I wszystko jasne, znamy już finalistów ósmej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki:

Delhi. Stolica ze złota i snu, Rana Dasgupta
Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Cezary Łazarewicz
Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, Ed Vulliamy

i tłumaczenie Joanny Malawskiej książki Legenda żeglujących gór Paolo Rumiza

Trzeba zauważyć, że Jury kolejny raz podkreśliło, że indeksy i bibliografie powinny być w reportażach normą. Ich brak obniża wartość dokumentacyjnej pracy autorów, może odbierać im szanse na ważne nagrody i jest wyrazem braku szacunku dla czytelników. To przykre, ale te uwagi nie zaskakują. Co jakiś czas budzą się dyskusje na temat plagiatów w reportażach, mówi się też o konieczności fact-checkingu. 

A teraz czas na przyjemniejsze obserwacje – w finale są trzy książki, które sama wytypowałam w ostatniej Trójce Ekrudy. W dodatku jest wśród nich Bieżeństwo 1915, a na to najbardziej liczyłam! 
Co ciekawe, Wydawnictwo Czarne znowu ma olbrzymie powody do radości, bo zdecydowanie zdominowało tę listę. Tylko Głód został wydany przez Literackie, reszta książek nosi logo Czarnego.

Zaczynamy trzymać kciuki. Laureata ósmej edycji poznamy 21 maja.    
  

Chcecie więcej?
Oficjalna strona Nagrody  
Zaglądajcie na Ekrudę, niebawem opowiem o pozostałych książkach-finalistkach! 

Wielkimi krokami zbliża się czas, kiedy poznamy najlepszą piątkę ósmej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. To chyba ostatnia chwila, żeby wystawić na próbę intuicję i wytypować własnych finalistów! Zaczynamy?

Najlepsze reportaże: Caparros, Boni i Kopińska.

Głód, Martín Caparrós

reportaż Głód, Martin Caparros
Książka Caparrósa to monumentalny reportaż o głodzie. Argentyński pisarz przemierzył świat tropem ubóstwa i niedożywienia. Niger, Indie, Bangladesz, Stany Zjednoczone, Argentyna, Sudan Południowy, Madagaskar – wszędzie tam badał mechanizmy, które idą w parze z głodem. Pytał o przyczyny nierówności, towarzyszył ludziom, którzy próbują z nią walczyć, próbował zrozumieć, jak myślą najbiedniejsi. Chciał wiedzieć, dlaczego ciągle nie umiemy skutecznie zapobiegać śmierci z niedożywienia. 

Przeprowadził mnóstwo rozmów, przytoczył ogrom liczb, niewygodnych  faktów i pokazał, że historia ludzkości to równocześnie historia głodu.

Ta książka zawstydza. Jest jednym wielkim pytaniem:
Jak, do diabła, możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy*?
Martín Caparrós, Głód, Wydawnictwo Literackie 2016. 

Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska

reportaż Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska
Czytelnicy Justyny Kopińskiej jak jeden mąż powtarzają, że ta książka boli. Nie mogłoby być inaczej skoro, autorka odważnie odkrywa wszystko to, co w naszym kraju straszne, brzydkie lub wstydliwe. To trochę tak jakby Kopińska wstawiała się za krzywdzonymi i zdejmowała z nas jakiś fragment bezsilności, którą czuje się w starciu z silniejszym. Bo może nie jesteśmy jednak do końca bezradni wobec wszelkiej maści oprawców, skoro jest ktoś, kto potrafi obnażyć ich winy?

Polska odwraca oczy to świetnie napisane reportaże o ludziach, którzy wykorzystują przewagę, o chorych zależnościach, bałaganie, łamaniu procedur i nieskutecznym wymiarze sprawiedliwości. Jeśli jest coś, co nie podoba wam się w naszym kraju, możecie być pewni, że Kopińska wyciągnie to na światło dzienne. Bezkompromisowe, wyraziste w formie, rozprawianie się z bylejakością. 

Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, Świat Książki 2016.

Ganbare! Warsztaty umierania, Katarzyna Boni

reportaż Ganbare! Katarzyna Boni
Na koniec zostawiłam perełeczkę, przepięknie napisane Ganbare! Warsztaty umierania. Ta książka to niemal poezja pod płaszczykiem reportażu. Bo to przecież nie lada sztuka pisać o tragicznych wydarzeniach  – trzęsienie ziemi, tsunami i wybuch w elektrowni jądrowej – wymieszać katastrofę, smutek, odrobinę magii i uniknąć banału, nie wpaść w kicz. A Boni potrafiła napisać subtelny reportaż, który porusza do trzewi.

Jest tylko jedna wątpliwość, która towarzyszy tej książce. Autorka przyznała, że ze względu na styl usunęła przypis z oznaczeniem źródła cytatu. To nie powinno się wydarzyć, a jury pokazywało już, że przywiązuje wagę do rzetelności nominowanych reportaży, więc cena za ten błąd może być wysoka. Byłoby szkoda, gdyby tak oryginalna książka straciła szansę na finał! Co o tym myślicie?

Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania, Agora SA 2016.

