Połów. Ove Løgmansbø


Na pewno znacie obietnice z okładek: nowy Nesbø, następca Larssona, zupełnie jak Mankell. Znacie też rozczarowanie, kiedy okazuje się, że tak zapowiadana książka nie ma nic wspólnego z tuzami skandynawskich kryminałów. Tak, to zwykle tani chwyt, ale przecież jest coś, co łączy te opowieści z Fjällbacki i okolic. Wszystkie są zbudowane z podobnych elementów i tylko od kunsztu autorów zależy, czy czytelnik odróżni na koniec głównych bohaterów od Eriki Falck albo Kurta Wallandera.

Ove Logmansbo, Połów, recenzja kryminałuI w końcu trafiacie na Połów Ovego Løgmansbø, a jego główna bohaterka, Katrine Ellegaard, co rusz sobie z tych schematów dworuje. Tropi Harry'ego Hole'a we własnych wadach i kpi z nich, trochę to podobieństwo naciągając. Bo musicie wiedzieć, że Katrine zdecydowanie spudłowała. Pierwowzorów szukałabym gdzie indziej. Pozwólcie, że poprowadzę:

Raz w roku mieszkańcy Wysp Owczych biorą udział w polowaniu na grindwale. To zwykle jest niespokojny czas, bo nie wszystkim podoba się ta krwawa tradycja. Tym razem jednak sytuacja komplikuje się z innego powodu – w trzewiach jednego z ssaków rybacy odkrywają ludzką czaszkę. Na wyspę przybywa kopenhaska policjantka, która staje przed nie lada wyzwaniem – poprowadzić śledztwo wśród niechętnych Duńczykom Farerów.

Znacie to? Smagana wiatrem wyspa, nieufna społeczność, detektyw z zewnątrz i tajemnica sprzed lat? I przede wszystkim ta stara kultura z odrębnym językiem, z niezrozumiałymi dla obcych zwyczajami. Wiecie już? Pachnie mi tu wiatrem znad Hebrydów Zewnętrznych!

Najmocniejszym ogniwem, które łączy Połów z książkami Petera Maya jest właśnie zakotwiczenie akcji w oryginalnej kulturze – odpowiednio farerskiej i gaelickiej. Kto czytał trylogię Wyspa Lewis, ten na pewno skojarzył grindadráp* z polowaniem na gugi w Czarnym domu. A takich punktów stycznych jest więcej, bo Løgmansbø wspomina o wierzeniach, zwyczajach, języku i literaturze mieszkańców Wysp Owczych. Wydaje się, że u Maya jest to wyraźniejsze, ale dla Połowu elementy farerskiego dziedzictwa też są czymś więcej niż samym tłem.

Rzecz jasna nie znaczy to, że Ove Løgmansbø skopiował cudzy pomysł. Co to, to nie! To jednak są różne historie, które mają to samo źródło – fascynację kulturą. A z takiego właśnie zachwytu wyrastają najbardziej przekonujące opowieści. Pamiętajcie przy tym, że May poznawał Hebrydy jako gość, a autor Połowu wychowywał się na Wyspach Owczych*. Punkt dla Løgmansbø.

Drugi punkt za doskonałe zakończenie, które było jak pstryczek w nos dla głównych bohaterów. Przeprowadzili nas przez całe śledztwo, odtworzyli dzieje tajemniczej czaszki, dotarli do rozwiązania, a ostatecznie i tak wiedzą mniej niż czytelnicy.

To same plusy, a co z wadami? Tylko jedna – o ile rozwiązania najważniejszej zagadki nie dało się odkryć przed czasem, bardzo łatwo można było przejrzeć pomysł autora na losy głównych bohaterów. To zresztą też nie jest tak zupełnie przegrana sprawa, bo ten przewidywalny wątek wprowadził do książki ciekawe zagadnienie. W tle skandynawskich kryminałów często znajdują się sprawy nurtujące społeczeństwo, ale Løgmansbø sięgnął po problem, na który jeszcze w tych książkach nie trafiłam. Pytanie tylko czy dobrze go wykorzystał, ale to już będziecie musieli sprawdzić sami.

Nesbø, Mankell, May... Małe miasteczka, wyspy, zmowa milczenia, nierozliczone zbrodnie, grzeszki, sekrety, ciemne sprawki – wszystko już było. Czy można tu jeszcze znaleźć coś zaskakującego? Zapytajcie Løgmansbø, zdaje się, że jest na tropie.



* (edit 05.03.2017) Punkt trzeba anulować, bo wiemy już, że Ove Løgmansbø to pseudonim Remigiusza Mroza ;) 
A tutaj warto sprawdzić, co mieszkańcy Wysp Owczych myślą o Logmansbo i jakie błędy dostrzegają, na smakksiazki.pl wywiad na ten sam temat.

PS Połów to drugi tom cyklu, ale nawet bez znajomości Enklawy można go przeczytać. Wątki, które wynikają z poprzedniego tomu są zrozumiałe i całkiem przyjemnie odkrywa się minione wydarzenia na podstawie rozmów bohaterów. Bonusowa zagadka. 

* polowanie na grindwale

Ove Løgmansbø, Połów, Wydawnictwo Dolnośląskie 2016.

Pytaliście ostatnio jakieś dziecko, co chciałoby robić w przyszłości? Niektóre odpowiadają tak: podróżować, przeżywać przygody, pracować ze zwierzętami, podążać śladem największych odkrywców. Drogie dzieci, robicie to źle. Wystarczy powiedzieć: kiedy dorosnę, zostanę Mikołajem Golachowskim. To zdanie jest krótsze, a oznacza to samo.

Mikołaj Golachowski jest podróżnikiem, biologiem, doktorem nauk przyrodniczych. A kiedy sięgniecie po jego książkę, na pewno zauważycie, że za tymi wszystkimi określeniami stoją dwie wielkie fascynacje autora – zwierzęta i chłód. Tak, tak, to jeden z tych szczęściarzy, którzy pracując, realizują swoje pasje. A potem piszą takie książki, że chciałoby się rzucić dotychczasowe życie, wsiąść na statek i zobaczyć to wszystko na własne oczy.

Czochrałem antyrktycznego słonia, Mikołaj Golachowski

Książka, o której dziś mowa, Czochrałem antarktycznego słonia, zaczyna się niepozornie – swojską opowieścią o ukochanym psie. Tutaj przywodzi jeszcze na myśl Kunę za kaloryferem Adama Wajraka. Dalej nabiera rozmachu, kolejne rozdziały są coraz ciekawsze, by w końcu przerodzić się w ekscytujący zapis podróży na oba bieguny i w ich okolice. Inaczej rzecz ujmując, treść wygląda tak: na początku człowiek zwyczajnie lubi zimę, i ratuje wróbla z opresji, a jakiś czas później...  czochra antarktyczne słonie.

