Dwie książki o złu

I'LL BE GONE IN THE DARK

I'll Be Gone in the Dark, Michelle McNamara
W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w Kalifornii działał seryjny gwałciciel i morderca. Na swoje ofiary wybierał najczęściej pary mieszkające na przedmieściach, budził je oślepiającym światłem latarki, krzywdził, czasem okradał z osobistych drobiazgów, a potem znikał. Zostawiał ślady, zdarzało się, że sąsiedzi zauważali jakiś nietypowy hałas, prawdopodobnie czasem zaskakiwali go przypadkowi przechodnie, a mimo to złoczyńca ciągle pozostawał nieuchwytny.

Wiele lat później Michelle McNamara (pisarka, autorka strony TrueCrimeDiary.com) nazwała go the Golden State Killer i rozpoczęła swoje własne śledztwo. Oczywiście chciała odkryć tożsamość przestępcy, ale też pokazać pracę śledczych i równocześnie uszanować cierpienie ofiar. Kiedy McNamara niespodziewanie zmarła, jej współpracownicy dokończyli książkę na podstawie pozostawionych notatek i nagrań. Tak powstało I'll Be Gone in the Dark: One Woman's Obsessive Search for the Golden State Killer

Pewnie łatwo byłoby przekroczyć cienką linię między wartościowym non-fiction a tabloidowym wojeryzmem, ale McNamara oprócz pasji miała też wyczucie. I tak, jej uwagę przykuł złoczyńca, ale równocześnie autorka sportretowała śledczych. Z drugiej strony więc I'll Be Gone in the Dark jest próbą odtworzenia ich przypuszczeń, kroniką trudnego dochodzenia i zapisem zmian w sposobie pracy policji, które przyszły na przykład z profilowaniem genetycznym.

Jest jeszcze trzecia strona tej opowieści, zasygnalizowana w podtytule, portret samej McNamary, kobiety, która nie pozwoliła, żeby zły ukrył się w mroku.

A FALSE REPORT

W 2008 roku w Seattle osiemnastoletnia Marie zgłosiła, że została napadnięta i zgwałcona. Wkrótce jednak zarówno policja jak i najbliżsi zaczęli wątpić w jej prawdomówność, a ona wycofała swoje zeznania. Sęk w tym, że niedługo później skrzywdzono kolejną kobietę, której zeznania zaskakująco pasowały do wcześniej zakwestionowanych. Potem pojawiły się kolejne ofiary.

Zanim powstała książka, Ken Armstrong i T. Christian Miller napisali na ten sam temat artykuły, za które zostali nagrodzeni Nagrodą PulitzeraA False Report wyrosło na tych tekstach.

Jest próbą odpowiedzi na pytanie, co poszło nie tak. Jakie błędy popełniły służby i jakie drobne elementy doprowadziły do kolejnych wydarzeń, przede wszystkim do tak krzywdzącej pierwszą ofiarę pomyłki. A False Report pokazuje tym samym, że system jest ciągle niedoskonały, a szkodliwe i głęboko zakorzenione stereotypy mają wpływ nie tylko na opinię publiczną, ale i na urzędników, policjantów, służby.

Jeśli czytaliście książkę Jona Krakauera Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim, książka Armstronga i Millera będzie dobrym, choć bardzo gorzkim uzupełnieniem.

AUDIOBOOKI

Obie książki poznałam w całkiem dobrych wersjach audio, więc podrzucam garść informacji dla wielbicieli audiobooków.

Przedmowę do I'll Be Gone in the Dark czyta Gillian Flynn, posłowie mąż Michelle McNamary, Patton Oswalt, a resztę Gabra Zackman. Całość trwa 9 godzin 44 minuty i powinna być uzupełniona plikiem pdf z dodatkowymi materiałami (ja go nie dostałam, więc nie mogę ocenić, jak bardzo jest przydatny).

A False Report to 10 godzin słuchania. Czyta Hillary Huber, a w posłowiu usłyszycie głosy autorów.

NA KONIEC

Gillian Flynn we wstępie do I'll Be Gone in the Dark mówiła o różnicy między pracą autorów kryminałów i tych, którzy piszą o prawdziwych zbrodniach. Podkreśliła wtedy, że czytając opowieści oparte na faktach, karmimy się cudzymi tragediami, dlatego trzeba wybierać ostrożnie, to muszą być dzieła najlepszych. Oto moim zdaniem jedni z najlepszych.

PS Netflix przygotowuje serial na podstawie A False Report, a HBO przeniesie na ekran książkę Michelle McNamary.  I'll Be Gone in the Dark w styczniu 2019 wyjdzie w Polsce pod tytułem Obsesja zbrodni. Prawdziwa historia najbardziej poszukiwanego seryjnego mordercy w USA.


Ken Armstrong, T.Christian Miller,A False Report, Random House Audio 2018.
Michelle McNamara, I'll Be Gone in the Dark: One Woman's Obsessive Search for the Golden State Killer, HarperAudio 2018.

"Spadek" Vigdis Hjorth

Spadek Vigdis Hjorth


Mój ojciec umarł pięć miesięcy temu, w dogodnym lub niedogodnym momencie, zależy od punktu widzenia. [...] Moje rodzeństwo przez całe tygodnie przed jego śmiercią prowadziło zażartą dyskusję o zaliczce a conto przyszłego spadku – chodziło o podział wakacyjnych domków na archipelagu Hvaler. Zaledwie dwa dni przed wypadkiem ojca ja też zabrałam głos i stanęłam po stronie swojego starszego brata przeciwko naszym dwom młodszym siostrom*.

