Słyszysz Lars Saabye Christensen i już wiesz, że to będzie dobra książka. A jeśli czytałeś Odpływ albo Beatlesów, wiesz też, że muzyka może w niej odegrać znaczącą rolę. I tym razem właśnie tak będzie, bo w kolejnym odcinku Muzyki z książek posłuchamy playlisty z powieści Magnes! Lecimy z Oslo przez Kopenhagę do San Francisco, w tle muzyka z drugiej połowy ubiegłego wieku.


MIŁOŚĆ, SZTUKA I CZAS

Po pierwsze Magnes to historia miłosna. Poznają się na studiach i choć zdaje się, że nie mają ze sobą wiele wspólnego, zostają parą – mądra, piękna Synne i utalentowany, niedopasowany Jokum. Podążamy za nimi od miasteczka studenckiego po galerie San Francisco, podglądamy w najintymniejszych chwilach, obserwujemy, jak się zmieniają i może nawet przeczuwamy zakończenie tej historii.

Po drugie Magnes jest opowieścią o sztuce. Gdyby książki miały ojców chrzestnych, ta miałaby Edwarda Hoppera i Franza Kafkę. Proces pojawia się już na pierwszych stronach, kiedy Jokum pisze pracę na jego temat, potem wraca nie tylko przywoływany w treści, ale i wyczuwalny w atmosferze niektórych scen. Hopperem z kolei zajmuje się Synne, z jego twórczością kojarzą się fotografie Jokuma, konkretny obraz przywołuje Synne, żeby opisać własne życie.
W dodatku tę historię można czytać jako opowieść o artystach, o sztuce współczesnej i jej związkach z biznesem.

Po trzecie Magnes to portret czasu. Zauważyliście już pewnie w prozie Christensena tęsknotę za latami sześćdziesiątymi, siedemdziesiątymi. Lądowanie na Księżycu, protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, kolejne płyty Beatlesów. Każda książka Christensena działa jak kapsuła czasu, z tą jest tak samo – uchwyciła czas i miejsca, których już nie ma.

MUZYKA

Sztuk wizualnych jest w tej powieści najwięcej, ale muzyka też odgrywa dużą rolę. Jak zwykle u Christensena pomaga sportretować czas – i tak wiemy na przykład, że rówieśnicy głównych bohaterów słuchają Beatlesów, Stonesów, Animalsów, wiemy, że na studenckich imprezach gra dosyć wtórny zespół The Sunbeams albo że do Oslo przyjechał wtedy Leonard Cohen, a koncert został przerwany z powodu alarmu bombowego.

Muzyka odzwierciedla "inność" Jokuma. Kiedy wszyscy słuchają rocka, chłopak szuka czegoś, co bardziej do niego pasuje. Wybiera jazz, słucha Oscara Petersona i odkrywa, że melodia może wyznawać miłość rytmowi.

Wreszcie muzyka łączy się z fotografiami Jokuma, z piosenek pochodzą tytuły niektórych zdjęć czy wystaw.

Widzicie? Magnes musi mieć playlistę!

Jak zwykle wynotowałam utwory, o których jest mowa w książce. Jeśli nie padł konkretny tytuł, wybierałam kawałek, który dany artysta mógł grać w tamtym czasie. Efekt? 22 utwory, godzina i dwadzieścia pięć minut słuchania. Zaczynamy?




CHCECIE WIĘCEJ?

Tytuł oryginału: Magnet,
Przełożyła Iwona Zimnicka;

"Spadek" Vigdis Hjorth

Spadek Vigdis Hjorth


Mój ojciec umarł pięć miesięcy temu, w dogodnym lub niedogodnym momencie, zależy od punktu widzenia. [...] Moje rodzeństwo przez całe tygodnie przed jego śmiercią prowadziło zażartą dyskusję o zaliczce a conto przyszłego spadku – chodziło o podział wakacyjnych domków na archipelagu Hvaler. Zaledwie dwa dni przed wypadkiem ojca ja też zabrałam głos i stanęłam po stronie swojego starszego brata przeciwko naszym dwom młodszym siostrom*.

Taki jest punkt wyjścia tej opowieści – śmierć ojca – ale wszystko zaczęło się dużo wcześniej. I taki jest jej pretekst – spadek – ale to nie on jest prawdziwym przedmiotem sporu. W rzeczywistości szczęśliwa rodzina była tylko mitem starannie plecionym wokół tajemnicy sprzed lat.

BLIZNA PO DZIECIŃSTWIE

W pierwszoosobowej narracji teraźniejszość nieustannie miesza się z retrospekcjami, zupełnie jakby wszystko działo się naraz. To idealnie oddaje prawdziwy temat Spadku – nieprzepracowaną krzywdę z przeszłości, która ciągle kładzie się cieniem na losach bohaterów. Nie ustała wraz ze złymi czynami, nie została rozliczona, ciągle się dzieje. W przekładzie Elżbiety Ptaszyńskiej-Sadowskiej opowieść Bergljot sprawia wrażenie nieco chaotycznej, czasem męczącej, wypełnionej trudnymi emocjami i budowanej na bieżąco. To buduje wrażenie, że, narratorka, właściwie dopiero teraz na naszych oczach analizuje swoją krzywdę. Przygląda się jej następstwom, przygląda się sobie. Głaszcze bliznę po dzieciństwie, bo wszyscy inni uparcie udają, że jej nie ma.

O CZYM SIĘ NIE MÓWI

To przyglądanie się sobie w powieści Vigdis Hjorth przywodzi mi na myśl Agnetę Pleijel i jej autobiograficzne Wróżbę i Zapach mężczyzny. Nie ze względu na temat, bo pod tym względem Hjorth jest oczywiście cięższa. W książkach obu pisarek podobieństwo widzę raczej w ciekawości siebie samych z przeszłości, przyglądaniu się sobie na nowo i bez retuszu, w starannym analizowaniu relacji międzyludzkich. Proza Pleijel jest może subtelniejsza, ale to zrozumiałe – bohaterka Hjorth nie może jeszcze mieć tego dystansu, przecież krzyczy z samego środka swojej historii.

Książki Agnety Pleijel to niejedyne skojarzenie. Przychodzi mi do głowy też Stulecie Herbjørg Wassmo. Z tym że tam jest nienazwany On i wielka krzywda niewypowiedziana wprost, tabu, a w Spadku to, o czym się nie mówi, jest nazwane po imieniu. To właściwie cały sens książki Vigdis Hjorth – pozwolić mówić dotąd niewysłuchanym, przyznać, że widzimy ich blizny.

DO KOGO NALEŻY PRZESZŁOŚĆ

Mam jeszcze jedno skojarzenie. Tak otwarcie o innym rodzinnym tabu, bez upiększeń i omówień pisze przecież Karl Ove Knausgård. Całkiem niedawno autobiograficzną Moją walką wyprowadzał Skandynawów ze strefy komfortu i przećwiczył z nimi dyskusję, która odżyła później po premierze Spadku. Najważniejsze jest w niej pytanie o granicę między prywatnymi losami a materiałem literackim. Czy linia, której nie powinno się przekraczać w ogóle istnieje?  Czy można pisać o historii, którą dzielimy z innymi? I do kogo właściwie należy przeszłość?

Kiedy wydano Spadek, w norweskiej prasie zaczęły się pojawiać artykuły, w których pytano między innymi jak to jest rozpoznać swoje losy w fabule takiej książki. Ale Vigdis Hjorth nie wspominała o autobiograficzności tej opowieści. Paradoksalnie potwierdzenie przyszło ze strony tych, którzy nie życzyli sobie ujawnienia zdarzeń z przeszłości – to siostra autorki przyznała, że Spadek ma źródło w historii jej rodziny**.

