tytuł prawdziwego tomu poezji Christensena****. Zgadzają się też informacje o fabule jednej z książek wspomnianej w Odpływie*****. Zdaje się, że te autobiograficzne wątki nie powinny dziwić, bo autor nie ukrywał, że zawsze pisze o tym, co przeżył. Tym razem jednak wyjątkowo dużo Larsa jest w chłopcu o wielu imionach.

WSZYSTKIE TE MATKI

Odpływ to pęknięta książka o pękniętym życiu, które po pamiętnym lecie nie było już takie samo. To także książka o pisarstwie, bo refleksje na temat relacji między rzeczywistością i fikcją pojawiają się od samego początku. Ale dla mnie ta książka jest też pięknym hołdem złożonym matce, wszystkim tym kobietom zredukowanym przez otoczenie do funkcji matki, o których nieustannie myśli Funder:

Za­czą­łem prze­rzu­cać stro­ny w książ­ce te­le­fo­nicz­nej, mi­ną­łem tę z na­zwi­skiem, ad­re­sem i nu­me­rem ojca. Na­zwi­ska mat­ki nie było, cho­ciaż naj­czę­ściej, a wła­ści­wie pra­wie za­wsze to ona od­bie­ra­ła, kie­dy ktoś dzwo­nił. Przy­szła mi do gło­wy dziw­na, nie­przy­jem­na myśl, że mat­ka nie ist­nie­je. Nie ma jej. Jest tyl­ko w wy­obraź­ni mo­jej i ojca******.

Mogłabym tak długo, a wszystkiego i tak nie napiszę.
Musicie to przeczytać! Rzućcie wszystko, idźcie, czytajcie!


* Pierwszy raz wydana w Norwegii w 2012 roku.
** Ale "sluk" może być też tłumaczony jako odpływ, drenaż.
*** Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, więc nie podam strony, ale znajdziecie go w dwunastym rozdziale pierwszej części.
**** Wielbłąd w moim sercu,
***** Jeśli dobrze zidentyfikowałam to książkowy Funder napisał powieść podobną do Beatles Saabye Christensena.
****** A to z jedenastego rozdziału pierwszej części.


Tytuł oryginału: SLUK,
z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka.

Lars Saabye Christensen, Odpływ, Wydawnictwo Literackie 2015.

Obsługiwane przez usługę Blogger.