Taki jest punkt wyjścia tej opowieści – śmierć ojca – ale wszystko zaczęło się dużo wcześniej. I taki jest jej pretekst – spadek – ale to nie on jest prawdziwym przedmiotem sporu. W rzeczywistości szczęśliwa rodzina była tylko mitem starannie plecionym wokół tajemnicy sprzed lat.

BLIZNA PO DZIECIŃSTWIE

W pierwszoosobowej narracji teraźniejszość nieustannie miesza się z retrospekcjami, zupełnie jakby wszystko działo się naraz. To idealnie oddaje prawdziwy temat Spadku – nieprzepracowaną krzywdę z przeszłości, która ciągle kładzie się cieniem na losach bohaterów. Nie ustała wraz ze złymi czynami, nie została rozliczona, ciągle się dzieje. W przekładzie Elżbiety Ptaszyńskiej-Sadowskiej opowieść Bergljot sprawia wrażenie nieco chaotycznej, czasem męczącej, wypełnionej trudnymi emocjami i budowanej na bieżąco. To buduje wrażenie, że, narratorka, właściwie dopiero teraz na naszych oczach analizuje swoją krzywdę. Przygląda się jej następstwom, przygląda się sobie. Głaszcze bliznę po dzieciństwie, bo wszyscy inni uparcie udają, że jej nie ma.

O CZYM SIĘ NIE MÓWI

To przyglądanie się sobie w powieści Vigdis Hjorth przywodzi mi na myśl Agnetę Pleijel i jej autobiograficzne Wróżbę i Zapach mężczyzny. Nie ze względu na temat, bo pod tym względem Hjorth jest oczywiście cięższa. W książkach obu pisarek podobieństwo widzę raczej w ciekawości siebie samych z przeszłości, przyglądaniu się sobie na nowo i bez retuszu, w starannym analizowaniu relacji międzyludzkich. Proza Pleijel jest może subtelniejsza, ale to zrozumiałe – bohaterka Hjorth nie może jeszcze mieć tego dystansu, przecież krzyczy z samego środka swojej historii.

Książki Agnety Pleijel to niejedyne skojarzenie. Przychodzi mi do głowy też Stulecie Herbjørg Wassmo. Z tym że tam jest nienazwany On i wielka krzywda niewypowiedziana wprost, tabu, a w Spadku to, o czym się nie mówi, jest nazwane po imieniu. To właściwie cały sens książki Vigdis Hjorth – pozwolić mówić dotąd niewysłuchanym, przyznać, że widzimy ich blizny.

DO KOGO NALEŻY PRZESZŁOŚĆ

Mam jeszcze jedno skojarzenie. Tak otwarcie o innym rodzinnym tabu, bez upiększeń i omówień pisze przecież Karl Ove Knausgård. Całkiem niedawno autobiograficzną Moją walką wyprowadzał Skandynawów ze strefy komfortu i przećwiczył z nimi dyskusję, która odżyła później po premierze Spadku. Najważniejsze jest w niej pytanie o granicę między prywatnymi losami a materiałem literackim. Czy linia, której nie powinno się przekraczać w ogóle istnieje?  Czy można pisać o historii, którą dzielimy z innymi? I do kogo właściwie należy przeszłość?

Kiedy wydano Spadek, w norweskiej prasie zaczęły się pojawiać artykuły, w których pytano między innymi jak to jest rozpoznać swoje losy w fabule takiej książki. Ale Vigdis Hjorth nie wspominała o autobiograficzności tej opowieści. Paradoksalnie potwierdzenie przyszło ze strony tych, którzy nie życzyli sobie ujawnienia zdarzeń z przeszłości – to siostra autorki przyznała, że Spadek ma źródło w historii jej rodziny**.

Tutaj pojawia się jeszcze jedno pytanie, które mogliby sobie zadać uczestnicy tamtej dyskusji – jakie znaczenie ma to, czy ta książka jest autobiograficzna? Co zmienia ta perspektywa? Czy nie rozmywa się ważniejszy problem? Bo przecież Vigdis Hjorth chciała oddać głos niewysłuchanym ofiarom. Czy przesuwając punkt ciężkości tej dyskusji, na nowo się ich nie zagłusza?


* Pierwsze zdania Spadku Vigdis Hjorth.

**Helga Hjorth napisała nawet książkę Fri vilje, która miała być odpowiedzią na Spadek.

Tytuł oryginału: Arv og miljø,
Przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska





Photo by Lachlan Gowen on Unsplash

Muzyka z książek: Miasto w ogniu

Miasto w ogniu, City on Fire, Garth Risk HallbergTropiliśmy już muzykę w książkach z Francji i Norwegii, teraz czas na potężną (dosłownie! ma prawie tysiąc stron) powieść zza wielkiej wody. 

Miasto w ogniu to powieściowy debiut Gartha Riska Hallberga. Słyszeliście już o nim? Recenzje jego książki zaczynają się zwykle od tego, że zaliczka na nią wynosiła 2 miliony dolarów. A skoro mamy to już za sobą, możemy przejść do konkretów. Zapnijcie pasy, ktoś tu celował w wielką amerykańską powieść.