Gdybym to ja mogła decydować, o Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego walczyłyby tym razem właśnie te książki. Oprócz nich Wojna umarła, niech żyje wojna Eda Vulliamy'ego i oczywiście Bieżeństwo 1915, które ostatecznie nagrodziłabym w finale. A nagrodę dla autora przekładu przyznałabym Marcie Szafrańskiej-Brandt, która przetłumaczyła Głód.

O! Tak to sobie wymyśliłam. A jak wyglądałby Wasz finał? Puśćcie wodze wyobraźni, jury utemperuje ją dopiero piątego kwietnia.


Chcecie więcej?
Inne teksty o Nagrodzie im. Ryszarda Kapuścińskiego
Strona Nagrody  

* To pytanie zresztą całkiem dosłownie co rusz powraca na kartach książki.

Śledzicie nagrody literackie? Moja ulubiona, Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego, wchodzi właśnie w najciekawszy etap – na początku kwietnia poznamy tytuły pięciu reportaży, które będą walczyć o tytuł laureata ósmej edycji. Tymczasem możemy przyjrzeć się nominowanym książkom:

Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Aneta Prymaka-Oniszk
Delhi. Stolica ze złota i snu, Rana Dasgupta
Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna, Monika Sznajderman
Ganbare! Warsztaty umierania, Katarzyna Boni
Głód, Martín Caparrós
Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska
Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia, Witold Szabłowski
Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, Ed Vulliamy
Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje, Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz
Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Cezary Łazarewicz

Każdego roku obserwuję nominacje i współczuję jurorom – jak z dziesięciu bardzo dobrych książek wybrać pięć najlepszych, a potem tę jedną, która zasługuje na szczególne wyróżnienie? Ale nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała swoich sił! Wytypowałam już własną finałową piątkę, a o pierwszej z książek, na które stawiam, muszę natychmiast opowiedzieć! Kto wie, może to ostatnia chwila, żeby napisać: czytałam Prymakę-Oniszk, zanim to było modne.

BIEŻEŃSTWO 1915


Bieżeństwo 1915, Aneta Prymaka-Oniszk, reportażByło lato 1915 roku, pierwsza wojna światowa przetaczała się właśnie przez Europę, teraz front zbliżał się do zachodnich krańców Imperium Rosyjskiego. Armia rosyjska wycofywała się, zabierając lub niszcząc wszystko, co miało wpaść w ręce Niemców. Wywożono całe fabryki, instytucje, przepędzano zwierzęta. A ludzie? Kilka milionów ludzi porzuciło swoje ziemie, nierzadko tracąc dorobek całego życia, żeby schronić się w głębi Rosji. Wielu nigdy tam nie dotarło, wielu nigdy nie wróciło w rodzinne strony. Byli wśród nich Białorusini, Ukraińcy, Polacy, Żydzi, Łotysze – wszyscy ci, którzy żyli wcześniej razem na styku kultur w zachodnich guberniach Cesarstwa Rosyjskiego.
W języku rosyjskim, z którego słowo „bieżeństwo” zostało zaczerpnięte, oznacza ono uchodźstwo. Ale dla wielu osób pochodzących z wschodniej Polski bieżeństwo to rodzaj nazwy własnej. To najważniejsza i najbardziej wstrząsająca historia z całego XX wieku. Nawet bardziej destrukcyjna i tragiczna niż II wojna światowa*.

Aneta Prymaka-Oniszk zna bieżeństwo z domu. W rodzinach uciekinierów opowiadało się o tym. Do czasu, bo z upływem lat świadków tamtych wydarzeń ubywało i pamięć blakła. A przecież nie można dopuścić do tego, żeby zapomniano o czymś, co zmieniło życie milionów ludzi, i ukształtowało całe pokolenia. Nie mogłoby być inaczej – po czterech latach pracy powstała książka, która się bieżeńcom należała – Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy.

Poszukiwania śladów nie były łatwe, bo bieżeństwo to temat zaskakująco słabo zbadany. Autorka dotarła wprawdzie do opracowań, które choć częściowo o nim wspominały, ale najważniejsze były dla niej relacje uczestników tamtych wydarzeń. To dodatkowe utrudnienie – Prymaka-Oniszk próbowała zrekonstruować losy chłopów, w większości niepiśmiennych, którzy rzadko zostawiali po sobie zapiski. Wyobraźcie to sobie – cała bogata, kompletna opowieść została odtworzona ze strzępków wspomnień, artykułów z prasy współczesnej i archiwalnej, pamiętników.

Przywodzi mi to na myśl Cesarza Ameryki Martina Pollacka – nawiasem mówiąc, książka Prymaki-Oniszk w niczym mu nie ustępuje – oba reportaże pokazują historię w dużym zbliżeniu. Potężne zjawisko (odpowiednio ucieczka z Galicji i bieżeństwo wgłąb Rosji) przez pryzmat losów konkretnych ludzi. Dlatego te książki tak mocno przemawiają do wyobraźni, bo liczby robią ogromne wrażenie, ale to z jednostkami można się utożsamiać.

Aneta Prymaka-Oniszk przeanalizowała chyba każdy aspekt wędrówki bieżeńców. Począwszy od powodów, dla których ludzie w ogóle wyruszyli, przez straszliwe problemy z którymi zmagali się w drodze, aż po konsekwencje uchodźstwa. Pokazała różnice między narracją chłopów i szlachty, która również uciekała, ale wcale nie uważała się za bieżeńców. Wreszcie autorka zwróciła nawet uwagę na to, jak z biegiem lat zmieniały się relacje na temat tego uchodźstwa, wygładzały się wspomnienia i piękniała pamięć o Rosji.