Golachowski pisze więc o swojej pracy, opowiada o niedźwiedziach polarnych, o fokach, uchatkach, morsach. Czasami wspomina o zwierzętach, które w naszej szerokości geograficznej znają jedynie najbardziej oddani widzowie BBC Nature. Te opisy wypełnione są wielką sympatią dla zwierzołków, entuzjazmem, którego nie dałoby się udawać.

Czochrałem antarktycznego słonia, Mikołaj Golachowski, recenzjaCzochrałem antarktycznego słonia to też opowieść o surowych krainach – o Arktyce i Antarktyce. O niebezpieczeństwach, które czyhają we mgle, o chłodzie i cielących się lodowcach. A także o zmianach, które tam zachodzą z powodu działalności człowieka.

I w końcu jest to książka o ludziach. O odkrywcach, którzy mierzyli się z potężną naturą, o Inuitach balansujących między nowoczesnością i tradycją. O ciekawych świata turystach, którzy wsiadają na lodołamacz, żeby na przykład wykąpać się na biegunie. I o ludziach, którzy odwiedzają te nieprzystępne rejony zawodowo – o załogach statków, pracownikach stacji antarktycznej, przewodnikach wycieczek.

Mnóstwo ciekawostek z najróżniejszych dziedzin, dygresje, odrobina historii, a wszystko to połączone osobą Golachowskiego. Dlatego też ta książka jest dosyć osobista. Po pierwsze autor dzieli się przecież własnymi wspomnieniami, ale istotne jest również to, że bez owijania w bawełnę przedstawia swoje opinie, choćby tę na temat polowań.

Czochrałem antarktycznego słonia to opowieść charyzmatycznego człowieka, który kocha to, co robi i wie o tym wszystko. Czasami powtarza jakieś anegdoty, bo daje się ponieść radości opowiadania o pasji. A czytelnik jest bezbronny – czyta, ogląda piękne fotografie i wpada jak śliwka w kompot.

Kiedy dorosnę, zostanę Mikołajem Golachowskim.

Mikołaj Golachowski, Czochrałem antarktycznego słonia i inne opowieści o zwierzołkach, Wydawnictwo Marginesy 2016.

Góra Tajget

II wojna światowa – wydawać by się mogło, że już wszystko o niej napisano, a literatura była jednym z terenów, na którym padły najważniejsze pytania. Jednak po latach ciągle okazuje się, że ten temat jest niewyczerpany. Są zagadnienia, o których dotąd mówiło się zbyt cicho, żeby były powszechnie znane. Są też takie, którym pozwoliliśmy blaknąć, nie poświęcając im należytej uwagi. O tych pierwszych opowiada książka Mam na imię Marytė, którą niedawno polecałam. Z kolei Góra Tajget jest głosem w sprawie tych drugich.

góra tajget, anna dziewit-meller, recenzjaNajnowsza powieść Anny Dziewit-Meller opowiada więc o okrucieństwach drugiej wojny światowej, szczególnie o nazistowskiej akcji T4. U jej podstaw leżał pomysł stworzenia idealnego społeczeństwa, z którego zostaną usunięte osoby odbiegające od aryjskiego ideału. „Eliminacja życia niewartego życia” – tak to określano, a w efekcie wymordowano prawdopodobnie setki tysięcy osób chorych i niepełnosprawnych. W Górze Tajget jest mowa o jednym z ośrodków, w których ten plan był realizowany – w śląskim Lublińcu pod pretekstem leczenia zamordowano ponad 200 dzieci.

Powieść Anny Dziewit-Meller dołącza więc do innych książek poruszających temat eugeniki (jak choćby Higieniści Macieja Zaremby Bielawskiego albo Wybrańcy Steve'a Sem-Sandberga), ale zaznaczyć trzeba, że choć Góra Tajget opiera się na prawdziwych wydarzeniach, nie jest reportażem. W związku z tym autorka mogła wybrać mniej oczywisty sposób na przedstawienie tej historii. Oddała głos kilku postaciom – ofiarom, oprawcom i urodzonym już po wojnie ludziom, którzy nie mogą pozwolić, by pamięć o tamtych zdarzeniach umarła. Co ciekawe mało tutaj jest powiedziane wprost, nie ma rozbudowanych statystyk i dokładnej analizy sytuacji, a jednak treść nie jest przez to mniej uderzająca. Na pierwszy rzut oka narracja jedynie krąży wokół sedna, ale cała brutalność akcji T4 (i wojny w ogóle) wyłania się z doświadczeń i emocji bohaterów.

I tak Góra Tajget z książki o okrucieństwie nazistów staje się opowieścią o strachu i odwadze, o nieukaranych zbrodniach i o pamięci, która jest jedynym zabezpieczeniem przed kolejnymi takimi nieludzkimi wydarzeniami w przyszłości.

Ma prawie wszystko, żeby można było wymieniać ją jednym tchem z najciekawszymi polskimi powieściami ostatnich lat – ważny temat, niebanalny pomysł na formę i doskonały tytuł*. Sęk w tym, że Góra Tajget ma też istotną wadę – jest nierówna. W poszczególnych rozdziałach zmieniają się style narracji, a autorka nie ze wszystkimi radzi sobie sprawnie. Szczególnie tam, gdzie pojawia się potoczna polszczyzna, znika płynność i język staje się sztuczny. Między innymi z tego powodu niektóre rozdziały są mniej wiarygodne. Może to kwestia niedostatków warsztatu, a może niedostatków redakcji, która przepuściła na przykład „gromkie spojrzenie” w rozdziale o Zefce. W każdym razie książka wydaje się niedopracowana, a przecież tak ważny temat zasługuje na najlepszą formę!

Umiecie przymykać oczy na potknięcia? To przeczytajcie. Bo ostatecznie chodzi o to, żebyśmy nie zapomnieli, do czego ludzie bywają zdolni.


* Według Plutarcha w masywie góry Tajget Spartanie zostawiali niepełnosprawne noworodki. Całkiem niedawno okazało się, że Plutarch trochę nazmyślał. 

Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, Wydawnictwo Wielka Litera 2016. 