Czego się spodziewać? Literackiego wehikułu czasu! Miasto w ogniu opowiada o Nowym Jorku z lat siedemdziesiątych. W sylwestrową noc w Central Parku postrzelono dziewczynę – od tego wyjdziemy, a potem przedrzemy się przez plątaninę powiązań między jej przyjaciółmi, ojcem, prowadzącym śledztwo policjantem i pewnym niespełnionym reporterem. Nim dowiemy się, dlaczego Samantha została postrzelona, Nowy Jork zdąży się zupełnie zmienić.

Pamiętacie Vernona Subutexa? Virginie Despentes pokazała tam dorosłe dzieci Paryża. Hallberg zrobił coś podobnego – sportretował Nowy Jork, miasto w ogniu. Bogaci i biedni, młodzi niepokorni i starzy zgorzkniali, poukładani i wykolejeni, a wszyscy jak jeden mąż nieszczęśliwi.

I wszyscy zanurzeni w sztuce! Jedni mówią literaturą, inni myślą muzyką, mają filmowe skojarzenia. Miasto w ogniu to prawdziwy koktajl (pop)kulturalny pełen nawiązań do innych książek, cytatów z wierszy i piosenek. Można by zebrać powieści, o których mowa i stworzyć całkiem interesującą listę lektur. A ja tradycyjnie przygotowałam playlistę.

Muzyka z książek: Miasto w ogniu, City on Fire, playlista

Gdyby Miasto w ogniu było dźwiękiem, byłoby porządnym hukiem, bo Nowy Jork Hallberga żyje w rytmie rocka. Patti Smith, David Bowie, Lou Reed, The Clash, Ramones, Sex Pistols  – brzmi dobrze? 

Jak zwykle zebrałam utwory, które zostały wymienione lub zacytowane w książce. Jeśli wspomniano samą nazwę zespołu, starałam się znaleźć piosenki, które powstały przed 1977, żeby bohaterowie mogli je znać. Skupiłam się na utworach, których słuchały najważniejsze postaci. Nie ma tu oczywiście najważniejszego zespołu, Ex Post Facto, bo niestety istnieje tylko na kartach tej powieści.

Gotowi na hałas?


A może ciągle zastanawiacie się, czy warto przedzierać się przez ponad 950 stron? To ja tu jeszcze dorzucę garść ważnych informacji:

MINUSY:
– dłużyzny (tylko nie mówcie, że za dwa miliony dolarów mogłoby być jeszcze dłużej),
– papierowi bohaterowie (prawie wszyscy wydają się pretensjonalni, zdarza im się mówić językiem z wyższego rejestru),
– momentami przerost formy nad treścią (Przykład? Zgadnijcie o czym mowa: (...) sześcionożne leśne zwierzęta, które wyskoczyły z bojlera, kiedy zapaliła piecyk po raz pierwszy*.

PLUSY:
ciekawa forma graficzna (Może to echo poprzedniej książki Hallberga, której ważną częścią były ilustracje. Tutaj są obszerne fragmenty wyglądające jak rękopisy, maszynopisy.),
intertekstualność (setki nawiązań do innych książek, filmów, płyt),
świetne miejsce akcji (miasto w ogniu) i czas (rok, w którym narodził się punkrock),
rewelacyjny soundtrack!

Wchodzicie w to?

* s.597 

Tytuł oryginału: City on Fire,
Przełożył Jędrzej Polak;

Garth Risk Hallberg, Miasto w ogniu, Wydawnictwo Znak Literanova 2017.

Żądła rządzą

Dawno, dawno temu, kiedy chciało się poczytać o zwierzętach, szukało się tekstów Wajraka. A później nastała pierwsza moda literacka, której przyklasnęłam, i jak grzyby po deszczu zaczęły się pojawiać ciekawe książki o naturze. Przy okazji odkurzono też te starsze, przeproszono Simonę Kossak, przywołano Alexandra von Humboldta i teraz prawie każde* wydawnictwo ma w swojej ofercie jakąś książkę z przyrodą na pierwszym planie.

Marginesy mają takich książek sporo (pamiętacie na przykład Czochrałem antarktycznego słonia?), a całkiem niedawno dorzuciły jeszcze Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami

ŻĄDŁA RZĄDZĄ

Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami, Dave Goulson
Dave Goulson jest profesorem biologii, specjalistą od trzmieli i założycielem Bumblebee Conservation Trust. Można więc przypuszczać, że na tych owadach zna się jak mało kto. Siedemnaście rozdziałów jego książki, to opowieści o losach trzmieli, począwszy od XIX wieku aż do roku 2013, kiedy Goulson kończył pisać Żądła.

Są tutaj ciekawostki, na przykład jakie trudności napotyka się, badając te owady, albo skąd trzmiele wzięły się w Nowej Zelandii, czy też jaki wpływ na ich losy miał Hitler. Ale dowiecie się też absolutnych podstaw – gdzie żyją, jak ich krótkie życie wygląda i do czego w ogóle trzmiele są potrzebne ludziom.

To szczególnie ważne, bo o pszczołach już chyba pamiętamy – z literatury (popularno)naukowej do beletrystyki wyfrunęła nawet straszna perspektywa ich wyginięcia – trzmiele nie mają takiej siły przebicia, a im też przydałaby się nasza pomoc.