To w pełni zasłużone, że książka Anety Prymaki-Oniszk zdobywa kolejne nominacje i wyróżnienia. Bieżeństwo 1915 to ocalone od zapomnienia fakty, opatrzone tłem i kontekstem. Jest tu rzetelna blibliografia, są fotografie. Ale opowieść jest pełna także dlatego, że autorka nie bała się na marginesie ujawnić swoich emocji. To chyba najlepiej pokazuje, że ta historia zostawiła ślad w kolejnych pokoleniach. Zostawi też w czytelnikach.



Chcecie więcej?

* Aneta Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wydawnictwo Czarne 2016, s. 12.
Aneta Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wydawnictwo Czarne 2016.

Zakonnice odchodzą po cichu

Co najbardziej lubicie w reportażach? Ja chyba szczególnie doceniam to, że dzięki nim mogę zbliżyć się do czegoś niedostępnego. Odległego jak nienieckie czumy, niebezpiecznego jak codzienność w Somalii, tajemniczego jak afgańskie bacza pusz albo dawno minionego jak wielka ucieczka z Galicji. A czasami okazuje się, że niedostępne jest tuż obok, tyle że starannie ukryte pod warstwą wstydu, poczucia winy i  rozczarowania. Tak, najbardziej lubię w reportażach to, że uchylają drzwi do tajemnicy.

ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU

zakonnice odchodzą po cichu, marta abramowicz, recenzjaNa taką właśnie tajemnicę trafiła Marta Abramowicz, śledząc losy byłych zakonnic. Zajmowała się już wcześniej różnymi grupami, którym nie zależało na rozgłosie, ale tym razem szczególnie trudno było jej znaleźć kobiety, z którymi mogłaby porozmawiać.
Pierwsze trzy siostry, do których dostałam telefon, stwierdziły, że nie znają żadnych innych. To samo powiedziały czwarta, piąta i szósta. Zakonnice odchodzą pojedynczo i po cichu. Nie mają ze sobą kontaktu*.
Zawiodła poczta pantoflowa, ogłoszenia i poszukiwania w internecie. Nie istnieją opracowania, od których można by wyjść, nie ma stowarzyszeń byłych sióstr, żadnych punktów zaczepienia. Dużo łatwiej skontaktować się z byłymi księżmi. Zakonnice znikają bez śladu, bardzo trudno je znaleźć i przekonać do rozmowy. Po pół roku poszukiwań autorce udało się w końcu dotrzeć do dwudziestu z nich.

Brak kontaktu z byłymi siostrami i opór przed udzielaniem informacji ze strony zgromadzeń zakonnych sprawiły, że do tej pory ten temat nie został gruntownie zbadany. Dlatego właśnie Zakonnice odchodzą po cichu to szczególnie ciekawa książka. 

Autorka oddała głos siedmiu kobietom, które opowiedziały o życiu w zakonie, o porządkach tam panujących, o relacjach między siostrami i o powodach, dla których zdecydowały się odejść. Drugą stroną medalu są ich opowieści o tym, co działo się już za murami klasztoru – z jakimi problemami się zmagały, jak ułożyły sobie życie i czy zmieniła się ich wiara. Marta Abramowicz wybrała siedem historii, ale opowieści innych byłych zakonnic są podobne i rodzą mnóstwo pytań. Na przykład kto ustala zasady i dlaczego niektóre z nich są tak surowe? 

W poszukiwaniu odpowiedzi autorka przyglądała się żeńskim zgromadzeniom w innych krajach, analizowała historię tych polskich, rozmawiała z zakonnikami. Im więcej się dowiadywała, tym więcej kolejnych pytań powstawało. Dlaczego niektóre zakony reformują się i unowocześniają, a inne twardo obstają przy starych regułach? Dlaczego w męskich zakonach jest więcej wolności? Czy sytuacja zakonnic wynika z kultury, czy ktoś im tę pozycję narzuca? I wreszcie pytanie o rolę kobiety i mężczyzny w Kościele.

Najciekawsze były odpowiedzi duchownych, którzy dzielili się swoimi spostrzeżeniami na temat zakonnic. Bardziej interesujące byłyby chyba tylko wyjaśnienia sióstr, które w zakonach pozostały. Punkt widzenia przełożonych, może jakaś polemika. Tego jednak w tej książce nie znajdziecie, choć nie z winy autorki, ona wykonała swoją pracę rzetelnie. Nie szukała sensacji, nie ferowała wyroków, chciała wiedzieć. To zakonnice nie czuły się zobowiązane do rozmowy. 
Przełożona patrzy na moją obrączkę i mówi, że życie zakonne zupełnie różni się od małżeńskiego i ludzie świeccy nie są w stanie tego zrozumieć. Są zbyt ciekawi i wsadzają nos w nie swoje sprawy. A nikogo nie powinno interesować to, co się dzieje za murami klasztoru**.
Niedostępne pozostanie niedostępnym, ale Abramowicz uchyliła drzwi.