Tutaj pojawia się jeszcze jedno pytanie, które mogliby sobie zadać uczestnicy tamtej dyskusji – jakie znaczenie ma to, czy ta książka jest autobiograficzna? Co zmienia ta perspektywa? Czy nie rozmywa się ważniejszy problem? Bo przecież Vigdis Hjorth chciała oddać głos niewysłuchanym ofiarom. Czy przesuwając punkt ciężkości tej dyskusji, na nowo się ich nie zagłusza?


* Pierwsze zdania Spadku Vigdis Hjorth.

**Helga Hjorth napisała nawet książkę Fri vilje, która miała być odpowiedzią na Spadek.

Tytuł oryginału: Arv og miljø,
Przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska





Photo by Lachlan Gowen on Unsplash

Z trzecią odsłoną Muzyki z książek przenosimy się do lat sześćdziesiątych, a to za sprawą Larsa Saabye Christensena. Opowiadałam już o jego powieści Beatlesi, teraz czas na odpowiednią oprawę muzyczną! 

Muzyka z książek, beatlesi, Lars Saabye Christensen

Rzecz jasna na tej playliście najwięcej będzie piosenek z repertuaru The Beatles i solowych utworów czwórki z Liverpoolu, bo bohaterowie książki po prostu żyli muzyką tego zespołu. Jednak to nie wszystko, bo usłyszycie też Boba Dylana czy Leonarda Cohena. Dużo tu The Doors, ale i The Rolling Stones gdzieś się przewijają. Czego chcieć więcej?!

Jak wybierałam utwory? Po pierwsze na playlistę trafiły te wymienione z tytułu. Jeśli padała tylko nazwa płyty, starałam się wybrać jedną z najpopularniejszych piosenek, które się na niej znalazły. Jeśli zaś bohaterowie wymienili tylko nazwę zespołu, szukałam utworów z płyty nagranej wystarczająco wcześnie, żeby Kim i jego przyjaciele mogli ją znać. Dodałam też piosenki, które ktoś chłopcom polecił.

W Beatlesach Christensena muzykę znajdziecie już w tytułach rozdziałów. Zobaczycie, jakie dźwięki towarzyszą nastolatkom z Oslo, zauważycie, jak z kolejnymi płytami dorastają bohaterowie, jak zmienia się tonacja książki. 

Gotowi?  

Młodość, przyjaźń, muzyka

Jest coś niezwykłego w skandynawskich książkach o dorastaniu. Weźmy niektóre tomy Mojej walki Karla Ovego Knausgårda, Wróżbę Agnety Pleijel i na przykład Odpływ Larsa Saabye Christensena. Zmienia się czas, zmieniają się ludzie, ale efekt za każdym razem jest taki sam – czytam, wsiąkam, chcę więcej. 

KAPSUŁA CZASU

Lars Saabye Christensen, BeatlesiTym razem dorwałam książkę o czterech norweskich nastolatkach, którzy uwielbiają Beatlesów i marzą o założeniu własnego zespołu. Bardzo to uprościłam, bo w rzeczywistości to trochę tak, jakby Lars Saabye Christensen wziął muzykę, parę skrętów i znaczki oderwane z masek samochodów, a potem zamknął wszystko w kapsule czasu. Otwiera się ją  i nagle bucha atmosfera lat sześćdziesiątych! Protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, wiadomości o inwazji na Czechosłowację, relacja z lądowania na Księżycu. I na tym tle  przyjaźń, pierwsze zauroczenia, wielkie marzenia i młodzieńcze błędy.

Siedem lat z życia nastolatków, sami rozumiecie, w tej fabule może być wszystko.

Byliśmy mocni w gębie, a z naszych twarzy wzlatywały piękne ptaki. Braliśmy zaliczkę na przyszłość, która zapowiadała się fantastycznie*. 

BEATLESI

Powieść Beatlesi jest przesiąknięta muzyką. Wspaniała czwórka jest już w tytule książki, tytuły rozdziałów pochodzą od nazw jej płyt i piosenek, a Kim, Gunnar, Ola i Seb przybrali nawet pseudonimy Paul, John, George i Ringo. Utożsamiają się z nimi tak bardzo, że pogłoski o rozpadzie zespołu stawiają pod znakiem zapytania losy ich własnej przyjaźni. Przyjaźni, dodajmy, upływającej w rytmie muzyki Beatlesów. 

Kolejne płyty towarzyszą ważniejszym wydarzeniom w życiu chłopaków. Począwszy od Help! po Let It Be słuchają uważnie każdego tekstu, analizują dźwięki, rozpoznają nowe instrumenty. Od czasu do czasu przedzierają się do ich świata dziewczyny ze swoimi Leonardami Cohenami albo starszy brat z Bobem Dylanem, ale Beatlesi trzymają się mocno.

Jednak zmiany są nieuniknione. Zachodzą równolegle w muzyce i w życiu chłopaków, odbijając się wreszcie w tonacji książki. Od beztroski i entuzjazmu pierwszych rozdziałów po gorycz ostatnich. Tak gra maestro Christensen. 

Beatlesów w polskim przekładzie (świetnej Iwony Zimnickiej) mogliśmy poznać dopiero po ponad trzydziestu latach od norweskiej premiery. I wiecie, co jest najlepsze? Że ciągle czyta się to doskonale. I czeka się na polskie (albo choć angielskie) przekłady pozostałych dwóch tomów trylogii o Kimie Karlsenie i jego przyjaciołach**. Film też by się chętnie obejrzało! 

Przecież ostrzegałam: czyta się, wsiąka i chce się więcej!


Chcecie więcej?


* Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, nie mogę podać numeru strony, ale znajdziecie go w rozdziale "Rubber Soul". Zima '65/'66
** Bly z 1990 roku i Bisettelesen z 2008.


Tytuł oryginału: BEATLES,
Przełożyła Iwona Zimnicka;

Lars Saabye Christensen, Beatlesi, Wydawnictwo Literackie 2016.

Ronja zielononóżka

Znacie tę opowieść? To historia dziewczynki, która była odważna i mądra, a nade wszystko ceniła przyjaźń. Kiedy lato się kończy i trzeba znowu dorosnąć, Astrid Lindgren przybywa z odsieczą. Chodźcie z nami do Lasu Mattisa.

Co czytać dzieciom - Ronja Astrid Lindgren recenzja książka dla dzieci

Tej nocy, gdy Ronja miała przyjść na świat, nad górami przetaczała się burza tak gwałtowna, że wszystko, co tylko żywe, a co mieszkało w Lesie Mattisa, w popłochu wciskało się w swoje norki i kryjówki. Tylko złowrogie Wietrzydła, jedyne, które lubiły burzę, z wyciem i wrzaskiem latały wokół zbójeckiego zamku na Górze Mattisa. Przeszkadzało to leżącej w zamku Lovis, która miała właśnie rodzić, więc powiedziała:– Przepędź Wietrzydła, żeby były cicho, bo nie słyszę, co śpiewam*.

Tak narodziła się Ronja, podczas burzy i pieśni. A jeśli w takich okolicznościach przychodzi się na świat, wiadomo już, że reszta życia też nie może być zwyczajna. Jak mogłoby być inaczej, skoro Ronja, była córką zbójeckiego herszta i za wujków miała dwunastu zbójników. Miała też mądrą mamę i kochającego ojca, a całym jej światem był nieprzebyty Las Mattisa. To tam żyły magiczne stworzenia – urocze Pupiszonki, niebezpieczne Wietrzydła, Szaruchy i Mgłowce. Czysta magia.