Żądła rządzą to skarbnica wiedzy o tych owadach (o pszczołach też). To nie jest tak jak w Dwunastu srokach za ogon, gdzie czytało się o ptakach, a przy okazji o kulturze i popkulturze. Nie, u Goulsona trzmiele są naprawdę na pierwszym planie. Czuje się, że to właśnie naukowiec oprowadza nas po ich świecie. Zafascynowany tymi owadami, ale jednak badacz, co widać już w prologu.

Pamiętacie pierwsze rozdziały książek Wajraka, Golachowskiego, Łubieńskiego? Wszystkie zaczynały się od opowieści o początkach ich zainteresowań. Dave Goulson też od tego zaczyna, tyle że jego historia jest nieco makabryczna – przypadkowe gotowanie zawartości akwarium, równie przypadkowe przypiekanie trzmieli, amatorskie operacje... Sami wiecie, dzieci czasem eksperymentują ze zwierzętami. Później jedne się tego wstydzą, a inne najwyraźniej zostają naukowcami i robią dobre rzeczy dla trzmieli.
Jeśli dziś nauczymy się chronić trzmiele, to może jutro uratujemy świat**?
Wiem, wiem, ten cytat pachnie patosem, ale po przeczytaniu Żądeł zrozumiecie, dlaczego poważne pytania są uzasadnione, gdy mowa o trzmielach. Możecie zresztą być spokojni, pozostałe rozdziały są utrzymane w lżejszym tonie. Autor wprawdzie nie ma charyzmy Golachowskiego, nie porywa stylem, ale nadrabia dużą wiedzą i talentem do jej przystępnego przekazywania. Wyjść od genetyki trzmieli, żeby wyłożyć budowę ich społeczności? Proszę bardzo, Goulson potrafi to zrobić, a żarty o zasypianiu nad tym rozdziałem dodaje chyba tylko z kokieterii.

Takie książki przynosi moda na przyrodę. I bardzo dobrze, niech trzmiele rządzą.


* Szczerze mówiąc, nie sprawdziłam, ale nie zdziwię się, jeśli jednak każde. I absolutnie nie będę narzekać! 
** Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, nie mogę podać numeru strony, ale znajdziecie go na końcu rozdziału Powrót królowej.

Tytuł oryginału: A Sting in the Tale
Przełożyła Anna Bańkowska

Młodość, przyjaźń, muzyka

Jest coś niezwykłego w skandynawskich książkach o dorastaniu. Weźmy niektóre tomy Mojej walki Karla Ovego Knausgårda, Wróżbę Agnety Pleijel i na przykład Odpływ Larsa Saabye Christensena. Zmienia się czas, zmieniają się ludzie, ale efekt za każdym razem jest taki sam – czytam, wsiąkam, chcę więcej. 

KAPSUŁA CZASU

Lars Saabye Christensen, BeatlesiTym razem dorwałam książkę o czterech norweskich nastolatkach, którzy uwielbiają Beatlesów i marzą o założeniu własnego zespołu. Bardzo to uprościłam, bo w rzeczywistości to trochę tak, jakby Lars Saabye Christensen wziął muzykę, parę skrętów i znaczki oderwane z masek samochodów, a potem zamknął wszystko w kapsule czasu. Otwiera się ją  i nagle bucha atmosfera lat sześćdziesiątych! Protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, wiadomości o inwazji na Czechosłowację, relacja z lądowania na Księżycu. I na tym tle  przyjaźń, pierwsze zauroczenia, wielkie marzenia i młodzieńcze błędy.

Siedem lat z życia nastolatków, sami rozumiecie, w tej fabule może być wszystko.

Byliśmy mocni w gębie, a z naszych twarzy wzlatywały piękne ptaki. Braliśmy zaliczkę na przyszłość, która zapowiadała się fantastycznie*. 

BEATLESI

Powieść Beatlesi jest przesiąknięta muzyką. Wspaniała czwórka jest już w tytule książki, tytuły rozdziałów pochodzą od nazw jej płyt i piosenek, a Kim, Gunnar, Ola i Seb przybrali nawet pseudonimy Paul, John, George i Ringo. Utożsamiają się z nimi tak bardzo, że pogłoski o rozpadzie zespołu stawiają pod znakiem zapytania losy ich własnej przyjaźni. Przyjaźni, dodajmy, upływającej w rytmie muzyki Beatlesów. 

Kolejne płyty towarzyszą ważniejszym wydarzeniom w życiu chłopaków. Począwszy od Help! po Let It Be słuchają uważnie każdego tekstu, analizują dźwięki, rozpoznają nowe instrumenty. Od czasu do czasu przedzierają się do ich świata dziewczyny ze swoimi Leonardami Cohenami albo starszy brat z Bobem Dylanem, ale Beatlesi trzymają się mocno.

Jednak zmiany są nieuniknione. Zachodzą równolegle w muzyce i w życiu chłopaków, odbijając się wreszcie w tonacji książki. Od beztroski i entuzjazmu pierwszych rozdziałów po gorycz ostatnich. Tak gra maestro Christensen. 

Beatlesów w polskim przekładzie (świetnej Iwony Zimnickiej) mogliśmy poznać dopiero po ponad trzydziestu latach od norweskiej premiery. I wiecie, co jest najlepsze? Że ciągle czyta się to doskonale. I czeka się na polskie (albo choć angielskie) przekłady pozostałych dwóch tomów trylogii o Kimie Karlsenie i jego przyjaciołach**. Film też by się chętnie obejrzało! 