  

* Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki Zakonnice odchodzą po cichu, więc trudno wskazać numer strony, ale ten fragment znajdziecie w rozdziale WSTĘP: KORESPONDENCJA. 
** Cytat z rozdziału Beniamina, czwarte pokolenie.


Tym razem to właściwie powinna być Dziesiątka, a nie Trójka Ekrudy, bo bardzo trudno było wybrać trzy najlepsze z najlepszych reportaży minionego roku. W lutym jury Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego nominowało dziesięć książek, spośród których pięć już niebawem przejdzie do finału. A ja wybrałam trzy, które w finale chciałabym widzieć. Zaczynamy?
trójka ekrudy, naroda im. kapuścińskiego, najlepsze reportaże

Jeden z nas. Opowieść o Norwegii

Åsne Seierstad

jeden z nas, asne seierstad, recenzja
Jednym z najciekawszych reportaży ubiegłego roku jest książka o tym, co wydarzyło się kilka lat temu na norweskiej wyspie Utøya. Celowo nie piszę, że to książka o Breiviku, bo w rzeczywistości autorka przyglądała się nie tylko zabójcy. Już podtytuł zwraca naszą uwagę na miejsce, w którym doszło do tych strasznych wydarzeń. 

Seierstad próbowała odpowiedzieć na pytania, które zadawali sobie chyba wszyscy – jak to możliwe, że właśnie w otwartej, tolerancyjnej i wysoko rozwiniętej Norwegii mogło dojść do tak okrutnej zbrodni. Jak otoczenie wpływało na człowieka, który jej dokonał, jak on się zmieniał i czy można było przewidzieć, co się stanie. 

To bardzo solidny reportaż, bo autorka prześledziła losy rodziny Breivika, nakreśliła jego portret psychologiczny, ale przy okazji objaśniła Norwegię czytelnikom z zewnątrz. Może nie była tak drobiazgowa jak jej szwedzki kolega po fachu piszący o Mężczyźnie z laserem, ale trzeba przyznać, że gruntownie zbadała temat. Co najważniejsze, Jeden z nas jest też formą upamiętnienia ofiar, bo to oni, a nie ich morderca, zasługują na pamięć.

To książka, którą warto przeczytać szczególnie teraz, kiedy otwartość Europy wystawiana jest na próbę, a głosy sprzeciwu wobec imigrantów stają się coraz bardziej agresywne.

A na koniec zwróćcie uwagę na tłumaczenie, którego autorką jest Iwona Zimnicka. Do tej pory zachwycały mnie jej przekłady powieści, to pierwszy raz, kiedy sprawdziłam, jak poradziła sobie z literaturą faktu.

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Katarzyna Surmiak-Domańska

ku klux klan, tu mieszka miłość, katarzyna surmiak-domańska, recenzja
Gdybym to ja mogła decydować, w finale znalazłaby się też książka o Ku Klux Klanach. Katarzyna Surmiak-Domańska prześledziła ich historię – od tego pierwszego, który miał być tylko zabawą, przez kolejne odżywające po różnych wojnach, aż po te współczesne, które wbrew pozorom mają się dobrze.

Po obszernej bibliografii widać, jak dużo pracy autorka włożyła w to, żeby zrekonstruować wydarzenia sprzed lat. Przyjrzała się historii relacji między białymi i czarnymi mieszkańcami Stanów Zjednoczonych. Szukając początków rasizmu sięgnęła aż do czasów niewolnictwa i Rekonstrukcji, wskazała przykłady późniejszych nierówności społecznych. Prawo, kultura, stereotypy – Surmiak-Domańska pokazała, jak głęboko zakorzeniony jest konflikt. A na koniec dotarła do najbardziej aktualnych wydarzeń, kiedy czarnoskórzy nastolatkowie ginęli z rąk białych policjantów.

Autorka naprawdę pojechała do Harrison na Doroczny Krajowy Zjazd Rycerzy Ku Klux Klanu. Poznała ludzi, którzy szykują się na wojnę ras, wysłuchała ich i próbowała zrozumieć.

Chcecie wiedzieć więcej? Tutaj znajdziecie recenzję książki Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość.

Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Jenny Nordberg

chłopczyce z kabulu, jenny nordberg, recenzja
Tej książce wróżę nie tylko finał. Najlepiej byłoby, gdyby Chłopczyce z Kabulu w ogóle zdobyły Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Jenny Nordberg wpadła na trop zjawiska, o którym nie mówiło się dotąd głośno nawet w Afganistanie, nie wspominając już o reszcie świata. Przeprowadziła całe dziennikarskie śledztwo, dzięki któremu odkryła bacza pusz, czyli dziewczęta, które przez pierwsze lata życia udają chłopców. Dowiedziała się, dlaczego tak się dzieje, jak to się odbywa i jakie są tego konsekwencje. Tak właśnie powstała pierwsza w świecie książka na ten temat!

Chłopczyce to jednak tylko część tej historii. Książka Jenny Nordberg opowiada mimochodem o życiu Afgańskich kobiet. O tym, że zawsze są czyjąś własnością, że znaczą dużo mniej niż mężczyźni, i że właściwie nie mają żadnych praw. Chłopczyce z Kabulu to także dobry dowód na to, jak długą drogę przeszły zachodnie społeczeństwa, żebyśmy mogły żyć, jak chcemy. 
Tak, to jak dotąd najważniejsza książka, jaką przeczytałam w tym roku.
  