Tata nauczył ją, że jeśli zabłądzi – musi znaleźć właściwą ścieżkę, jeśli wpadnie do rzeki – powinna zacząć pływać, a  reszty miała nauczyć się sama. Dziewczynka zielononóżka, wolna i beztroska, mogła chadzać własnymi drogami i uczyć się na błędach. To się nazywa dzieciństwo!

Zaraz, zaraz. Mattis dał jej jeszcze jedną przestrogę – wystrzegać się zbójców Borki, ci byli gorsi nawet od Wietrzydeł. Czy to możliwe, że ten jeden raz ojciec nie miał racji? Ronja spotkała bowiem Birka, syna Borki, i ten wcale nie wydawał się groźny. Tutaj sielanka się kończy, Drogie Dzieci. Ten motyw znają już dorośli czytelnicy – czy to w Weronie, czy w Lesie Mattisa potomkowie zwaśnionych rodów nie mogą tak po prostu się zaprzyjaźnić. Na szczęście Astrid Lindgren to nie Szekspir, a zbójecka córka nie bez powodu urodziła się przy wtórze gromów.  

Ronja, córka zbójnika to przede wszystkim piękna opowieść o przyjaźni. Cała jej natura odbija się w krzepiącej historii więzi między Ronją i Birkiem – od ostrożnej  ciekawości do niezachwianej lojalności. Ale ta książka jest też opowieścią o mądrym rodzicielstwie. Spójrzcie na Lovis – ona wie, kiedy trzeba pozwolić dziecku odejść. Nie zatrzymuje go, zna naturalną kolej rzeczy i jeśli nadal czuwa, to z daleka. Inna jest miłość Mattisa, ale jaka prawdziwa. Tak, rodzice też odkryją w tej opowieści coś dla siebie. Może nawet to, że czasami dzieci są najzwyczajniej w świecie mądrzejsze od upartych dorosłych. 

A jeśli to za mało, wiedzcie, że w Ronji, córce zbójnika znajdziecie też nutkę grozy w wersji dla dzieci, cudowną fantastyką z leśnymi strachami w roli głównej i na dodatek odrobinę dowcipu. A co jest najlepsze? Przygody! Zbójnickie dzieci wiedzą, jak korzystać z lata. Znikają na długie dnie, psocą i pakują się w tarapaty, ale zawsze wiedzą, że kiedy będą miały dosyć, mogą wrócić do bezpiecznego domu.
Birk rozejrzał się dookoła po ogarniętym zmrokiem lesie i zrobiło mu się jakoś dziwnie na duszy, nie wiadomo dlaczego. Nie rozumiał, że to, co odczuwał jako lekki smutek w sercu, to był tylko czar letniego wieczoru i spokój, nic innego.
– To lato – zaczął i spojrzał na Ronję. – Tak, to lato będę nosił w sobie do końca życia, to wiem**.

* Astrid Lindgren, Ronja, córka zbójnika, Nasza Księgarnia 1985, s.5.
** tamże, s. 185-186.

Tytuł oryginału: RONJA RÖVARDOTTER,
Przełożyła Anna Węgleńska,
Ilustrował Ilon Wikland;

Astrid Lindgren, Ronja, córka zbójnika, Nasza Księgarnia 1985.

Chcecie więcej?
Zajrzyjcie na blog Polka w Szwecji, Monika odwiedziła między innymi park Astrid Lindgrens Värld i dzieli się pięknymi zdjęciami.

Ciemne sekrety

Pamiętacie? Próbowałam Was kiedyś przekonać, że skandynawskie kryminały nie muszą być nudne. Od tamtej pory nieczęsto wspominałam o takich książkach, ale w końcu znowu nadszedł czas na dobrą, mroczną opowieść.

Tym razem mowa o Ciemnych sekretach, książce napisanej przez Michaela Hjortha i Hansa Rosenfeldta. Nie dość, że duet, to w dodatku naprawdę znający się na rzeczy. Musicie bowiem wiedzieć, że autorzy pracowali wcześniej przy takich ciekawych produkcjach jak serial Bron czy filmy na podstawie książek Henninga Mankella i Camilli Läckberg. Jak poradzili sobie z własnym kryminałem? 


MĘŻCZYZNA, KTÓRY NIE BYŁ MORDERCĄ

ciemne sekrety, hjorth, rosenfeldt, recenzja, kryminał skandynawski
W piątkowy wieczór szesnastoletni Roger znika bez śladu. Matka zgłasza jego zaginięcie kilkanaście godzin później, ale policja zajmuje się sprawą dopiero w poniedziałek. Opieszałość to pierwszy z wielu błędów popełnionych w tym śledztwie. Lokalna policja drepcze w kółko i dopiero, gdy do akcji wkracza zespół z Krajowej Policji Kryminalnej, dochodzenie nabiera tempa.

Tak wygląda ogólny zarys fabuły. Nic oryginalnego? Tylko na pierwszy rzut oka, bo Hjorth i Rosenfeldt prowadzą tę opowieść tak umiejętnie, że szybko zapomina się o ogranych schematach. Przedstawiają historię z kilku punktów widzenia, przede wszystkim z perspektywy policji i ich tajemniczego przeciwnika, ale czasami oddają też głos innym bohaterom. Zgrabnie łączą kilka równie ciekawych wątków i tym sposobem unikają monotonii. Tutaj ciągle coś się dzieje, a każdy wątek przykuwa uwagę. 

Skandynawskie kryminały na ogół są dosyć przewidywalne, ale ta książka i pod tym względem przyjemnie zaskakuje. Tradycyjnie każdy rozdział przynosi kolejne informacje i pozwala wierzyć, że w rozwiązywaniu zagadki jesteśmy kilka kroków przed głównymi bohaterami – jednak raz po raz okazuje się, że podążamy fałszywym tropem. Jest po skandynawsku tajemniczo i mrocznie, a wszystko przez te ciemne sekrety, które prawie wszyscy skrzętnie ukrywają. 

Nie był mordercą. Powtarzał to sobie, wlokąc martwe ciało chłopca w dół zbocza: Nie jestem mordercą. Mordercy to kryminaliści. Mordercy to źli ludzie. Mrok wchłonął ich dusze, a oni wyszli naprzeciw tej ciemności, odwróciwszy się plecami do światła. On zaś nie był zły*.

SEBASTIAN BERGMAN

Początkowo trudno wskazać głównego bohatera, bo śledztwo, które zafundowali autorzy to ewidentnie gra zespołowa. Prawie każdy członek ekipy wydaje się intrygujący, ale z czasem na pierwszy plan wysuwa się Sebastian Bergman, psycholog, profiler, który wkręcił się w tę sprawę niemal przypadkiem. Nie, nie polubicie drania. Przynajmniej na początku, bo dosyć starannie pielęgnuje swój wizerunek megalomana, egoisty i paskudnego kobieciarza. 

Tu Ciemne sekrety grają znanym schematem, prawie w każdym skandynawskim kryminale znajdziecie taką postać. Życie osobiste w gruzach, odstręczający sposób bycia i zaskakujące powodzenie u płci przeciwnej. No i niebywała intuicja, dzięki której wykolejony „detektyw” ciągle budzi podziw. Taki Wallander i Harry Hole w jednym, a właściwie człowiek, w którym spotkały się ich najgorsze cechy. I co? To działa! Bo Sebastian ma sekret, jakąś metaforyczną bliznę po przeszłości i to dziwnie intryguje. A zdaje się, że potencjał tego bohatera jest tak duży, że Hjorth i Rosenfeldt poświęcili mu także inne książki, tworząc cały cykl kryminałów**. 