"On" Zośka Papużanka

Zaczęło się od Szopki kilka lat temu. Czytaliście? Autorka zadebiutowała z impetem i od razu zgarnęła nominacje do Nike i Paszportów Polityki. Poprzeczka dla kolejnej książki poszybowała wysoko.

ŚPIK

I oto jest On, najnowsza powieść Zośki Papużanki. Na pierwszy rzut oka sama zwyczajność – opowieść o chłopcu i jego mamie. Żadnych niesamowitych wydarzeń, wielkich osiągnięć. Po prostu dorastanie w szarych latach osiemdziesiątych. Tylko że Śpik nie jest zwykłym dzieckiem. To nie on ma spełniać ambicje rodziców, nie on ma mieć własne. Zbyt słabo się uczy, żeby przemknąć przez szkołę niezauważonym. Jest zbyt łatwowierny, żeby nie pakować się w tarapaty. Fascynują go jedynie krakowskie tramwaje. 

on zośka papużanka recenzja Z lewej strony wyłaniała się niebieska, lśniąca gąsienica, poruszała się powoli, zbliżała się i zjadała zakręt, napisany dwoma śmiałymi, równoległymi liniami. Rosła, pokazywała swoją drugą część, połączoną z pierwszą srebrnym przebłyskiem łańcucha. Jej tułów i ogon kolebały się łagodnie, posłuszne głowie, badającej okrągłymi oczyma przestrzeń przed sobą. W głowie gąsienicy siedział człowiek. Śpik jeszcze go dobrze nie widział, ale wiedział już, że tam jest. I wiedział, że nim właśnie chce zostać, człowiekiem w głowie gąsienicy*.

Chłopiec wyjątkowy, ale wyjątkowością niechcianą. Nikt by sobie takiego syna nie zaplanował, nikt by o nim nie marzył, nikt z własnej woli nie pisałby się na mamę Śpika. Być mamą Śpika to jak być mamusią Muminka – taka rola do odegrania, choćby się miało zupełnie inne aspiracje.

NIEPOUKŁADANY ŚWIAT

On to zatem opowieść o zwykłym życiu, które nie spełnia oczekiwań. O szukaniu swojego sposobu na zmierzenie się z nim. I pewnie nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie talent pisarki do niecodziennego przedstawiania codzienności. Mało kto potrafi zwykłe słowa poukładać w niezwykłe związki, po których nie sposób się prześlizgnąć bez zastanowienia. Papużanka bawi się stylami, przerzuca czytelnika między światem snu i zupełnie przyziemnej podstawówki, między myślami zagubionej matki i zaciekawionego dziecka. 

Ta historia opowiedziana jest z kilku punktów widzenia, zarazem z zewnątrz i ze środka. Ramę stanowi opowieść koleżanki Śpika, a sedno opowieści tkwi w próbach odtworzenia myśli chłopca i jego matki – sprawdzian dla empatii. Trzy perspektywy pokazują więcej niż jedna, ale są dla czytelnika bardziej wymagające. Trzeba być uważnym, żeby nie zgubić się w potoku skojarzeń, metafor i dygresji.

A skoro o skojarzeniach mowa, pamiętacie książkę Przyjaciele zwierząt? Tam mama autystycznego chłopca układała życie w film, bo tylko tak rozczarowania nabierały sensu. On z kolei zawdzięcza swój porządek literaturze – lektury Śpika i jego mamy grają z ich rzeczywistością. Choć to zabrzmi banalnie, ta rzeczywistość to też książka i tylko od czytelnika zależy, czy znajdzie w niej bohaterów przegranych.

I wszystkie lektury były takie. O bohaterach przegranych.
Jakby na świecie nie było nikogo, kto osiągnąłby sukces. 
Sukces osiągnęli tylko autorzy książek o bohaterach przegranych***.

ON

Zośka Papużanka napisała niezwykłą opowieść o zwykłym życiu. Dopisała jej bardzo wyraziste tło – upadający system i zmieniający się Kraków. Mimochodem sportretowała odchodzącą w niepamięć epokę ze wszystkimi jej atrybutami – Lenin w Alei Róż, kolejki, buty relaks, chałaty, Wigry 3, a potem kolekcje puszek, filmy na kasetach i pierwsze domofony. Obudziła świat nieobecnych ojców i smutnych mam.

Nie, druga książka Papużanki też nie przejdzie bez echa. Tego możecie być pewni bardziej niż rozkładu jazdy czwórki.

PS Jeśli chcielibyście poznać Zośkę Papużankę, już 10 marca będziecie mieli okazję, bo w Krakowie w Księgarni pod Globusem odbędzie się jej spotkanie autorskie.

edit: Za książkę, o której tutaj mowa Zośka Papużanka otrzymała nominację do Paszportów Polityki 2016!
 
* Zośka Papużanka, On, s. 16.
** s. 35.
*** s. 78.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Znak Literanova.

Szum - Magdalena Tulli

Są takie rodzinne tajemnice, które ciążą całymi latami, krzywdy, którym nie pozwala się zasklepić, żal przekazywany z pokolenia na pokolenie. I jest książka, która właśnie z takiego bólu wyrosła.

A ty? Jaką ranę odziedziczyłaś i po kim*?

Niektórzy czytają Szum w kontekście innych książek Magdaleny Tulli, szczególnie autobiograficznych Włoskich szpilek. Można jednak bez szkody tę najnowszą powieść wyłuskać i przeczytać jako całość samodzielną: opowieść o dorastaniu w poranionej rodzinie. Pytacie o fabułę? Nic spektakularnego, żadnych efektów specjalnych i nagłych zwrotów akcji. Po prostu życie, tylko że w nie najłatwiejszej odsłonie.

Są lata sześćdziesiąte, wokół panoszy się PRL, a ludzie próbują się wtopić w otoczenie. Jest jednak mała dziewczynka, która nie radzi sobie w szkole, nie panuje nad emocjami i nie potrafi udawać. Woła o pomoc i długo nie może zrozumieć, że tym wołaniem niszczy misterną konstrukcję, którą wznoszą kobiety w jej rodzinie. Ciotka i matka, ocalałe z obozów koncentracyjnych, znalazły własny sposób na uporanie się z traumą – udają, że nic się nie stało. Nad niedzielną szarlotką nie rozmawia się o przeszłości, nie podnosi się głosu i nie przyznaje się do bezradności. Choć nikt tego nie przyzna, nie żyje się pełnią życia, prześlizguje się jedynie po jego powierzchni, a jeden fałszywy ruch może wszystko popsuć.