Chcecie wiedzieć więcej? Przeczytajcie recenzję Chłopczyc z Kabulu.
A może chcecie rzucić okiem na stronę o bacza pusz?  

To już cała Trójka, ale w finale są jeszcze dwa miejsca. Oddałabym je Małgorzacie Szejnert z książką Usypać góry. Historie z Polesia i Magdalenie Grzebałkowskiej z 1945. Wojna i pokój. To byłby wspaniały kobiecy finał, ale pozostałe książki są tak interesujące, że właściwie wszystko może się zdarzyć. Jak będzie, dowiemy się już 7 kwietnia.

A może macie własne typy? Za kogo trzymacie kciuki?

Przyglądacie się kolejnym odsłonom Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego? Właśnie rozpędza się siódma edycja, do której zgłoszono 96 książek. Jeśli wczytacie się w listę tytułów, znajdziecie mnóstwo tekstów godnych uwagi, a wśród nich doskonały reportaż Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie. 

Książka Jenny Nordberg to efekt najprawdziwszego dziennikarskiego śledztwa wymagającego dużej dozy dociekliwości i uporu. Zaczynając, autorka miała tylko niewyraźny trop zjawiska, które przez wieki pozostawało ukryte. Po pięciu latach pracy (2009–2014) oddała w nasze ręce pierwszą na świecie książkę o bacza pusz – czyli o afgańskich dziewczynkach, które dorastały, udając chłopców.

reportaż jenny nordberg chłopczyce z kabuluDlaczego? Na pozór powodów jest dużo – chłopcy mogą grać w piłkę, puszczać latawce, biegać. Mają wygodniejsze ubrania, swobodnie poruszają się poza domem, a jeśli jest taka konieczność, mogą pomagać ojcom w pracy. Co jeszcze? Wielu wierzy, że przebranie córki za syna jest magicznym sposobem na to, żeby w rodzinie w końcu urodził się chłopiec. Widzicie to już? Wszystkie te powody można sprowadzić do jednego – w Afganistanie kobiety uważane są za gorsze.

Mogłabym być papugą
Mogłabym  być owcą
Mogłabym  być jeleniem
Żyjącym na drzewie wróblem

Byle nie afgańską kobietą*

Kobiecie od najmłodszych lat wolno mniej. Najpierw jest własnością ojca, potem męża. Nawet nieznajomi chłopcy mogą zwrócić jej uwagę, jeśli w ich mniemaniu jest niedostatecznie skromna. Jedyną wartość kobiety stanowi jej reputacja, a tę stracić bardzo łatwo. Dlatego też dziewczynki chętnie przystają na propozycje, by przez jakiś czas żyły jak chłopcy. 

Nikt nie mówi o tym głośno, nie interesują się tym żadne organizacje zajmujące się prawami człowieka, oficjalnie takie zjawisko nie istnieje. Dlatego na początku trudno było dotrzeć do przebranych dziewcząt, ale z czasem autorka nauczyła się rozpoznawać śmiałe spojrzenia byłych chłopczyc. Spotkała kilka z nich, wysłuchała opowieści o innych, rozmawiała z ich bliskimi. 

W kolejnych rozdziałach odzwierciedlających okresy życia mężczyzny reporterka uchwyciła analogiczne etapy u bacza pusz. Od cieszącego się wolnością dziecka, przez zagubioną nastolatkę tracącą przywileje w trudnym i tak czasie dojrzewania, aż po dorosłą kobietę, która może nigdy nie odnaleźć się w roli narzuconej przez społeczeństwo. Dziennikarka nie pominęła żadnego aspektu tej sytuacji, łącznie z kwestią tożsamości płciowej. Ale to wszystko nie są rozważania teoretyczne. Autorka wydobyła je z prawdziwych historii, opatrzyła opisami wyjątkowych kobiet, i to właśnie jest najbardziej poruszające.

Chłopczyce z Kabulu są siłą rzeczy opowieścią o patriarchacie. Nordberg poświęciła dużo uwagi sytuacji afgańskich kobiet, wspominając oczywiście o roli tamtejszej kultury i Islamu. Jeśli spodziewacie się, że patrzy na to wszystko z wyższością człowieka Zachodu, mylicie się. To raczej jest ciekawość i zdziwienie, czyli najlepsza siła napędowa dobrego reportażu. 

Jeśli prawdą jest, że na wielki temat reporter trafia raz w życiu, to Jenny Nordberg swój już znalazła. Włożyła w niego mnóstwo pracy, zwróciła uwagę na podobne zjawiska w innych rejonach świata, a zrobiła to wszystko z zaangażowaniem i szacunkiem. Dołóżcie do tego świetny przekład Justyna Huni i wiecie już, jaka książka skradnie serca jurorów Nagrody Kapuścińskiego.

I niech mnie kule biją, jeśli to nie jest jeden z najlepszych reportaży minionego roku.


PS Warto zajrzeć na stronę Jenny Nordberg o bacza pusz po jeszcze więcej informacji na ten temat – bachaposh.com

edit: Chłopczyce z Kabulu nominowane do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego!