Ale autorzy nie poprzestali na książkach! Specjalizują się w serialach, więc własne dzieło także przenieśli na telewizyjne ekrany. Podejrzewam, że od początku chodziło im to po głowie, bo Ciemne sekrety napisane są tak dynamicznie, że podczas lektury trudno nie wyobrażać sobie tej historii w wersji filmowej. A może to po prostu zasługa tego, że przez lata pisywali scenariusze? W każdym razie efekt jest naprawdę niezły! 

Schemat? Panowie niestety nie uchronili się przed nim. O typowym bohaterze już wspomniałam (ale może lubicie takich?), do tego dochodzi znany motyw powrotu w rodzinne strony, małe szwedzkie miasteczko i wielbiciele skandynawskich kryminałów już rozpoznają konwencję. Tyle że Hjorth i Rosenfeldt wzięli jej najlepsze elementy i układają te typowe klocki tak sprawnie, że nie mogłabym zaszufladkować ich razem z Camillą Läckberg czy Ninni Schulman. To raczej liga Mankella i Nesbø (ale w jego szczytowej formie).

Czytać? Jasne! Ciemne sekrety to dobry przykład na to, że nawet na ogranym schemacie można zbudować całkiem udany kryminał.  


* Tak właśnie zaczynają się Ciemne sekrety. Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki.
** Cykl o Sebastianie Bergmanie to cztery książki: Ciemne sekrety, Uczeń, Grób w górach i Niemowa.

Tytuł oryginału: DET FÖRDOLDA,
Przełożyła Alicja Rosenau;

Michael Hjorth, Hans Rosenfeldt, Ciemne sekrety, Wydawnictwo Czarna Owca 2011.

Przyjaciele zwierząt

Szła z balkonikiem. Bardzo wolno. Staruszki tak robią. Skręciła w boczną ulicę. Taką, gdzie wciąż leżał wczorajszy śnieg. Śmialiśmy się, kiedy się przewróciła i uderzyła głową o ziemię. Śmiesznie to wyglądało. Śmialiśmy się, aż zrozumieliśmy, że nie może się już podnieść. Wtedy przestaliśmy się śmiać, bo wtedy to już nie było śmieszne.
Potem zabraliśmy jej torebkę*.


Anton Marklund, Przyjaciele zwierząt, recenzja, autyzm
Mocne? Tak właśnie zaczynają się Przyjaciele zwierząt, debiutancka książka Antona Marklunda. Najważniejsze jest jasne od samego początku - Johannes wraz z kolegami okradł bezbronną staruszkę. Co więcej, uważa, że dobrze zrobił, skoro pieniądze nie były już kobiecie potrzebne. Przecież nic nie powinno się marnować! Dziwi się tylko, że mama nie ucieszyła się, kiedy dał jej banknot.

Ale chłopiec nie jest zdegenerowanym wyrostkiem. Nawet nie przyszłoby mu do głowy, że zrobił coś złego. Ma siedemnaście lat i jest autykiem.

Cała opowieść snuje się wokół tragicznego spotkania ze staruszką. Od niego ta historia się zaczyna i na nim się kończy. Opowiedziana trzema głosami - Johannesa, jego matki i ojca - jest analizą wcześniejszych wydarzeń, szukaniem miejsca, w którym popełniono błąd. 

Trzy punkty widzenia i trzy narracje. Dopiero po połączeniu wszystkich opowieści poznajemy całość, ale to punkt widzenia Mony jest tu dominujący. Kobieta patrzy na życie swojej rodziny jak na film, wyobraża sobie najważniejsze sceny i wie już, które elementy scenariusza były kluczowe. Takie spojrzenie ma dwie zalety - łatwiej zachować dystans i łatwiej zaakceptować niepowodzenia:


Bo jeśli widzi się życie jak film, to tak już musi być. W filmie przeciwności losu mają znaczenie. To ten ból, którego nie można pojąć, prowadzi naprzód, do miejmy nadzieję szczęśliwego zakończenia**.

I tu dotykamy kwestii najważniejszej – powiedzieć, że Przyjaciele zwierząt jest opowieścią o autyzmie to o wiele za mało. Książka Marklunda mówi o rodzinie zmagającej się z olbrzymimi problemami, z których największym rzeczywiście jest autyzm, ale to właściwie mogłaby być jakakolwiek inność. Rodzina Johannesa żyje w niewielkiej społeczności, w tej sytuacji naprawdę niewiele potrzeba, żeby zostać w jakimś stopniu wykluczonym. Rzecz dzieje się w do bólu poprawnej Szwecji, więc pozory mają się dobrze, ale mimo wszystko uderzająca jest samotność całej trójki. 

Ważna jest też kwestia relacji w poharatanej rodzinie. Marklund pokazuje mimochodem, co się dzieje ze związkiem dwojga ludzi, kiedy pojawia się wymagające większej uwagi dziecko, a w tle są ustępstwa jednej ze stron. Autor nie musi pisać niczego wprost – z prostych, trochę mechanicznych wypowiedzi Lennarta i Mony wyczytacie aż nadto. Ale nie obawiajcie się, nie ma tu domorosłej psychologii i taniej ckliwości. Jest za to zgrabna fabuła w nieskomplikowanej formie.

A skoro o formie mowa – charakterystyczny wydaje mi się styl Antona Marklunda zupełnie pozbawiony rozmachu, do którego przyzwyczaili mnie ostatnio Skandynawowie. Marklund pisze oszczędniej, jakby uważał, że w opisywanych wydarzeniach jest już tyle mocy, że nie trzeba wymyślnych epitetów. Zdaje, że to działa, bo mimo wszystko w tych prostych zdaniach udało mu się zamknąć mnóstwo emocji. To nie jest mój ulubiony styl, ale nie miałabym dużych zastrzeżeń, gdyby w kilku miejscach przekład dodatkowo nie zgrzytał. Tak więc forma budzi drobne wątpliwości, ale treść jest bardzo dobra. 

Najmocniejszym elementem tej książki jest zakończenie. Poprzednie rozdziały dopiero tutaj zaczynają grać i ujawnia się prawdziwa waga pozornie nieistotnych wątków. Bo wszystko już się klaruje, czytelnik mądrala myśli, że panuje nad sytuacją, gotów jest poprawić scenariusz filmu Mony. Aż tu nagle bum! Czytelnik niczego nie kontrolował i wcale nie wiedział wszystkiego. Bo to jest tak:


Chyba to chcę przekazać swoim opowiadaniem. Że wierzymy, że mamy kontrolę, ale tak naprawdę jesteśmy sterowani rzeczami, które nam się zdarzają. Dużymi lub małymi, nie sposób przewidzieć, gdzie ostatecznie wylądujemy***.

To niesamowite, że z tak niepozornej książeczki, tyle w czytelniku zostaje. Przeczytajcie, będziecie zaskoczeni.


* Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, lok. 42,
** lok. 81,
*** lok 1601;

Tytuł oryginału: Djurvänner,
Przełożyła Natalia Pecyna;





skandynawski reportaż, recenzja, czuły punkt, elisabeth asbrink
Bez względu na część świata, obszar językowy czy kulturę, początek opowieści zawsze odnosi się do określonego punktu w czasie, jest nacięciem na linii czasowego przebiegu. Jakiś bóg stworzył ziemię i niebo, chłopiec z utraconym losem nie poszedł dziś do szkoły, pewien hobbit przygotowywał pożegnalne przyjęcie, a niejaka pani Dalloway postanowiła sama kupić kwiaty*.

Jak zaczyna się ta opowieść? Pewien więzień napisał list do reżysera. Zapytał, czy znalazłby się jakiś jego utwór, który czterej osadzeni mogliby wystawić w ramach zajęć teatralnych. Traf chciał, że Lars Norén pracował właśnie nad sztuką o zakładzie karnym, więc propozycja wydała mu się niezwykle kusząca. W rezultacie powstał dramat Sju tre (Siedem trzy), którego tytuł nawiązywał do szwedzkiej ustawy o opiece penitencjarnej i paragrafu o więźniach podlegających szczególnym restrykcjom.