Tajemnicę, której nie znałam, miałam wypisaną na czole

Narratorką tej opowieści jest wspomniana dziewczynka, później kobieta, i właśnie z jej perspektywy przyglądamy się wydarzeniom. To jej emocje poznajemy, jej samotność widzimy najdokładniej. Wiemy tylko tyle, ile ona się domyśla. To szczególna perspektywa, bardzo osobista, a to wrażenie pogłębia jeszcze fakt, że narratorka nie wprowadza nas w tę historię, tylko od razu opowiada tak, jakbyśmy już w niej tkwili. Niczego nie wyjaśnia, nikogo nie przedstawia, zamiast imion używa zaimków (on, ona, jego matka) i mówi tak, jak się mówi do samego siebie, najbardziej szczerze.

W Szumie rzeczywistość i sen przenikają się. Wszystko to, czego brakuje na jawie, można znaleźć we śnie. Przyjaciela (mądrego lisa), wskazówki (lepiej milczeć) i siłę, żeby uporać się z traumami. Największe wrażenie robią właśnie te oniryczne, niemal poetyckie sceny. Zupełnie nie dziwi więc, że najważniejszym punktem opowieści stała się jedna z nich, posiedzenie Sądu Najniższego, podczas którego spotykają się wszyscy powiązani krzywdą i winą.

Magdalena Tulli napisała piękną książkę o tym, czy przebaczenie zadawnionych krzywd jest możliwe. Teraz niektórzy mówią, że Szum boli. Kto obiecywał, że nie będzie?


* Śródtytuły to cytaty z Szumu.

Magdalena Tulli, Szum, Wydawnictwo Znak literanova 2014.

Szwedzi. Ciepło na Północy

Opisać duży kraj i niemal dziesięć milionów ludzi w jednej książce, zebrać ich poglądy, charaktery, style życia i upchnąć pod wspólną etykietką? Ktoś porwał się z motyką na słońce, tylko czy to mogło się udać?

Katarzyna Molęda, dziennikarka i skandynawistka, po latach życia w Szwecji, zebrała swoje obserwacje na temat naszych sąsiadów zza Bałtyku i opisała wszystko w książce Szwedzi. Ciepło na Północy. Jaki jest rezultat?

Trzynaście rozdziałów o szwedzkiej równości, pokorze i wierze w moc dialogu, o mieszkaniach, służbie zdrowia, o dialektach. O tym, jak Szwedzi świętują, jakie wartości wyznają i co myślą o swoim państwie. Rozpiętość tematyczna jest wielka, od spraw znanych każdemu, kto o Szwecji zaledwie słyszał, po informacje mniej popularne.

Katarzyna Molęda, Szwedzi. Ciepło na PółnocyPrzeczytacie tu więc o słynnej fice i osławionych kiszonych śledziach – to pewnie nikogo nie zdziwi, ale Katarzyna Molęda pisze też choćby o prawie Jante, a znajomość tego pojęcia pewnie nie jest już tak powszechna. Autorka porusza też tematy, o których mogliście w ogóle nie mieć okazji usłyszeć. Wiedzieliście na przykład, że w Szwecji nie ma typowych domów dziecka albo że dopiero od niedawna można mieć tam własnościowe mieszkanie? A że istnieje coś tak pięknego jak Pośrednictwo Sprawiedliwości?

Sprawy istotne mieszają się w tej książce z drobiazgami, poważne z zabawnymi, a wszystko w lekkim, przystępnym stylu. To nie jest encyklopedia wiedzy o Szwecji, jak na lekarstwo tu przypisów, to raczej luźna opowieść kogoś kto ten kraj zna i z całą pewnością lubi. Tak, to tytułowe ciepło można wyczuć w całej książce, bo Katarzyna Molęda skupiła się przede wszystkim na zaletach, a jeśli wskazuje na jakieś niedoskonałości, to raczej drobne i nieszkodliwe.

Jednostronność i uogólnienia – to byłby mój zarzut do tej książki, bo przecież wystarczy przyjrzeć się Szwecji uważniej, żeby zauważyć, że to nie do końca prawda. Nie jest tam idealnie, Szwedzi są różni, nie wszyscy lubią to samo i w to samo wierzą. Ale zarzutu postawić nie mogę, bo Katarzyna Molęda sama go rozbroiła, już we wstępie zastrzegając, że właśnie z powyższych powodów ta książka musi być niedoskonała i niepełna. Dlaczego więc warto ją przeczytać? Bo autorka mimo wszystko zdołała kilka stereotypów obalić i rozprawić się z mitami.

Czy dowiecie się czegoś nowego? Jeśli bywacie w Szwecji, znacie ją dobrze, to niewiele Was zaskoczy. Będziecie za to mogli porównać spostrzeżenia i być może uzupełnić informacje. Jeśli jednak nie interesowaliście się tym krajem wcześniej, a nie boicie się w nim zakochać, czytajcie bez wahania!

A potem sprawdźcie, co pisali Maciej Zaremba Bielawski, Elisabeth Åsbrink i Gellert Tamas. Szwecja leży gdzieś pośrodku.

Katarzyna Molęda, Szwedzi. Ciepło na Północy, Wydawnictwo Czarna Owca 2015.

Pierwszy odcinek e-krótko w 2016 roku to propozycja dla tych, którzy chcieliby się przekonać do audiobooków. Polecałam już na początek trzy inne nagrania, których dobrze się słucha, ale dziś mam coś wyjątkowego. Wiedźmina wszyscy czytali, a jeśli nawet nie, to pewnie słyszeli o nim za sprawą komiksów, serialu, filmu albo gier.  A ja pomyślałam, że właśnie audiobooki mogą być jeszcze ciekawszym sposobem na poznanie Geralta.
Później mówiono, że człowiek ów nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej. Nie był stary, ale włosy miał prawie zupełnie białe.

Znacie? To posłuchajcie.