* Wiersz otwierający Chłopczyce z Kabulu.

Tytuł oryginału: The Underground Girls of Kabul: In Search of Hidden Resistance in Afganistan;
Przełożył Justyn Hunia;

Jenny Nordberg, Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie, Wydawnictwo Czarne 2015.

Tweety, newsy, esemesy. Dystanse się zmniejszają i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w każdej chwili docierały do nas wieści z całego świata. Ma być szybko i krótko. Sęk w tym, że szczegółowa analiza nie chce się zmieścić w stu czterdziestu znakach, a pośpiech rzadko kiedy idzie w parze z rzetelnością. Czy w takiej rzeczywistości jest jeszcze miejsce dla reportażu?

Takie pytanie, wśród wielu innych, pada w Perspektywie mrówki. Agnieszka Wójcińska zebrała w niej dwanaście wywiadów z reporterami świata. Rozmówców wybrała starannie – jest wśród nich na przykład przewodniczący jury Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, Maciej Zaremba Bielawski, kubańska blogerka, Yoani Sánchez, a nawet tegoroczna noblistka, Swietłana Aleksijewicz.

Wszyscy są znani polskim czytelnikom, ale reprezentują różne style, odległe tematy i odmienne opinie o roli reporterów. Opowiadają o tajnikach swojej pracy, o jej efektach i cenie, którą płacą za życie w centrum wydarzeń. 

Entomolodzy i mrówki

Jedni pisują dla gazet, inni są autorami książek. Dokumentują teraźniejszość, odtwarzają przeszłość. Nie wszyscy rozmówcy Agnieszki Wójcińskiej są zawodowymi dziennikarzami. Yoani Sánchez na przykład zaczęła opisywać kubańską rzeczywistość, żeby odreagować narastającą frustrację. Dla niej liczy się konkret, ważny jest głos jednostki, w tym jej własny:
W klasycznym rozumieniu dziennikarz jest entomologiem, obserwuje mrowisko z góry i stara się opisać zwyczaje mrówek. Nasze zaangażowane dziennikarstwo to perspektywa mrówki. Piszemy w pierwszej osobie, opisujemy to, co widzimy wokół, i wyrażamy to, co czujemy*.

Patrzeć w otchłań

Reporterzy działają w różnych warunkach, ale oczywiście ze wszystkich wywiadów z tego zbioru wynika, że to w żadnym wypadku nie jest łatwy zawód. Kiedy pisze się o historii, czasem trzeba rozliczyć przeszłość własnej rodziny, jak w przypadku Martina Pollacka, którego ojciec był nazistą. A kiedy pisze się o wydarzeniach współczesnych, dochodzi jeszcze odpowiedzialność za rozmówcę i troska o jego bezpieczeństwo. Czasem porusza się tematy bolesne, przywołuje traumatyczne wspomnienia i drąży, żeby dotrzeć do prawdziwej wersji wydarzeń. 

Czym może kończyć się taka praca? Emocjonalnym wyczerpaniem, pokiereszowanym życiem rodzinnym, zespołem stresu pourazowego jak u Jagielskich. Swietłana Aleksijewicz ujmuje to bardzo obrazowo: 
Jeśli patrzysz w otchłań, ona także zagląda w twoją duszę. Takie ryzyko zawodowe.

 

Głód reportażu

Ryzyko jest duże, czy ciągle warto je ponosić? Rozmówcy Agnieszki Wójcińskiej mają różne opinie na temat efektów swojej pracy. Unikają wielkich słów i rzadko kiedy wierzą w duży wpływ reportaży na rzeczywistość, a jednak wcale nie zamierzają się wycofać. Niektórzy już chętnie korzystają z nowych możliwości – spójrzcie na Yoani Sánchez, Twitter to dla niej po prostu narzędzie. Innych może pocieszy zdanie Macieja Zaremby Bielawskiego:
[W] panującej sieczce informacyjnej i zalewie źle napisanych zdań, na przykład na Twitterze, coraz trudniej dotrzeć do tekstu, gdzie ktoś się wysilił, żeby w sposób interesujący opowiedzieć o czymś ciekawym. Panuje głód opowiadania, głód reportażu.
Widzicie? To stąd ten Nobel dla Aleksijewicz. Wszystko dzięki Twitterowi.

Agnieszka Wójcińska postawiła pytania, które sami byśmy zadali, gdybyśmy mogli spotkać ulubionych reporterów. Ale Perspektywa mrówki nie tylko przynosi kilka ciekawych odpowiedzi, budzi też apetyt na kolejne lektury. To czytanie nigdy się nie kończy.


* Wszystkie cytaty pochodzą z elektronicznej wersji Perspektywy mrówki.

Agnieszka Wójcińska,  Perspektywa mrówki. Rozmowy z reporterami świata, Wydawnictwo Czarne 2015.

Czytasz reportaż za reportażem, poznajesz te wszystkie prawdziwe historie i może nawet jesteś o krok od uznania wyższości non-fiction nad fiction. Ale zaraz, zaraz! Musiałeś przecież zmierzyć się z pytaniem o to, ile w literaturze faktu jest... fikcji.