Przecież ostrzegałam: czyta się, wsiąka i chce się więcej!


Chcecie więcej?


* Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, nie mogę podać numeru strony, ale znajdziecie go w rozdziale "Rubber Soul". Zima '65/'66
** Bly z 1990 roku i Bisettelesen z 2008.


Tytuł oryginału: BEATLES,
Przełożyła Iwona Zimnicka;

Lars Saabye Christensen, Beatlesi, Wydawnictwo Literackie 2016.

Połów. Ove Løgmansbø


Na pewno znacie obietnice z okładek: nowy Nesbø, następca Larssona, zupełnie jak Mankell. Znacie też rozczarowanie, kiedy okazuje się, że tak zapowiadana książka nie ma nic wspólnego z tuzami skandynawskich kryminałów. Tak, to zwykle tani chwyt, ale przecież jest coś, co łączy te opowieści z Fjällbacki i okolic. Wszystkie są zbudowane z podobnych elementów i tylko od kunsztu autorów zależy, czy czytelnik odróżni na koniec głównych bohaterów od Eriki Falck albo Kurta Wallandera.

Ove Logmansbo, Połów, recenzja kryminałuI w końcu trafiacie na Połów Ovego Løgmansbø, a jego główna bohaterka, Katrine Ellegaard, co rusz sobie z tych schematów dworuje. Tropi Harry'ego Hole'a we własnych wadach i kpi z nich, trochę to podobieństwo naciągając. Bo musicie wiedzieć, że Katrine zdecydowanie spudłowała. Pierwowzorów szukałabym gdzie indziej. Pozwólcie, że poprowadzę:

Raz w roku mieszkańcy Wysp Owczych biorą udział w polowaniu na grindwale. To zwykle jest niespokojny czas, bo nie wszystkim podoba się ta krwawa tradycja. Tym razem jednak sytuacja komplikuje się z innego powodu – w trzewiach jednego z ssaków rybacy odkrywają ludzką czaszkę. Na wyspę przybywa kopenhaska policjantka, która staje przed nie lada wyzwaniem – poprowadzić śledztwo wśród niechętnych Duńczykom Farerów.

Znacie to? Smagana wiatrem wyspa, nieufna społeczność, detektyw z zewnątrz i tajemnica sprzed lat? I przede wszystkim ta stara kultura z odrębnym językiem, z niezrozumiałymi dla obcych zwyczajami. Wiecie już? Pachnie mi tu wiatrem znad Hebrydów Zewnętrznych!

Najmocniejszym ogniwem, które łączy Połów z książkami Petera Maya jest właśnie zakotwiczenie akcji w oryginalnej kulturze – odpowiednio farerskiej i gaelickiej. Kto czytał trylogię Wyspa Lewis, ten na pewno skojarzył grindadráp* z polowaniem na gugi w Czarnym domu. A takich punktów stycznych jest więcej, bo Løgmansbø wspomina o wierzeniach, zwyczajach, języku i literaturze mieszkańców Wysp Owczych. Wydaje się, że u Maya jest to wyraźniejsze, ale dla Połowu elementy farerskiego dziedzictwa też są czymś więcej niż samym tłem.

Rzecz jasna nie znaczy to, że Ove Løgmansbø skopiował cudzy pomysł. Co to, to nie! To jednak są różne historie, które mają to samo źródło – fascynację kulturą. A z takiego właśnie zachwytu wyrastają najbardziej przekonujące opowieści. Pamiętajcie przy tym, że May poznawał Hebrydy jako gość, a autor Połowu wychowywał się na Wyspach Owczych*. Punkt dla Løgmansbø.

Drugi punkt za doskonałe zakończenie, które było jak pstryczek w nos dla głównych bohaterów. Przeprowadzili nas przez całe śledztwo, odtworzyli dzieje tajemniczej czaszki, dotarli do rozwiązania, a ostatecznie i tak wiedzą mniej niż czytelnicy.

To same plusy, a co z wadami? Tylko jedna – o ile rozwiązania najważniejszej zagadki nie dało się odkryć przed czasem, bardzo łatwo można było przejrzeć pomysł autora na losy głównych bohaterów. To zresztą też nie jest tak zupełnie przegrana sprawa, bo ten przewidywalny wątek wprowadził do książki ciekawe zagadnienie. W tle skandynawskich kryminałów często znajdują się sprawy nurtujące społeczeństwo, ale Løgmansbø sięgnął po problem, na który jeszcze w tych książkach nie trafiłam. Pytanie tylko czy dobrze go wykorzystał, ale to już będziecie musieli sprawdzić sami.

Nesbø, Mankell, May... Małe miasteczka, wyspy, zmowa milczenia, nierozliczone zbrodnie, grzeszki, sekrety, ciemne sprawki – wszystko już było. Czy można tu jeszcze znaleźć coś zaskakującego? Zapytajcie Løgmansbø, zdaje się, że jest na tropie.



* (edit 05.03.2017) Punkt trzeba anulować, bo wiemy już, że Ove Løgmansbø to pseudonim Remigiusza Mroza ;) 
A tutaj warto sprawdzić, co mieszkańcy Wysp Owczych myślą o Logmansbo i jakie błędy dostrzegają, na smakksiazki.pl wywiad na ten sam temat.