Słuchowisko, o którym mowa to nie saga właściwa, lecz poprzedzające ją zbiory opowiadań o wiedźminie. Pierwszy to szkatułkowe Ostatnie życzenie, drugi – Miecz przeznaczenia z moim ulubionym opowiadaniem o niziołku Biberveldcie. Pominę wprowadzenie w treść, bo wiecie, czego się spodziewać po przygodach najsłynniejszego wiedźmina. Przejdźmy więc do konkretów:


Dlaczego warto


  • Absolutna oczywistość – warto, bo proza Andrzeja Sapkowskiego to klasyka polskiej fantastyki i nie znać Wiedźmina to wstyd i sromota. A poza tym te opowiadania to mnóstwo przygód z różnymi mitologiami (z tą niedocenianą słowiańską na czele), baśniami, legendami i innymi odniesieniami fantastycznymi w tle. Wyobraźcie sobie, jak przyjemnie jest tropić znane motywy i rozgryzać aluzje (niespecjalnie zawoalowane). Zwłaszcza gdy są podane w tak dowcipnej formie.
  • Dwa zbiory opowiadań to cztery płyty z 25 godzinami nagrań, a swoich głosów użyczyło ponad 70 aktorów, w tym doskonały Jacek Braciak (ale też Krzysztof Banaszyk, Anna Dereszowska, Wiktor Zborowski i Krzysztof Gosztyła w roli narratora). Uwaga, uwaga! To nie jest przeczytane, to jest bardzo ładnie zinterpretowane i opatrzone dźwiękami tła (wilki wyją, słychać wszelkie pluskania, szelesty, dźwięk uderzeń mieczy), mniam. Ciekawa treść w doskonałej formie, tak powinno się wydawać audiobooki.

 Sprawdziłam na własnej skórze, nie da się nie polubić.

Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie cz.1, cz.2 i Miecz przeznaczenia cz.1, cz.2 w nagraniach superNowej z 2011r.

Chcecie więcej?
Recenzje innych audiobooków.
Kurs czytania uchem.  

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Na początku to była zabawa. Właśnie skończyła się wojna secesyjna i sześciu przyjaciół, oficerów, szukało rozrywki. Postanowili założyć tajny klub. Tajne są najlepsze! Wymyślili zasady, kostiumy z prześcieradeł i niemal przypadkową nazwę. Znaleźli siedzibę i zaczęli potajemnie werbować członków. Jednak pomysł zaczął się rozprzestrzeniać i szybko przestał być niewinną zabawą. Kto by pomyślał, że przetrwa wieki, a jego nazwa będzie mrozić krew w żyłach jeszcze w XXI wieku! 

W brzmieniu tych trzech słów: "Ku Klux Klan" tkwi tajemna moc. Czytelniku, wymów je głośno. Czy te dźwięki nie przypominają ci dźwięku grzechoczących kości*?

Ku Klux Klan Tu mieszka miłość reportaż Surmiak-Domańska

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość to najnowszy reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Myśleliście, że Klany od dawna nie istnieją? Błąd! Ożywiają się co jakiś czas i działają zupełnie legalnie, bo przez te wszystkie lata zorientowały się już, jak siać nienawiść, mówiąc o miłości.


Autorka przyjrzała się historii Ku Klux Klanów, począwszy od tego pierwszego, powstałego w burzliwych czasach Rekonstrukcji USA, przez kolejne, które odradzały się po różnych wojnach, aż po te współczesne, które mają nawet własne strony i przyjmują zapisy przez internet. Przewertowała mnóstwo źródeł, o czym świadczy imponująca bibliografia, i zrekonstruowała najbardziej dramatyczne wydarzenia, w których klansmeni brali udział.

Surmiak-Domańska nie poprzestała jednak na samych faktach. Zastanawiała się też, co do nich doprowadziło, jak to się stało, że ta rasistowska organizacja w ogóle powstała i skąd wzięła się jej popularność. Lecz żeby te rozważania miały sens, trzeba było zacząć od historii jeszcze odleglejszej – od niewolnictwa. Dziennikarka przyjrzała się najwcześniejszemu prawu, które zmieniało się nieustannie na niekorzyść czarnych mieszkańców Ameryki, a białym pozwalało spać spokojnie. Zwróciła uwagę na stereotypy, których źródłem była nawet sztuka. I na legendę klansmana – sprawiedliwego obrońcy, ostatniej instancji, kiedy nawet państwo zawodzi – niebezpiecznie bliskiego etosowi kowboja.

A jak ci wypaczeni kowboje radzą sobie dzisiaj? O tym autorka nie musiała czytać. Nawiązała kontakt z dyrektorem (tak, tak, zupełnie jak w korporacji) Rycerzy Ku Klux Klanu i pojechała po prostu na ich Doroczny Krajowy Zjazd do Harrison. To była doskonała okazja, żeby porozmawiać z członkami organizacji, dowiedzieć się, jakie wartości wyznają, czym jest dla nich klan i co myślą o amerykańskim społeczeństwie. Kilka dni spędzonych w mieście to także szansa na rozmowy z mieszkańcami, którzy do Klanu nie należą. Co myślą o klansmenach?  Jak się żyje w białym Harrison? To dziennikarka także sprawdziła.

Miasto zachodzącego słońca – wiecie, co to takiego? Surmiak-Domańska znalazła takie miejsca, gdzie czarni do niedawna nie mogli się zapuszczać po zachodzie słońca, choć już od dawna prawo ich chroniło. Odwiedziła okolice, w których imigranci, zwłaszcza ci o ciemnej skórze, nadal nie powinni się osiedlać. Nikt nie powie im tego wprost, ale wielu da do zrozumienia, że nie są mile widziani. Cichy rasizm, ukryty – do tego punktu dojdziecie, kiedy podążycie z autorką tropem współczesnych Ku Klux Klanów. Odkryjecie, że klansmeni mają nowych wrogów i nowy sposób działania, to się nigdy nie kończy.

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość to bardzo aktualny reportaż, który pokazuje, że relacje między białymi i czarnym mieszkańcami Stanów ciągle nie są bez skazy. Grzechy z czasów niewolnictwa i Rekonstrukcji, błędy kontynuowane przez lata, skutkują do dzisiaj. Autorka doprowadziła tę opowieść do najnowszych wydarzeń z Florydy i Missouri, w których czarnoskórzy chłopcy zginęli z rąk białych policjantów. Przypomniała procesy, w których czarnych traktowano zbyt łagodnie z obawy przed posądzeniem o rasizm. Nie zapomniała też, że nie tylko biali szykują się na wojnę ras, wśród czarnych też znajdą się ochotnicy.  


Bardzo dobra książka, dokładnie udokumentowana, opatrzona fotografiami, szerokim tłem historycznym i cennymi wypowiedziami osób, które są w samym centrum problemu. Jeśli szukacie klucza do zrozumienia amerykańskiego rasizmu, w książce Surmiak-Domańskiej możecie go znaleźć.


PS Katarzyna Surmiak-Domańska będzie gościem Festiwalu Conrada i wraz z Mariuszem Szczygłem weźmie udział w spotkaniu pod tytułem Liczy się tylko prawda. Zajrzyjcie do Pałacu pod Baranami 25 października o 13:30.