Projekt od samego początku był kontrowersyjny ze względu na udział groźnych przestępców. Głosy sprzeciwu nasiliły się jeszcze, kiedy wyszło na jaw, że twórców można podejrzewać o propagowanie treści nazistowskich. Więźniowie grali bowiem samych siebie i otwarcie przyznawali się do swoich poglądów. W Szwecji rozpoczęła się dyskusja na temat granicy między rzeczywistością a fikcją. Ale prawdziwa burza rozpętała się, kiedy jeden z „aktorów” w czasie przepustki tuż po ostatnim przedstawieniu, dokonał napadu na bank, w wyniku czego zginęło dwóch policjantów.


Dziesięć lat później (prace nad sztuką rozpoczęły się wiosną 1998, a do zbrodni doszło w 1999 roku) Elisabeth Åsbrink postanowiła wrócić do tamtych dni:
Uprawiam coś w rodzaju archeologii pamięci. Nie ma prawie żadnych dokumentów potwierdzających wydarzenia wiosny roku 1998. Muszę polegać na wspomnieniach, które różni ludzie przechowali przez całą dekadę. Okazuje się, że gdy odwracamy się plecami do teraźniejszości i cofamy się w przeszłość, zaczynając od tego, co zdarzyło się ostatnio, uzyskujemy lepszy efekt. Tak jakby trzeba było rozbić słowami górną warstwę czasu, aż zostanie tylko pył, brzęczenie much, zanim pójdzie się dalej**.

Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia to rekonstrukcja faktów, które skończyły się zabójstwem policjantów w Malexander. Część z nich została odtworzona na podstawie wywiadów z uczestnikami tamtych wydarzeń, pozostałe zostały bogato udokumentowane korespondencją, zapiskami z dzienników, artykułami prasowymi z tamtych lat, notatkami pracowników więzienia. Wykaz źródeł liczy dwie i pół strony, to chyba dobry dowód na to, że Åsbrink pracowała bardzo rzetelnie. Nie zamierzała nikogo oskarżać, szukała tylko odpowiedzi na pytanie, jak doszło do tego, że niebezpieczni więźniowie zyskali taką swobodę, że w czasie pracy nad sztuką byli w stanie przygotowywać przestępstwa.

Ale wydarzeń związanych ze sztuką Sju tre, nie można rozpatrywać w oderwaniu od kontekstu. Dlatego właśnie Czuły punkt opowiada pokrótce o szwedzkim systemie penitencjarnym i o historii tamtejszego narodowego socjalizmu***. Dziennikarka przyjrzała się też życiorysom „aktorów”, szukając zapowiedzi późniejszej tragedii. Jak widzicie, ta książka jest naprawdę kompletna i doskonale dopracowana!

Ten reportaż powstał wcześniej niż W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa, ale jest tak samo dobrze napisany. Z klasą, w świetnym stylu, choć absolutnie nie bez emocji! Åsbrink bowiem umiejętnie przekazała napięcie, które ciągle tej sprawie towarzyszy, wystrzegając się przy tym tabloidowego szukania sensacji. Ale to, że czyta się tę książkę tak dobrze, to także zasługa Ireny Kowadło-Przedmojskiej, która jest autorką przekładu. Nie można jej nie docenić.

Zapisałam pięćset pięć słów, a wszystkie sprowadzają się do krótkiego zdania: Elizabeth Åsbrink zachwyca. Zaczynam się przyzwyczajać.


* Elisabeth Åsbrink, Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia, Wydawnictwo Czarne 2014, s.19.
** tamże, s. 59.
*** W tym miejscu książka Åsbrink wiąże się z reportażem Gellerta Tamasa, o którym jakiś czas temu wspominałam i który ciągle polecam.

Tytuł oryginału: Smärtpunkten : Lars Norén, pjäsen Sju tre och morden i Malexander;
Przełożyła Irena Kowadło-Przedmojska;

Mała książka, duży temat

POZNAJCIE HERMANA

Herman ma jedenaście lat i mieszka w Oslo. Jest jedynakiem i właściwie nie ma kolegów, bo trudno nimi nazwać chłopców, którzy znęcają się nad nim w szkole. Ma za to obiekt pierwszych westchnień – rudowłosą Ruby. Herman jest mądrym, ciekawym świata i wrażliwym chłopcem, który po rodzicach odziedziczył oryginalne poczucie humoru. Czasami psoci, chodzi do szkoły tyłem lub z zamkniętymi oczami. Spóźnia się na lekcje, a potem mówi, że nagle oślepł i zabłądził na Starym Mieście albo musiał ratować starszą panią napadniętą przez lisa. Ot, dzieciak. Nie wie jeszcze, że wkrótce zachoruje i wszystko się zmieni.


MAŁA KSIĄŻKA, DUŻY TEMAT

lars saabye christensen, herman, recenzja
Herman to wydana w 1988 roku* powieść Larsa Saabye Christensena. W porównaniu z Półbratem czy Odpływem, jest zaskakująco krótka, bo liczy niespełna sto dziewięćdziesiąt stron. Niepozorna wydaje się też fabuła, ale w rzeczywistości kryje się za nią poważny temat – choroba i to taka, która dotyka dziecko. I tu widziałam pułapkę, bo pisząc o tym, łatwo wpaść w tanią narrację, ckliwą i pełną banałów. Ale nie obawiajcie się, Lars Saabye Christensen podchodzi do sprawy jak najsubtelniej, pokazuje chorobę z punktu widzenia Hermana i nie próbuje ogłuszać cierpiętnictwem. 

Rezultat przywodzi na myśl bajkę terapeutyczną (łatwą w odbiorze, ale skierowaną jednak do dorosłych) albo studium choroby, a może raczej studium reakcji na nią. Bo można tę książkę opatrywać różnymi etykietkami  – że jest o dzieciństwie, że o równości społecznej, o samotności i wreszcie o wyobraźni. Ale chyba najbardziej rzuca się w oczy to, jak Herman zmienia się, od kiedy wie o swoich kłopotach zdrowotnych. Przechodzi różne fazy (nie będę ich nazywać, bo nic Wam z lektury nie zostanie), a autor opisuje je bardzo wiarygodnie. Dobrze przemyślał swojego bohatera, doskonale zrozumiał jego emocje. Nie mówiąc niczego wprost, nie bawiąc się w domorosłego psychologa, pisarz wyjaśnia, co i dlaczego może czuć chory, nie tylko dziecko.

Herman to także studium reakcji na cudzą chorobę, bo zachowanie tytułowego bohatera zmienia się, kiedy ludzie zaczynają go inaczej traktować. Co więcej, zmienia się nawet jego samoocena. I co ciekawe, kiedy chwieje się dotychczasowy porządek w najbliższym otoczeniu, Herman znajduje sprzymierzeńców wśród ludzi, którzy już wcześniej żyli gdzieś na obrzeżach społeczeństwa. Ludzi, którzy wyróżniają się z tłumu zdrowych, zgrabnych, poprawnych.


CZAS TO ŻÓŁW

To wszystko brzmi poważnie i smutno, ale ta książka nie jest ani trochę przytłaczająca. Jasne, że daje do myślenia, ale to nie znaczy, że brnie się przez nią z mozołem. To jedna z tych książek, w których wielkie rzeczy niesie łatwa w odbiorze forma. Nie ma tu miejsca na patos, bo wszędzie panoszy się urocze poczucie humoru i lekka ironia. I tak rodzina Hermana rozmawia zabawnym szyfrem, a sąsiadowi nigdy nie ucieka Czas, bo Czas to jego żółw. No dobrze, nie będziecie śmiać się do łez, ale gwarantuję, że kilka razy się uśmiechniecie. 