PS Połów to drugi tom cyklu, ale nawet bez znajomości Enklawy można go przeczytać. Wątki, które wynikają z poprzedniego tomu są zrozumiałe i całkiem przyjemnie odkrywa się minione wydarzenia na podstawie rozmów bohaterów. Bonusowa zagadka. 

* polowanie na grindwale

Ove Løgmansbø, Połów, Wydawnictwo Dolnośląskie 2016.

Znacie Jacka i Agatkę? Nawet jeśli nie załapaliśmy się na tę dobranockę (Ja się nie załapałam urodziłam się w epoce Tik-Taka, a to już za panowania następczyni tronu*), podejrzewam, że wszyscy ciągle kojarzymy ten zestaw imion, a i nazwisko Wandy Chotomskiej nie jest nam obce. Teraz możemy dowiedzieć się o niej więcej, bo całkiem niedawno Marginesy wydały perełeczkę Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia.

Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia, Barbara Gawryluk, recenzja
Książka Barbary Gawryluk to zapis wspomnień jednej z najsłynniejszych polskich autorek wierszy i opowiadań dla dzieci. To rozmowy o losach rodziny, o życiu w pokiereszowanej okupacją Warszawie, o przyjaźniach, o pracy literackiej w zmieniającej się Polsce, o pisaniu dla najmłodszych i o nieprzewidywalnych spotkaniach z czytelnikami. Krótkie rozdziały uzupełniane są prawdziwym morzem ilustracji i anegdotami opowiadanymi przez przyjaciół Chotomskiej.

Gdyby handlarze dopalaczami byli bardziej oczytani, wśród różnych Mocarzy, Tajfunów i Lordów Koksu wcześniej czy później pojawiłby się pewnie środek o nazwie Wanda Chotomska. Pobudzający, usuwający zmęczenie, wzmacniający pamięć, obniżający barierę strachu, a nade wszystko poprawiający pracę mózgu. Zwykły śmiertelnik musiałby go dzielić na cztery części**.

Z tego wszystkiego wyłania się postać wesołej i nieco szalonej Wandy Chotomskiej, która nawet strażaków wzywa na pomoc wierszem i która dowcipem potrafi wyratować się z każdej opresji. Pewnie dlatego to leciutka opowieść, nawet najtrudniejsze tematy opisująca z taktem, a jej największa zaletą są liczne fotografie, reprodukcje, ilustracje z książek. Publikację przygotowano starannie, więc na końcu znajdziecie też bogatą bibliografię. Jednym słowem to nie lada gratka dla wielbicieli twórczości Wandy Chotomskiej.  

Choć wydanie przywodzi na myśl biografie Tove Jansson i P.L. Travers, to książka Gawryluk idzie w zupełnie innym kierunku. Nie ma w niej tak pogłębionej analizy twórczości (właściwie w ogóle nie ma w niej analizy) jak w pisanej przez literaturoznawczynię Mamie Muminków. Nie jest to też pełna smaczków biografia w stylu To ona napisała Mary Poppins. Książka o Chotomskiej jest jak pogaduszki z ukochaną ciocią, która sypie anegdotami jak z rękawa, czaruje i kradnie serca, ale prawdziwe sekrety zachowuje dla siebie.

Poznajcie Wandę Chotomską, która stworzyła Jacka i Agatkę, pisała wiersze i piosenki dla kilku już pokoleń dzieci, przyczyniła się do powstania Orderu Uśmiechu i ciągle jeszcze czeka, aż odkryją ją handlarze dopalaczami. 


* Słynną Ciotką Klotką była Ewa, córka Wandy Chotomskiej.
** Grzegorz Kasdepke w książce Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia. Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, nie mogę wskazać numeru strony, ale znajdziecie go tuż za rozdziałem 11.

Niegrzeczne dzieci Paryża wracają! Pamiętacie pierwszy tom Vernona Subutexa? Podstarzały Piotruś Pan, były sprzedawca płyt, pakuje się w tarapaty. Bankrutuje, załazi za skórę kilku osobom, bez grosza przy duszy ląduje na ulicy, w międzyczasie stając się obiektem poszukiwań coraz większej grupy ludzi. Czego chcą? Kaset z prawdopodobnie cennym nagraniem. Dotąd doprowadził nas pierwszy tom. Teraz Virginie Despentes podrzuca kolejny!

RING THE BELLS THAT STILL CAN RING

vernon subutex 2, virginie despentes, recenzja
Wbrew pozorom w poprzedniej części niewiele się działo, fabuła leniwie przesuwała się do przodu. Co innego narracja – tu było dynamicznie jak w kalejdoskopie. W drugim tomie odwrotnie – wydarzenia się zagęściły i ni z tego, ni z owego zawartość słynnych kaset przestała być zagadką. Ale, ale! Motyw przewodni pierwszego tomu wcale nie stracił na wartości, nagrania uruchomiły szereg zaskakujących, brawurowych nawet, zdarzeń!

Co ciekawe sposób opowiadania równocześnie zwolnił. To współgra ze zmianami, jakie zaszły w bohaterach. Niegrzeczne dzieci Paryża przestały się miotać. Nie bez powodu autorka uczyniła mottem tego tomu Anthem Leonarda Coehna:


Ring the bells that still can ring
Forget your perfect offering
There is a crack in everything
That's how the light gets in. 

Odmienieni bohaterowie Despentes słuchają muzyki, piją, palą i tańczą jak w transie. Żyją bardziej? Widzą więcej?