*Cytat z Ku Klux Klan: Its Origin, Growth and Disbandment za Katarzyną Surmiak-Domańską Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość lok. 903.

Znaczy Kapitan

Kryminały? Thrillery? Romanse? O nie, nie! Przygoda to jest to, co doskonale pasuje do wakacji, a wszystkie wilki morskie powiedzą Wam, że jeśli chodzi o zapierające dech w piersiach przygody, to niekwestionowanym znawcą tematu był Karol Olgierd Borchardt – marynarz i pisarz w jednej osobie. Od czego zacząć? Od prawdziwej historii, bo takie są najlepsze!

Znaczy Kapitan, Karol Olgierd Borchardt, recenzja, literatura marynistyczna
Znaczy Kapitan to jedna z tych książek, które z czasem nabierają patyny, ale nic a nic nie tracą na wartości. Pierwsze teksty powstały już w 1942 roku, a opowiadają o czasach jeszcze odleglejszych – od lat dwudziestych minionego stulecia do roku 1939. Wydawać by się mogło, że trochę się zdezaktualizowały, tymczasem ciągle znajdują nowych wielbicieli. Wszyscy oni podkreślają, że to bardzo zabawna książka, ale jest w niej o wiele więcej niż tylko dowcip. Ona ciągle na nas działa, bo Karol Olgierd Borchardt opowiada o prawdziwej pasji, przyjaźni, dumie i odwadze. O budzących respekt morzach i własnych, najprawdziwszych przygodach. Wspomnienia i anegdoty zebrał w trzydziestu siedmiu opowiadaniach i tak powstała jedna z najbardziej lubianych polskich książek o morzu.

Znaczy kapitan ma dwóch ważnych bohaterów. Pierwszy to oczywiście Borchardt – silny, wysoki marynarz, który nie przepuszcza żadnej okazji, żeby zrobić komuś psikusa. Pozwala nam obserwować, jak ucząc się fachu, co rusz pakuje się w zabawne tarapaty. Drugi bohater, ten najważniejszy, to Mamert Stankiewicz, Znaczy Kapitan we własnej osobie. Postać prawdziwa, choć już na poły legendarna. Kiedy go poznajemy, dowodzi żaglowcem Lwów ze Szkoły Morskiej w Tczewie i budzi niekłamany szacunek wśród młodej załogi.

Kapitan każde swe przemówienie, każdą rozmowę zwykł był zaczynać od słowa „znaczy‟. Mówił przy tym wolno, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. [...] Żadnej mimiki, żadnych grymasów twarzy – kamienne, zastygłe oblicze o olimpijskim wyrazie*.

Postać tak ważna, że wyróżniona w tytule przewija się w całej książce, towarzysząc Borchardtowi na kolejnych statkach i budząc coraz większą sympatię, także w czytelnikach. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że Znaczy Kapitan to hołd złożony Mamertowi Stankiewiczowi. Jeśli jednak spodziewacie się nadęcia, będziecie zaskoczeni. Padają wielkie słowa, ale to wcale nie jest panegiryk. Dowcipy, anegdoty i dynamiczne opisy marynarskich perypetii sprawiają, że to przede wszystkim przygodówka. Może trochę staroświecka w stylu, lecz ciągle porywająca. W dodatku przesycona żeglarskim słownictwem, jednak niech Was to nie odstraszy! To wprawdzie literatura marynistyczna, ale przyjazna szczurom lądowym. Szybko przestaniecie się potykać o kabestany i szakle, jeśli choć trochę lubicie takie książki, połkniecie bakcyla.

Statek przypominał człowieka z rozszarpanym brzuchem, pozbawionego nawet wnętrzności. Był w agonii. Na chwilę znaleźliśmy się w dolinie między górami. Wydało się, że jest cicha i bezpieczna. I zaraz nadszedł moment krytyczny: staliśmy bokiem do nadchodzącej potężnej fali. Zdążymy zawrócić, czy się przedtem na nas zwali? Zamieramy, czekając na wynik. Fala zbliża się, dymiąc gdzieś u góry, niemal trzeba podnieść głowę, by dostrzec jej krater. Przestajemy oddychać**.

Przeczytajcie, obejrzyjcie zdjęcia, których w tej książce nie brakuje. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że choć przez chwilę pozazdrościcie Borchardtowi dalekich rejsów. Na pewno dowiecie się czegoś nowego o miejscach, które odwiedził, o statkach, na których pływał. Przekonacie się, jak wiele od tamtej pory się zmieniło. Wzruszycie się i nie jeden raz się uśmiechniecie, bo to spora dawka fascynującej historii opowiedzianej w doprawdy zajmujący sposób. Nie ma więc na co czekać! Ahoj, przygodo! Weźcie ze sobą na wakacje książkę Karola Olgierda Borchardta. Znaczy, żagle w górę!


* Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, lok. 108;
** lok. 2002.


Karol Olgierd Borchardt, Znaczy Kapitan, Wydawnictwo Bernardinum 2010.

Był sobie radziecki sadownik, który uważał, że w przyrodzie wszystko jest możliwe. Krzyżował rośliny pochodzące z odległych części świata, stworzył wiele gatunków drzew owocowych i w swojej dziedzinie ignorował wszelkie granice. I choć niektóre jego pomysły brzmią jak bajka, Iwan Miczurin istniał naprawdę. Wiele jego teorii nie znalazło jednak potwierdzenia, niektóre okazały się zupełnie błędne, więc poza przyrodnikami, wszyscy inni mogliby o nim zapomnieć. Aż tu pewnego dnia pojawiła się Weronika Murek, która zastosowała metodę Miczurina na zgoła innym gruncie. Literatura – tak, tutaj miczurinizm sprawdza się doskonale.

Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, opowiadania, recenzja
Uprawa roślin południowych metodą Miczurina to zbiór siedmiu krótkich, kompletnie niesamowitych opowiadań połączonych jedną zasadą – w ich świecie wszystko jest możliwe. Okładka jest niepokojąca, ale tytuły tekstów wcale nie zapowiadają rozbuchanej treści, są rzeczowe, brzmią konkretnie: Organizacja snu w przedszkolu, Alergia na pióra pudrowe czy choćby Trzeci pochówek generała Sikorskiego z uwzględnieniem koca. Kto by się spodziewał, że za tymi hasłami kryją się opowieści, w których rzeczywistość przypomina dziwaczny sen.