– No, a ile ty masz lat?
Doktor mówi tak dziwnie, jakby pomylił Hermana z jakimś pudlem.
– Wydaje mi się, że straciłem rachubę. Ale w przyszłym roku też będę obchodził urodziny**.

Herman to zgrabna książka, ale nie spodziewajcie się w niej tego rozmachu, który tak zachwycał w słynnej pierwszej części Odpływu. Nie ma tu jeszcze tak potoczystego języka i wspaniałych metafor, ale już widać, że Lars Saabye Christensen wie, jak pisać o istotnych sprawach i nie przedobrzyć. I chyba nieźle mu poszło. Sprawdzicie?

PS Książka została zekranizowana w 1990 roku, może znacie ją z tej wersji?

* W Polsce w roku 2000.
** Lars Saabye Christensen, Herman, Świat Literacki, Izabelin 2000, s. 38.


Tytuł oryginału: HERMAN,
Z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka;



Ojciec, śmierć i David Bowie

Uff, zdążyłam. Wkrótce, bo 21 maja, pojawi się polski przekład drugiego tomu najbardziej znanej powieści Karla Ovego Knausgårda. Prawie wszyscy przeczytali już pierwszy, a ja ciągle odkładałam lekturę. A kiedy już się za nią zabrałam, okazało się, że to jedna z tych nieodkładalnych książek, które czyta się długo w noc i nawet się nie zauważa, kiedy minęło pięćset pięćdziesiąt stron.


karl ove knausgard, moja walka, recenzja
To zaskakujące, bo gdybym streściła, o czym to jest, nie pomyślelibyście, że to może być aż tak dobre. Sprawdzimy? 

Norweski pisarz opowiada swoją historię – nie odnosił dotąd wielkich sukcesów, nie ponosił spektakularnych porażek, napisał kilka powieści, ale nie zdobył jeszcze sławy. Ot, czterdzieści lat zwykłego życia opisanego w sześciu tomach. Wydawać by się mogło, że kontrowersyjny jest tylko tytuł – Moja walka, jednak cała książka budzi emocje. Po pierwsze dlatego, że autor jest szczery i nie wszyscy rozumieją, dlaczego nie retuszuje swoich wspomnień. Po drugie porusza tematy, które szczególnie w Skandynawii są tabu*. I jest jeszcze trzeci element, Knausgård pisze o sobie, ale robi to w tak uniwersalnej, prostej formie, że wielu odnajduje w jego opowieści odległe echo własnych doświadczeń.

Trudno opowiedzieć o tej książce, bo sekret jej sukcesu tylko częściowo tkwi w poruszanych tematach, reszta to kwestia czystego stylu i nastroju, który buduje. Ale gdybym miała wskazać klucz do tej opowieści, byłby nim ojciec. Potem dodałabym śmierć i sztukę.

OJCIEC

Historia Knausgårda skupia się wokół postaci jego ojca. Pisarz mówi wprost, że w dzieciństwie bał się taty, a w relacjach między nimi zawsze było napięcie. To oczywiście nie pozostało bez wpływu na jego przyszłe losy i Moja walka dowodzi tego najlepiej. Ale to nie jest forma terapii, żadne porachunki. To raczej szczery zapis wspomnień i skonfrontowanie ich z nowymi przemyśleniami. Bo autor patrząc na ojca, przygląda się przede wszystkim samemu sobie. Nie tylko dlatego, że odkrywa, jak wielki wpływ miał na niego tata, ale zauważa też, że pod pewnymi względami jest do niego podobny.


Obraz ojca, jaki mam z tamtego wieczoru w 1976 roku, jest, innymi słowy, podwójny: z jednej strony widzę go takiego, jakiego widziałem wtedy oczami ośmiolatka, nieprzewidywalnego i przerażającego, a z drugiej – jako rówieśnika, przez którego życie pędzi czas, nieustannie porywając ze sobą spore kawały sensu**.

W tej sytuacji autor musi przyjrzeć się też własnym relacjom z dziećmi i tu pojawia się sprawa, która jest chyba zupełnie akceptowalna, a jednak budzi sprzeciw części czytelników. Otóż Knausgård pisze szczerze, że ojcostwo nie stanowi jedynego sensu życia, choć jest źródłem szczęścia. Stawia granicę poświęceniu, bo to spełnienie jest najważniejsze, a w jego przypadku nie rodzicielstwo, lecz uprawianie sztuki może wypełnić życie.

SZTUKA

Skoro o sztuce mowa, warto wspomnieć, że w Mojej walce jest ona stale obecna, Dorosły Karl Ove wiesza na ścianie swojej pracowni reprodukcję Newtona Williama Blake'a, nocny pejzaż norweskiego malarza Pedera Balkego czy też fotografie Thomasa Wågströma. Na studiach próbuje czytać Pounda, Rilkego, Mandelsztama, a wcześniej po prostu Saabye Christensena i Petera Høega. Mnóstwo nazwisk i tytułów, mniej i bardziej znanych, zarówno kultura wysoka, jak i ta masowa. Literatura, malarstwo, fotografia, ale to muzyka najbardziej zapadła mi w pamięć i to ona najlepiej wprowadza w czasy młodości Knausgårda. Czego słuchał? Led Zeppelin, Talking Heads, The Chameleons, The The, The Police, U2, a na gitarze grał Space Oddity.



ŚMIERĆ

I jeszcze śmierć, to ona jest klamrą, zaczyna i kończy tę opowieść. Naturalistycznie, bez patosu, bo autor zajmuje się nie samą śmiercią, lecz naszym stosunkiem do niej. Tym jak o niej mówimy, co i dlaczego robimy z naszymi zmarłymi. Pisze o śmierci w ogóle i o śmierci konkretnego człowieka, własnego ojca. I znowu bez retuszu, bez wygładzania, bo u Knausgårda jeśli coś śmierdzi, to śmierdzi. Jest prosto i uczciwie w formie i treści. Między innymi dlatego właśnie zachwyca. I z dokładnie tego samego powodu u innych budzi kontrowersje. 

Już wiecie? Wspaniałe, czytajcie.

Chcecie więcej?
Przygotowałam dla Was playlistę z utworami, których słuchał Karl Ove.

* O tym, jak Skandynawowie odebrali jego książkę, Knausgård opowiadał na przykład w Trójce w programie Z najwyższej półki.
** Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki i znowu nie potrafię podać numeru strony (lokacja 172), ale znajdziecie ten fragment na samym początku Części 1. 

Tytuł oryginału: MIN KAMP. FØRSTE BOK. ROMAN,
Z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka;

krótka recenzja, kryminałkrótka recenzja, kryminał

Nim wielki Stieg zesłał Millenium, półka z kryminałami ze Skandynawii  wcale nie świeciła pustkami. W tej dziedzinie harcowało już co najmniej kilkoro zdolnych autorów, a wśród nich Peter Høeg. W zeszłym roku pojawiło się u nas nowe wydanie jego najbardziej znanej książki, więc może odkryliście ją wcześniej niż ja, ale nie mogę pozwolić, żeby ktoś przegapił ten kąsek. Dlatego dziś w e-krótko trzy zalety Smilli w labiryntach śniegu! 