To nie jest pytanie nowe, a ja pisałam już o tym, relacjonując spotkanie z Mariuszem Szczygłem i Katarzyną Surmiak-Domańską z Festiwalu Conrada. Wtedy było łatwo, bo za przykłady posłużyły książki o wydarzeniach współczesnych, autorzy mogli próbować dotrzeć do świadków i potrzebnych materiałów. Można było tę reportażową fikcję sprowadzić do warsztatu – narzędzi, którymi pisarz posługuje się niezależnie od formy, którą uprawia. 
A jak to wygląda w przypadku reportaży o bardziej odległej historii? Czy fiction nie zaczyna wypełniać tych wszystkich luk, kiedy nie można przeprowadzić wywiadu i nie ma już czego obserwować? 

Takie właśnie pytanie przyszło mi do głowy, kiedy czytałam książkę Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji. Krótko mówiąc, to opowieść o ludziach, którzy pod koniec dziewiętnastego i na początku dwudziestego wieku opuścili ubogą Galicję, by szukać szczęścia przede wszystkim w USA, ale też w Kanadzie, Brazylii i Rosji. Dawne czasy, nieszczególnie sumienni galicyjscy urzędnicy i niepiśmienni chłopi – wyobraźcie sobie, jak trudno było dotrzeć do świadectw tamtych wydarzeń.

martin pollack, recenzja cesarza amerykiMartin Pollack poskładał tę opowieść ze śladów znalezionych w archiwach, w starych wiadomościach prasowych i szczątkach dokumentów. Czasami na informacje trafiał przypadkiem, często dysponował jedynie przebłyskami historii, bo ślad po Polakach, Żydach, Słowakach, Rusinach wyjeżdżających za pracą urywał się nagle i rzadko kiedy pojawiał się znowu. 
Mimo to autor rzetelnie opisał tę wielką emigrację, wskazał jej przyczyny, określił kierunki i zbadał przebieg. Wielokulturową Galicję sportretował od tej gorszej, nędznej i szarej strony, analizując wszystko, co z "ucieczką" było związane – co się do niej przyczyniło (np. antysemityzm) i co szło z nią w parze (np. "fabrykowanie aniołów"). Dużo miejsca poświęcił działalności agentów emigracyjnych, którzy chwytali się najbardziej szalonych pomysłów, byle wydrzeć chłopom liche oszczędności. A pretekstem dla tych wszystkich wątków było odtworzenie obławy na agentów z Oświęcimia i procesu przeciwko nim.

To mógł być nudny wyciąg z archiwum, gdyby nie warsztat (a więc fikcja) reportera, który z urywków informacji stworzył kolaż losów galicyjskiej biedoty. W wywiadzie, który znajdziecie w książce Agnieszki Wójcińskiej Perspektywa mrówki*, Martin Pollack zauważa, że Cesarz Ameryki nie mógł mieć jednego bohatera, bo życiorysu żadnego emigranta nie da się prześledzić od początku do końca. Trzeba jednak przyznać, że z tego technicznego ograniczenia wynika największa zaleta tej książki – mnogość bohaterów, przeskakiwanie między nimi, odzwierciedla masową skalę opisywanych wydarzeń. Kiedy pisarz połączył je z anonimowymi zdjęciami pochodzącymi z tamtych czasów, zdekompletowana rozsypanka ułożyła się w spójną całość. Majstersztyk!

Widzicie to? Rola warsztatu autora jest nie do przecenienia. A co z fikcją w tym drugim znaczeniu – co ze zmyślonymi elementami?

Na jednym z obrazków widać port w jakimś dużym mieście, dokąd zawijają statki z Europy. W tle rysują się wielkie domy, a na pierwszym planie wyrasta z wody wysoka na kilka pięter, olbrzymia postać kobiety, na głowie ma koronę z promieni, a w wyciągniętej ku niebu ręce – pochodnię. To święta Maria, matka Boża i królowa Polski, opowiadają łatwowiernym chłopom agenci, wita w ten sposób swych ukochanych Polaków (i oczywiście Rusinów), z otwartymi ramionami i z zapraszającym uśmiechem**.

Nie, ten absurdalny pomysł nie został zmyślony przez Pollacka. Trudno w to uwierzyć, ale pochodzi z najprawdziwszych zeznań ze wspomnianego procesu. Gdzie w takim razie jest fikcja? W scenach, którym drobne podkręcenie nie zaszkodzi. W Perspektywie mrówki pisarz przywołuje jedną z nich: dziewczynka macha na pożegnanie wyjeżdżającemu młodzieńcowi. To jedynie wyciągnęło bohaterów z suchych statystyk, nie odebrało wiarygodności faktom. 

Poza wszystkim zaletami, które pewnie sami odkryjecie, Cesarz Ameryki ma i tę: zgrabnie udowadnia, że fikcja reportażowi nie szkodzi. Przeciwnie, ostrożnie dawkowana (!), może go wzmocnić.


* Agnieszka Wójcińska, Perspektywa mrówki. Rozmowy z reporterami świata, Wydawnictwo Czarne 2015.
** Martin Pollack, Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji, s.168.

Tytuł oryginału: Kaiser von Amerika. Die große Flucht aus Galizien;
Przełożyła Karolina Niedenthal;

Martin Pollack, Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji, Wydawnictwo Czarne 2011.