BANDA VERNONA

Pierwszy tom był opowieścią o jednostkach, o rywalizujących ludziach przemielonych przez media społecznościowe. W drugim tomie Despentes od tego odchodzi, pokazuje już szerszy obraz. Nie, nie grupę, przedziwne zbiorowisko skupione wokół Subutexa – artystów, byłe gwiazdy porno, transseksualistów, wielbicieli rocka, dawnych miłośników hip-hopu, bezdomnych, muzułmanów, neofaszystów. I ze styku tak różnych środowisk rodzi się opowieść o rozwarstwieniu, o nastrojach politycznych, o tyglu zwanym społeczeństwem. 

Czy są surowe oceny? O tak, kto ma oberwać, ten oberwie. Autorka się nie patyczkuje, pokazuje wszystkie rysy, koślawości i zafałszowania.

Despentes znowu maluje. Portret zbiorowy z rockiem w tle.  

Chcecie więcej?
Muzyka z książek: playlista Vernona Subutexa 

Tytuł oryginału: Vernon Subutex. Tome 2,
Przełożył Jacek Giszczak;

Góra Tajget

II wojna światowa – wydawać by się mogło, że już wszystko o niej napisano, a literatura była jednym z terenów, na którym padły najważniejsze pytania. Jednak po latach ciągle okazuje się, że ten temat jest niewyczerpany. Są zagadnienia, o których dotąd mówiło się zbyt cicho, żeby były powszechnie znane. Są też takie, którym pozwoliliśmy blaknąć, nie poświęcając im należytej uwagi. O tych pierwszych opowiada książka Mam na imię Marytė, którą niedawno polecałam. Z kolei Góra Tajget jest głosem w sprawie tych drugich.

góra tajget, anna dziewit-meller, recenzjaNajnowsza powieść Anny Dziewit-Meller opowiada więc o okrucieństwach drugiej wojny światowej, szczególnie o nazistowskiej akcji T4. U jej podstaw leżał pomysł stworzenia idealnego społeczeństwa, z którego zostaną usunięte osoby odbiegające od aryjskiego ideału. „Eliminacja życia niewartego życia” – tak to określano, a w efekcie wymordowano prawdopodobnie setki tysięcy osób chorych i niepełnosprawnych. W Górze Tajget jest mowa o jednym z ośrodków, w których ten plan był realizowany – w śląskim Lublińcu pod pretekstem leczenia zamordowano ponad 200 dzieci.

Powieść Anny Dziewit-Meller dołącza więc do innych książek poruszających temat eugeniki (jak choćby Higieniści Macieja Zaremby Bielawskiego albo Wybrańcy Steve'a Sem-Sandberga), ale zaznaczyć trzeba, że choć Góra Tajget opiera się na prawdziwych wydarzeniach, nie jest reportażem. W związku z tym autorka mogła wybrać mniej oczywisty sposób na przedstawienie tej historii. Oddała głos kilku postaciom – ofiarom, oprawcom i urodzonym już po wojnie ludziom, którzy nie mogą pozwolić, by pamięć o tamtych zdarzeniach umarła. Co ciekawe mało tutaj jest powiedziane wprost, nie ma rozbudowanych statystyk i dokładnej analizy sytuacji, a jednak treść nie jest przez to mniej uderzająca. Na pierwszy rzut oka narracja jedynie krąży wokół sedna, ale cała brutalność akcji T4 (i wojny w ogóle) wyłania się z doświadczeń i emocji bohaterów.

I tak Góra Tajget z książki o okrucieństwie nazistów staje się opowieścią o strachu i odwadze, o nieukaranych zbrodniach i o pamięci, która jest jedynym zabezpieczeniem przed kolejnymi takimi nieludzkimi wydarzeniami w przyszłości.

Ma prawie wszystko, żeby można było wymieniać ją jednym tchem z najciekawszymi polskimi powieściami ostatnich lat – ważny temat, niebanalny pomysł na formę i doskonały tytuł*. Sęk w tym, że Góra Tajget ma też istotną wadę – jest nierówna. W poszczególnych rozdziałach zmieniają się style narracji, a autorka nie ze wszystkimi radzi sobie sprawnie. Szczególnie tam, gdzie pojawia się potoczna polszczyzna, znika płynność i język staje się sztuczny. Między innymi z tego powodu niektóre rozdziały są mniej wiarygodne. Może to kwestia niedostatków warsztatu, a może niedostatków redakcji, która przepuściła na przykład „gromkie spojrzenie” w rozdziale o Zefce. W każdym razie książka wydaje się niedopracowana, a przecież tak ważny temat zasługuje na najlepszą formę!

Umiecie przymykać oczy na potknięcia? To przeczytajcie. Bo ostatecznie chodzi o to, żebyśmy nie zapomnieli, do czego ludzie bywają zdolni.


* Według Plutarcha w masywie góry Tajget Spartanie zostawiali niepełnosprawne noworodki. Całkiem niedawno okazało się, że Plutarch trochę nazmyślał. 

Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, Wydawnictwo Wielka Litera 2016. 

Stulecie

Nad ołtarzem katedry Lofockiej w Kabelvåg znajduje się obraz przedstawiający walkę Jezusa w ogrodzie Getsemani. Jest na nim także anioł o pięknej - a jakże! - twarzy. Okazało się, że modelką, która użyczyła mu rysów była Sara Susanne Krog, prababka Herbjørg Wassmo. Pisarka uznała to odkrycie za znak, wiedziała już, że historia jej rodziny musi zostać opowiedziana. I tak powstało Stulecie. 