W tekstach Weroniki Murek umarli są stale obecni wśród żywych i niezbyt chętnie wybierają się w zaświaty, ludzie znikają w cudzych snach, a Matka Boska nosi podomkę i chustkę. Wiara chrześcijańska z powodzeniem miesza się z przesądami i folklorem, a najdziwniejsze treści przekazywane są tak, jakby były zupełnie naturalne. Już pierwsze zdania zaskakują i działają jak lep:

O tym, że nie żyje, dowiedziała się jako ostatnia. Czasami tak bywa*.

A dalej jest coraz ciekawiej, bo autorka zaskakuje nie tylko treścią, ale i formą. Łamie schematy, rozrywa utarte skojarzenia wyrazowe i bawiąc się słowami, wyprowadza czytelnika w pole. Taki język – pełen osobliwości i hybryd, współgra z opowieścią, bo skoro nie istnieją w niej żadne granice, dlaczego język miałby ściśle trzymać się własnych?

Pomysł Weroniki Murek polega na zaskakiwaniu i pewnej nieadekwatności. Gdyby te opowiadania były melodiami, to ich największym atutem byłby wpleciony celowo fałszywy ton. To dzięki takim rysom i mutacjom słowa przyciągają, nie można się po nich bezmyślnie prześlizgnąć.

Przyśnił mi się w nocy, powiedział: „Pomyliłem wtedy sny i zasiadłem we śnie kogoś innego. To, co zdarzyło się mnie, może się zdarzyć każdemu. Zniknęły okna i drzwi i już nie mogłem się wydostać”. Spytałam, jak jest tam, po śmierci, odparł: „Niewyobrażalna samotność”, to znaczy: nie najgorzej**.

Niektóre wątki przywodzą na myśl cudowny zbiór Nadepnęłam na węża Hiromi Kawakami. Pisarki mają ze sobą zaskakująco dużo wspólnego – obie piszą o naturze nieskrępowanej żadnymi granicami. U jednej można być człowiekiem i jaszczurką, u drugiej umrzeć i ciągle żyć. I nawet jeśli japońska pisarka w tym porównaniu wygrywa, to Weronika Murek depcze jej po piętach. To dobra proza, chciałoby się więcej.



* Cytaty pochodzą z elektronicznej wersji książki, lok. 45;
** lok. 215.


Znowu reportaż i znowu Rosja, bo ciągle wydaje mi się, że mogę zrozumieć więcej. I nagle trafiam na książkę, która już na okładce ma zdanie „Rosja to stan umysłu”. Swoiste usprawiedliwienie – nie staraj się, bo i tak jej nie rozgryziesz. I automatycznie budzi się mój sprzeciw, nie dam się zbyć zużytym frazesem. Już to przerabiałam przy książce Wacława Radziwinowicza, ale genialna Swietłana Aleksijewicz podniosła poprzeczkę. Chcę wiedzieć więcej i Anna Wojtacha, będzie moją przewodniczką.

Zabijemy albo pokochamy, reportaż, recenzja, Anna Wojtacha
Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji mogłyby być uzupełnieniem Czasów secondhand. Zaczynają się tam, gdzie reportaż Aleksijewicz się kończy, bo Wojtacha pisze o imperium Putina. Jest jeszcze jeden punkt styczny – we wstępach do obu książek przeczytacie, że autorki interesuje człowiek, zwykłe ludzkie życie. I ciach, tutaj absolutny koniec podobieństw, bo Aleksijewicz pisze, że patrzy na swoich bohaterów oczyma humanisty, a Wojtacha wybiera dla siebie zgoła odmienną rolę:

(...) ludzie opowiadali mi swoje najskrytsze historie. Takie, które łatwiej opowiedzieć komuś obcemu. Niczym barmanowi, który nie dość, że nie ocenia, to jeszcze w odpowiednim momencie napełni kieliszek i znacząco, ze zrozumieniem pokiwa głową. Byłam ich barmanem, spowiednikiem, przyjacielem – tylko na cztery czy pięć dób, ale to nigdy nie miało znaczenia*.

Już wiadomo, że to zupełnie inna literatura i chyba możecie sobie wyobrazić styl tej książki. Żywy język, w którym raz po raz prześlizguje się ironia i soczyste wulgaryzmy. Gdyby jakiś szalony archiwista zechciał poukładać książki według ich stylu, Wojtacha znalazłaby miejsce gdzieś między reportażystą Hugo-Baderem i gawędziarzem Bruczkowskim. Trochę bliżej tego drugiego.

Siedem rozdziałów o (nie)zwykłych ludziach – żołnierz, który wrócił z Czeczeni i jego nadludzko wytrzymała matka, budowniczy gazociągu w Tajdze, były więzień, prostytutka i snajper Specnazu. Wódka leje się strumieniami, ludzie się otwierają, a autorka słucha, nie ocenia, ale czasami wymykają się jej dosadne komentarze. Nie ukrywa swojego zdania i czasami sama wysuwa się na pierwszy plan.

Bo musicie wiedzieć, że to niezupełnie jest książka o Rosji, o Putinie, systemie. Zabijemy albo pokochamy mówi o ludziach, także o Wojtasze. Najwięcej dowiedziałam się właśnie o autorce, bo już w pierwszym rozdziale otwarcie opisuje historię swojego związku z Ogim, wspomnianym snajperem. Później sama staje się bohaterką tekstów, nie ograniczając swojej roli do obserwowania. Co rusz pakuje się w tarapaty, włączając się w losy rozmówców i próbując na nie wpływać. To ma swoje słabe i mocne strony, bo o ile osobiste życie dziennikarki zupełnie mnie nie interesuje, to właśnie dzięki takiemu podejściu zbliża się do ludzi, z którymi się spotyka, a to już zaleta.

– Aniczka, ja ci coś powiem – Wiktor nachyla się w moja stronę. Patrzę w jego przekrwione oczy. – Z nami to jest prosta sprawa: albo cię zabijemy, albo cię pokochamy**. 

Najbardziej zainteresował mnie tekst o podróży na wyspę Olchon. Paradoksalnie nie ze względu na Swietłanę, bohaterkę tego rozdziału, ale ze względu na miejsce. I tutaj ujawniła się duża wada tej książki – nie ma w niej ani jednego zdjęcia. Trudno byłoby fotografować bohaterów, bo pewnie niektórym zależało na anonimowości, ale autorka raz po raz wspomina o aparacie, a potem zostawia nas z niedosytem. Fotografie doskonale uzupełniłyby na przykład ten fragment o biwaku nad Bajkałem.