Dryland – Konrad Piskała

Po tym, co stało się 13 listopada w Paryżu z jeszcze większą niż dotychczas obawą patrzymy na Państwo Islamskie. Przerażenie, chaos i bezradność poczuliśmy wszyscy, niezależnie od kilometrów, które dzielą nas od stolicy Francji. Pytamy, czy to działalność olbrzymiej grupy fanatyków, czy już regularna wojna Zachodu ze Wschodem.

Jest jednak takie miejsce, gdzie starcie trwa od dawna, tyle tylko że jego przykrywką od ponad dwudziestu lat jest wojna domowa. Tam też postrach sieją radykalni islamiści i nie ma większego znaczenia, że inaczej się nazywają. Motywacje, metody i cel mają te same. I strach budzą ten sam.

Państwo, o którym mowa to Somalia, jedno z najgorszych miejsc do życia. Susze, bieda, głód, terroryści, nieustanne bratobójcze walki. A w tym wszystkim ludzie bez państwa, bezgranicznie oddani walczącym ze sobą klanom. Konrad Piskała nazywa ich outsiderami Afryki* i robi wszystko, żeby ich poznać. Tak właśnie powstał reportaż Dryland.

Dryland, Konrad Piskała, reportaż, recenzja

Pierwsza część książki Piskały to opowieść o Abdulkadirze Gabeire Farah, który należał do pierwszego pokolenia somalijskich emigrantów. Przed laty marzył o tym, żeby zajmować się polityką. Ostatecznie, po wielu przejściach, trafił do Polski i w końcu został współzałożycielem Fundacji dla Somalii, wspierającej region, do którego niezwykle trudno dotrzeć z pomocą humanitarną.

To cenna historia, bo w życiu Abdulkadira odbijają się losy całego kraju. Wszystkie te wojny, kolejne przewroty i walki o władzę nie pozostają przecież bez wpływu na życie mieszkańców. Trzeba nie lada szczęścia, żeby się stamtąd wydostać i wiele wysiłku, żeby znaleźć swoje miejsce w zupełnie obcym świecie. Abdulkadir je znalazł, właśnie Polskę miał na myśli, kiedy mówił „u nas”, ale do Somalii ciągle miał po co wracać.

W drugiej części książki to właśnie on był jednym z przewodników Konrada Piskały po Somalii. Swoje otwarte, ale przecież europejskie spojrzenie autor wzbogacił podwójną już perspektywą Abdulkadira – ciągle mężczyzny z klanu Habargidir, ale jednak trochę z zewnątrz.

Dryland, Konrad Piskała, reportaż, recenzja
Tym sposobem autor zabrał nas do kraju, którego media nie darzą ostatnio szczególną uwagą. Pokazał prawdziwą Somalię z całą jej przerażającą codziennością. Piekło? A jak inaczej nazwać miejsce, w którym żyje się w nieustannym zagrożeniu? Piskała spróbował doświadczyć wszystkiego, dotrzeć wszędzie i zrozumieć tych ludzi. Oddał głos Somalijczykom, a to, co mu przekazywali, mroziło krew w żyłach.

I tak Dryland stał się opowieścią, o kraju w którym bycie dziennikarzem to czasami po prostu wyrok śmierci. O miejscu, gdzie religia rządzi każda sferą życia, a fanatycy w jej imię zabijają od lat. Tam posłuszeństwo wobec klanu bywa silniejsze niż rozsądek, a zemsta jest nieunikniona. Traumy, choroby psychiczne i narkotyki, taka jest somalijska rzeczywistość.

To wszystko jest w tej książce, ten strach da się wyczytać niemal w każdym rozdziale. Piskała nie musiał wyrażać ocen wprost, wystarczy, że pokazał obrazy, które i jego uderzyły – jak ta scena w domu dziecka:

Przyprowadzają ich jak psy w schronisku, abym ich sobie obejrzał. Maja ogromne przestraszone oczy. Salah stoi przede mną i widzę, że umiera ze strachu. Nie wiem, czy ich tu biją, ale jestem przekonany, że tak, bo w Somalii karą jest zawsze chłosta**.

Do tego fotografie, mnóstwo zdjęć dokumentujących tę podróż, to robi wrażenie.  I jeszcze cytaty! Autor raz po raz odwoływał się do fragmentów innych tekstów – Kapuścińskiego, Terzaniego, Jagielskiego. To uderzające – one dotyczą różnych czasów, różnych miejsc, a tak silnie się splatają. Piskała mimochodem pokazał, że całe to zło jest jedno. Może ludzie rzeczywiście sami sobie zgotowali ten los, ale boją się tak samo. I w Mogadiszu, i w Paryżu.

Abdulkadir Gabeire Farah zginął w zamachu w Mogadiszu 21 września 2015 roku.


PS Konrad Piskała został nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za Dryland. Mam już za kogo trzymać kciuki.
Edit: Konrad Piskała otrzymał Nagrodę im. Beaty Pawlak za Dryland! Teraz już musicie to przeczytać :)


*Konrad Piskała, Dryland, s.19;
** s.278;

Dziękuję za książkę Autorowi.
 

Obsługiwane przez usługę Blogger.