KOBIETY

stulecie, herbjorg wassmo, recenzja
Sara Susanne otwiera poczet wyjątkowych kobiet. Bo tym właśnie jest ta książka- opowieścią  o kobietach z przełomu XIX i XX wieku, o prababce, babce i matce norweskiej pisarki, o ich siostrach i córkach. Każda z nich żyła w innych czasach, wyznawały różne systemy wartości, ale wszystkie (przynajmniej ich literackie odpowiedniki) były wyjątkowo uparte i samodzielne. Nie dokonały wielkich rzeczy, poza Sarą Susanne niczym szczególnym się nie wsławiły. Kiedy więc Wassmo o nich pisze, opisuje po prostu życie i to porusza bardziej niż niejedna kunsztowna fabuła.  

Obok są mężczyźni, których poślubiły z rozsądku lub z miłości. Mężowie, którzy je wspierali i ci, którzy zawiedli. Mężczyźni, którym pomagały i których opłakiwały. Oni też są ważnymi postaciami, ale to kobiety przykuwają uwagę. Są takie wyraziste i silne! Jak Elida, która nawet w modlitwie wolała zaklinać samą siebie niż Boga:

Spraw, żeby Fredrik wyzdrowiał, zachowuj się jak dorosły człowiek, to Fredrik odzyska zdrowie, zajmij się wszystkim [...] nie bój się, że on umrze, bo nie umrze, zadbaj o to, żeby ani doktor, ani nawet Bóg nie sądzili, że on umrze, bo to niemożliwe, tak nie może być - nawet jeśli wszystko będzie dużo gorzej i on nie będzie w stanie odezwać się do ciebie, to nie umrze, a teraz wejdź do izby i zachowuj się jak dorosły człowiek*!

WOLNOŚĆ

Stulecie to studium tęsknoty. Bo sportretowane w nim silne kobiety, które potrafiły zrobić użytek z tego, co zsyłał im los, w rzeczywistości dusiły się z braku wolności. Tęskniły za innym życiem, ale poddały się oczekiwaniom ówczesnego społeczeństwa. Miały jedynie wyjść za mąż i rodzić dzieci. Wyjątków nie przewidywano. Na początku nie protestowały, bo nawet nie przyszło im do głowy, że można. A kiedy w końcu próbowały coś zmienić, było już za późno, by obeszło się bez bólu.

Robiła to, czego od niej oczekiwano. To, co powinna i musiała robić. Zarządzała dużym domem, dostrzegając wszelkie małe i większe sprawy wymagające uwagi. Pracowała od świtu do nocy. Czuła zmęczenie. I trochę bladego zadowolenia.
Ale pod tym wszystkim kryła się tęsknota. Za czymś innym. Potężniejszym. Za czymś tak niepojęcie wielkim, co mogłoby wypełnić ją całą**.

CIEŃ

Obok Sary Susanne, Elidy i - najmniej wyraźnej - Hjørdis jest jeszcze opowieść małej Herbjørg. Ta historia niczym cień kładzie się na losach rodziny. Najbardziej bolesna, najstraszniejsza i pewnie dlatego nienazwana. Wassmo pisze o krzywdzie, którą wyrządzono jej w dzieciństwie, ale nie mówi niczego wprost. Człowiek, który ją skrzywdził nie zasłużył na to, by wspominać jego imię i w całej książce występuje jako On. Pojawi się znienacka i budzi strach. Ale mała dziewczynka ma geny swoich babek, jest silna i po swojemu próbuje się bronić. Nie, ten cień wbrew pozorom nie dominuje opowieści. Wassmo nigdy by na to nie pozwoliła.

Dopiero po jego śmierci zaczyna się to doniosłe zadanie polegające na ujrzeniu w nim człowieka. Nie żeby wybaczyć, ale żeby uratować samą siebie. Wybaczenie nie jest na szczęście moim obowiązkiem, tym niech zajmą się siły wyższe***.

STULECIE

Na początku uwagę przykuwają wspaniałe opisy przyrody Lofotów i wtrącane mimochodem nawiązania do historii Norwegii. Potem zwraca się uwagę na piękny styl**** - bez patosu, ale z nutką patyny - wszak to opowieść o odległych czasach. A potem zauważa się drugie dno, prawdziwy temat tej opowieści. To, czego nie trzeba pisać explicite, bo wystarczająco wyraźnie zapisane jest między wierszami.

Prawdziwe wydarzenia przeplatają się tu z tymi, które Wassmo wymyśliła, przeplatają się też poszczególne wątki. Zupełnie jakby kobiety żyły równocześnie, albo sto lat było zaledwie krótką chwilą.

To miała być prosta książka o życiu. O, naiwności! Dobre książki o prawdziwym życiu rzadko są proste.



* Cytat pochodzi rozdziału Trzeba być wdzięcznym za życie z elektronicznej wersji Stulecia.
** Ten fragment znajdziecie w rozdziale Czytanie cudzego listu.
*** A to cytat z rozdziału Znak.
**** Na pewno wielka w tym zasługa Ewy M. Bilińskiej, która przetłumaczyła tę książkę.

Tytuł oryginału: HUNDRE ÅR,
Przełożyła EWA M. BILIŃSKA,

Obsługiwane przez usługę Blogger.