ZALETA PIERWSZA – SMILLA
Główna bohaterka jest niesłychanie ciekawa! Smilla ma nie tylko "wyczucie śniegu", ale i wspaniały zmysł obserwacji, a swoje spostrzeżenia doprawia szczyptą ironii. To silna, mądra i przebiegła kobieta, która pochodzi z Grenlandii i choć od lat mieszka w Kopenhadze, ciągle patrzy na nią z zewnątrz. To jedna z tych "niedostosowanych" postaci, może trochę dzikich i nieposkromionych. Drzewo genealogiczne mogłaby dzielić z Diną z książki Wassmo, Lisbeth Salander Larssona i Sagą Noren z serialu Bron.

peter hoeg, smilla w labiryntach śniegu, kryminał, recenzja
ZALETA DRUGA – TŁO
Wszystko zaczyna się w zimowej Kopenhadze, kiedy z ośnieżonego dachu spada mały Esajas. Szybko jednak okazuje się, że śmierć chłopca to (niemal dosłownie) jedynie wierzchołek góry lodowej. Więcej nie mogę zdradzić, żeby nie zepsuć Wam lektury, ale dodam, że wiedza Smilli o śniegu i lodzie będzie bardzo użyteczna. I to jest kolejna zaleta tej książki – wszystko, co dzieje się wokół głównej zagadki jest potrzebne i ciekawe. Nie ma tu tego, co przeszkadza mi w wielu nowych kryminałach skandynawskich, czyli nudnego tła obyczajowego. Tło jest, ale nie mniej atrakcyjne niż tajemnica, którą próbuje odkryć Smilla. Ciekawe wspomnienia z Grenlandii, obserwacje na temat Europejczyków, a wreszcie mnóstwo informacji o lodzie – dla mnie nie lada gratka.

ZALETA NAJWIĘKSZA – TŁUMACZENIE
Znacie to? Czytacie i chętnie podkreślalibyście co drugie zdanie. W kryminale! Jak to możliwe, że książka, która z założenia miała być czystą rozrywką, okazała się naprawdę dobra pod względem stylu? To proste, maczała w tym palce Iwona Zimnicka. To chyba nie jest przypadek, że książki, które tłumaczy, zapadają mi w pamięć. Poprzednio zachwycił mnie Odpływ w jej przekładzie, teraz Smilla. To książki z zupełnie różnych półek, ale obie tak ładnie przetłumaczone, że nie sposób nie docenić pracy Zimnickiej.

Przeczytajcie Smillę w labiryntach śniegu, a przekonacie się, że skandynawski kryminał to nie zawsze wydmuszka.


PS Na podstawie tej książki nakręcono film, którego polski tytuł to Biały labirynt – klik.

Tytuł oryginału: Frøken Smillas fornemmelse for sne,
Z duńskiego przełożyła Iwona Zimnicka.




Mężczyzna z laserem

Kończy się lato, jest ciepła noc. Trzej młodzi mężczyźni idą potańczyć, wyszaleć się przed nadchodzącym rozpoczęciem roku akademickiego. Przechodzą przez ciemny park. Nagle na kurtce jednego z nich pojawia się czerwone światło. Po chwili mężczyzna czuje ból, zauważa krew i dociera do niego, że został postrzelony. Nie wie jeszcze, że jest pierwszą ofiarą, wkrótce na miasto spadnie blady strach, a policja rozpocznie długie poszukiwania nieuchwytnego strzelca.

Myślisz, że to może być całkiem niezły kryminał. O tak, trzyma w napięciu! Problem w tym, że to nie fikcja!

MĘŻCZYZNA Z LASEREM

gellert tamas, mężczyzna z laserem, historia szwedzkiej nienawiści, reportaż, recenzja
Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści to reportaż Gellerta Tamasa. Dziennikarz przeanalizował wydarzenia, które przerażały Szwedów przez wiele miesięcy w 1991 i 1992 roku. Właśnie wtedy w Sztokholmie i Uppsali grasował seryjny morderca* zwany mężczyzną z laserem (Lasermannen). Dziś wiemy, że był nim trzydziestoośmioletni John Ausonius, który kupił karabin z celownikiem laserowym i postanowił polować na imigrantów. Po latach twierdził, że początkowo nie zamierzał zabijać, chciał ich nastraszyć. Potem zmienił zdanie.
Życzyłem im jak najgorzej. Było ich dużo, mieli złą wolę. Oczywiście pojawiły się wyrzuty sumienia, że zamiast strzelać do przestępców, strzelam do przypadkowych ofiar, ale nie było czasu. [...] A zresztą do diabła z nimi! Wszyscy byli siebie warci, robili podejrzane interesy. Nawet jeśli nie byli przestępcami, to i tak wykorzystywali system. Nie chcieli się dostosować. Trzymali się razem. Nie chcieli się uczyć szwedzkiego. Gardziłem nimi**.
Tamas przygląda się sprawie uważniej i nie poprzestaje na rekonstrukcji tych tragicznych zdarzeń. Zapoznaje się z życiorysem Ausoniusa, rozmawia z jego przyjaciółmi i tworzy portret człowieka, który przeszedł długą drogą od odrzucanego przez rówieśników dziecka po mężczyznę strzelającego z zimną krwią do ludzi, którzy mają ciemniejszą karnację niż (stereo)typowi Szwedzi. 


HISTORIA SZWEDZKIEJ NIENAWIŚCI

Mężczyzna z laserem nie działał jednak w próżni i ważne jest tło jego działań. Dlatego autor przyjrzał się nie tylko przeszłości Ausoniusa, ale i społeczeństwu, w którym żył. Zastanawiał się, jak to jest, że w Szwecji słynącej z poszanowania demokracji, tak liczne były przejawy rasizmu i nacjonalizmu. Przyjrzał się uwarunkowaniom historycznym, sytuacji ekonomicznej i wielu innym czynnikom, które mogły przyczyniać się do tej ksenofobii, a może nawet nienawiści do obcych. Dużo miejsca poświęcił szwedzkim neonazistom  i rosnącej w siłę partii Nowa Demokracja.

Praca Tamasa, choć od pierwszego wydania książki minęło już kilkanaście lat, wciąż jest bardzo rzetelnym źródłem wiedzy o skrajnym nacjonalizmie w Szwecji. I tutaj należy zrobić dopisek – mówi się tutaj o "szwedzkiej nienawiści", nawet w polskim podtytule takie określenie się pojawia***, ale absolutnie nie chodzi o generalizowanie i piętnowanie Szwedów. Autor wiele razy wspomina, że większość Szwedów potępiała wszelkie przejawy dyskryminacji, brała udział w protestach, kiedy policja nie potrafiła ochronić imigrantów, krytykowała polityków, którzy okazali się kompletnie bezradni.

A teraz pomyślcie – wydarzenia, o których pisze Tamas, wprowadzając kontekst działań Ausoniusa, sięgają lat osiemdziesiątych minionego stulecia, a my ciągle słyszymy o przestępstwach spowodowanych nienawiścią na tle narodowościowym. Ta historia nieustannie się powtarza nie tylko w Szwecji. To naprawdę jeszcze nie czas, żeby odłożyć ten reportaż na półkę, bo nie zmieniły się mechanizmy, które opisuje. Co więcej, teraz jest szczególnie aktualny, kiedy wraca dyskusja o zamykaniu granic wewnątrz Unii Europejskiej, ograniczaniu możliwości pracy dla imigrantów i kiedy rośnie strach przed przybyszami, którzy nie chcą się integrować z gospodarzami.

Mężczyzna z laserem to bardzo rzetelny reportaż, poprzedzony solidną pracą – autor przeanalizował dokumenty procesowe, materiały zgromadzone przez Policję w Sztokholmie i przeprowadził ponad osiemdziesiąt wywiadów. Oczywiście spotkał się też z Johnem Ausoniusem. Spojrzał na tę sprawę z wszystkich stron, nie mógłby tego zrobić lepiej. Wydawać by się mogło, że to będzie mozolna lektura. Nic bardziej mylnego! Gellert Tamas napisał książkę, którą czyta się doskonale, mimo niesłychanie trudnego  tematu.  Niektórzy nazywają ją kryminałem non-fiction i coś w tym jest, bo z zapartym tchem śledziłam działania policji, złościłam się, kiedy gubili trop i cieszyłam się, kiedy przybliżali się do złapania sprawcy. 

Ale to się działo naprawdę i musicie o tym przeczytać.

PS W 2005 roku na podstawie Mężczyzny z laserem powstał miniserial dla szwedzkiej telewizji SVT, a w Internecie można  obejrzeć inny film dokumentalny na temat Ausoniusa.

*Zabił wprawdzie jedną osobę, ale dziesięć innych usiłował zabić.
** Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki. Znajdziecie go w wypowiedzi Ausoniusa w rozdziale opatrzonym datą Poniedziałek, 21 października 1991.
*** Oryginalny podtytuł można raczej przetłumaczyć jako Opowieść o Szwecji. 

Tytuł oryginału: LASERMANNEN: EN BERÄTTELSE OM SVERIGE,
Przełożyła z języka szwedzkiego Elżbieta Frątczak-Nowotny;


Do napisania tej recenzji mogłabym użyć samych wykrzykników - kropki są zbyt zachowawcze. Chyba że trzy obok siebie po przerwanej wypowiedzi, bo ten tekst będzie niedokończony. Nie napiszę przecież wszystkiego, nie po takiej lekturze. Chciałoby się czuć coś podobnego po każdej przeczytanej książce.

ODPŁYW

Larsa Saabye Christensena znacie pewnie za sprawą wznowionego w zeszłym roku Półbrata. Teraz norweski pisarz wraca z najnowszą powieścią*, która w oryginale nosi tytuł Sluk, czyli błystka**, a u nas została wydana jako Odpływ w świetnym tłumaczeniu Iwony Zimnickiej.

odpływ, lars saabye christensen, recenzja
Odpływ składa się z trzech części - to właściwie dwie pełne opowieści  i obszerny epilog. Bohaterem pierwszej części - zatytułowanej Błystka - jest Funder, nastolatek, który spędza z matką wakacje w Nesodden nad Oslofjorden. Tego wyjątkowego lata 1969 roku Funder po raz pierwszy się zakochuje, próbuje napisać wiersz i jak wszyscy czeka na lądowanie człowieka na Księżycu. Mimochodem pobiera też trudną lekcję życia, ale o tym sza! Nie zdradzę najważniejszego.

W drugiej części - Pośrednik - przenosimy się w okolice roku 2000. W amerykańskim miasteczku Karmack liczba nieszczęśliwych wypadków wzrosła o osiemnaście procent w porównaniu z rokiem poprzednim i władze zdecydowały, że potrzebny jest właśnie Pośrednik. Zostaje nim Frank Farelli, którego zadaniem będzie przekazywanie złych wiadomości rodzinom poszkodowanych.

Trzecia część to epilog, w którym znowu pojawia się Funder. Dojrzały już mężczyzna przechodzi terapię i próbuje uporządkować swoje życie. Przy okazji wyjawia, co zostało z tamtego pięknego lata, kiedy był pełnym planów na przyszłość chłopcem. A my odkrywamy, jaki jest związek między Błystką i Pośrednikiem.

PĘKNIĘCIE

Odpływ to powieść pęknięta. Mniej więcej w połowie książki, tuż po pierwszej części opowieść zupełnie się zmienia. Zmieniają się bohaterowie, czasy, a przede wszystkim styl. Pierwsza część to pierwszoosobowa narracja - jasna, radosna, pełna wspaniałych metafor i ironii. Jej kwintesencja zawiera się w tym zdaniu:
Inhalowałem prozę i wydychałem metafory***.
Znienacka nastrój się załamuje, narracja przechodzi w trzecioosobową, a cały dowcip ulatuje. Zamiast niego pojawia się mroczna, przyciężkawa atmosfera, w której groza miesza się z groteską. Zupełnie jakby tę część pisał inny autor, jakiś specjalista od przygnębiających amerykańskich powieści. Tak zostaje już do samego końca, bo choć w epilogu powraca pierwszoosobowa narracja, nastrój właściwie się nie zmienia. Fakt, absurd znika, ale kwiecisty styl (dla mnie dużo ciekawszej) pierwszej części nie ma już racji bytu.

WSZYSTKIE IMIONA LARSA

Pęknięta powieść nie rozpada się, przeciwnie, stanowi nierozerwalną całość. Jak to możliwe? Odpływ ma bowiem dwa motywy przewodnie, które łączą wszystkie części. Pierwszy to wspomniane już lądowanie na Księżycu, drugi to piosenka Blue Skies.


Ale najsilniejszym spoiwem jest Funder zwany Chaplinem, Chrisem, Christianem. Główny bohater ma bowiem wiele wspólnego z samym Larsem Saabye Christensenem. Pisarz też pochodzi z duńsko-norweskiej rodziny i zupełnie jak w Odpływie jego ojciec był architektem, a matka zajmowała się domem. W dodatku Christensen także bardzo wcześnie podjął decyzję o zostaniu pisarzem, a tytuł książki Fundera brzmi tak, jak tytuł prawdziwego tomu poezji Christensena****. Zgadzają się też informacje o fabule jednej z książek wspomnianej w Odpływie*****. Zdaje się, że te autobiograficzne wątki nie powinny dziwić, bo autor nie ukrywał, że zawsze pisze o tym, co przeżył. Tym razem jednak wyjątkowo dużo Larsa jest w chłopcu o wielu imionach.

WSZYSTKIE TE MATKI

Odpływ to pęknięta książka o pękniętym życiu, które po pamiętnym lecie nie było już takie samo. To także książka o pisarstwie, bo refleksje na temat relacji między rzeczywistością i fikcją pojawiają się od samego początku. Ale dla mnie ta książka jest też pięknym hołdem złożonym matce, wszystkim tym kobietom zredukowanym przez otoczenie do funkcji matki, o których nieustannie myśli Funder:

Za­czą­łem prze­rzu­cać stro­ny w książ­ce te­le­fo­nicz­nej, mi­ną­łem tę z na­zwi­skiem, ad­re­sem i nu­me­rem ojca. Na­zwi­ska mat­ki nie było, cho­ciaż naj­czę­ściej, a wła­ści­wie pra­wie za­wsze to ona od­bie­ra­ła, kie­dy ktoś dzwo­nił. Przy­szła mi do gło­wy dziw­na, nie­przy­jem­na myśl, że mat­ka nie ist­nie­je. Nie ma jej. Jest tyl­ko w wy­obraź­ni mo­jej i ojca******.

Mogłabym tak długo, a wszystkiego i tak nie napiszę.
Musicie to przeczytać! Rzućcie wszystko, idźcie, czytajcie!


* Pierwszy raz wydana w Norwegii w 2012 roku.
** Ale "sluk" może być też tłumaczony jako odpływ, drenaż.
*** Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, więc nie podam strony, ale znajdziecie go w dwunastym rozdziale pierwszej części.
**** Wielbłąd w moim sercu,
***** Jeśli dobrze zidentyfikowałam to książkowy Funder napisał powieść podobną do Beatles Saabye Christensena.
****** A to z jedenastego rozdziału pierwszej części.


Tytuł oryginału: SLUK,
z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka.

Lars Saabye Christensen, Odpływ, Wydawnictwo Literackie 2015.

Obsługiwane przez usługę Blogger.