Czasami miałam też wrażenie, że to tekst typu making-of, że autorka omija to, co najważniejsze i dzieli się historiami, które dzieją się obok. Pewnie dlatego, że spotkania z bohaterami mają miejsce trochę mimochodem, kiedy Wojtacha wraca skądś, dokądś zmierza, kończy jakąś pracę albo właśnie zaczyna. Takie opowieści spoza głównego nurtu, bo i bohaterowie nieraz właśnie poza głównym nurtem żyją.

Podsumowując, dla mnie było tu trochę za dużo Wojtachy, a za mało Rosji. Nie dowiedziałam się niczego nowego o tym kraju, ale poczytałam o ciekawych ludziach z pokręconymi życiorysami. Jeśli liczycie na drugą Aleksijewicz, będziecie bardzo rozczarowani, ale jeśli macie ochotę na książkę trochę bardziej gawędziarską niż reporterską, śmiało czytajcie Zabijemy albo pokochamy!


*Anna Wojtacha, Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji, Wydawnictwo Znak 2015, s.11.
** tamże, s.25.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Znak Literanova.

Kraj-zagadka

Mam dla Was zagadkę: drogowcy z takim zaangażowaniem wyrównywali nawierzchnię drogi, że zaasfaltowali tory na przejeździe kolejowym*. Gdzie to się działo? Albo: ze względu na dużą liczbę wypadków powodowanych przez pijanych kierowców ogłoszono, że wszystkie samochody trzeba będzie wyposażyć w czujniki alkoholu. Kierowcy natychmiast wykombinowali, że silnik będą za nich uruchomiały dzieci**. Wiecie już, jaki to kraj? Nie, nie Polska! Jeszcze jedna podpowiedź? W 2006 roku Reader's Digest przeprowadził „test na chamstwo” i stolica tego kraju wypadła w nim bardzo słabo, a jej mieszkańcy okazali się jednymi  z najmniej życzliwych ludzi świata. Władze miasta musiały wysupłać niemałą kwotę, żeby polepszyć jego wizerunek***. 

Nadal nie wiecie? To świetnie! Będziecie musieli przeczytać książkę Wacława Radziwinowicza.

ROSJA. GOGOL W CZASACH GOOGLE'A

Gogol w czasach google'a, wacław radziwinowicz, reportaż
Radziwinowicz wybrał prawie sto tekstów spośród artykułów i felietonów, które pisał z Moskwy dla Gazety Wyborczej i opublikował je w zbiorze Gogol w czasach Google'a. Korespondencje z Rosji 1998 – 2012. Te teksty są cały czas dostępne w archiwum Wyborczej, więc jeśli macie do niego dostęp, możecie je przeczytać online. Zaletą książki jest to, że to autor zdecydował, które artykuły są najważniejsze albo najciekawsze. Sęk w tym, że taki wybór zawsze będzie subiektywny i także od niego zależy to, w jakim świetle przedstawiona jest Rosja. 

Ale Radziwinowicz stara się pokazać ją ze wszystkich stron. Dlatego pisze o historii, polityce, religii i innych sprawach, które mają złożyć się na portret tego przedziwnego kraju. Wybiera wydarzenia, o których ciągle pamiętamy (konflikty zbrojne, zatonięcie Kurska, atak terrorystyczny na szkołę w Biesłanie) i te mniej ważne (na przykład wspomniany „test na chamstwo” albo znikający ze zdjęć zegarek patriarchy Cyryla). Z tych tekstów wyłania się dosyć przygnębiający obraz państwa przeżartego korupcją i bezprawiem, ale autor nie pozostawia go na pastwę pesymistycznych interpretacji. Wszystko, co opisuje, opatruje kontekstem, wyjaśnia przyczyny i stara się zrozumieć. Zauważcie też, że przygląda się Rosji przez długi czas (czternaście lat!), więc może pokazać jej rozwój. 

WOJNA NIEDOKOCHANYCH MĘŻCZYZN****

Gogol w czasach Google'a to skarbnica wiedzy na temat Rosji i naprawdę trudno wybrać najciekawsze fragmenty, które zachęciłyby Was do lektury. Ze względu na sytuację na Ukrainie, zwróciłam jednak uwagę na rozdziały poświęcone armii i konfliktom zbrojnym (I i II wojna czeczeńska, wojna z Gruzją). Zaskakujące jest to, że kraj, który w wielu innych dziedzinach bardzo się zmienia, w tej jednej ciągle tkwi w miejscu. Kiedy prowadzi wojny, podnosi się z kolan i znowu jest groźnym „panem wilkiem”. Ale wojny prowadzi Rosja, Rosjanie niekoniecznie. Po pierwsze nie wszystko wiedzą, po drugie nie wszyscy ze wszystkim się zgadzają. Tekst Radziwinowicza na ten temat nosi tytuł Plac Czerwony 1968. Plac Czerwony 2008. Teraz pewnie można by dopisać Plac Czerwony 2014.


PROGRAM TOPIENIA POLAKÓW

Kolejne zagadnienie, które wydaje mi się ciekawe, to relacje między Polską i Rosją. Dziś ze zrozumiałych względów są bardzo złe, ale nie zawsze tak było. Radziwinowicz nie poświęca temu tematowi wiele miejsca, ale z co najmniej dwóch tekstów można wywnioskować, że nasz kraj jest (a może był, bo dziś nam się interesy rozjeżdżają) sztucznym wrogiem, stworzonym na potrzebę chwili. Tak przynajmniej wynika z artykułu na temat ustanowienia Dnia Jedności Narodowej, czyli rocznicy wygnania Polaków z Kremla w 1612 roku (Program topienia Polaków). Wtedy to powstała legenda Iwana Susanina, który miał potopić w mokradłach Polaków ścigających Mikołaja Romanowa. Ale legenda stała się dla Rosjan jedynie powodem do żartów, a nie zarzewiem konfliktu. Co więcej, z kolejnego tekstu (Urządzimy Wam tu Polskę) wynika, że Rosjanie mawiają o nas z podziwem, a przez jakiś czas byliśmy dla nich nawet oknem na Zachód.

ROSJĘ MOŻNA ZROZUMIEĆ

Na okładce znajdziecie zdanie Wiktora Jerofiejewa: „Sensacja! Okazuje się, że Rosję można zrozumieć”. Owszem, po przeczytaniu książki Radziwinowicza zrozumiecie, jak działają mechanizmy, które rządzą tym krajem, ale nadal nie będziecie wiedzieć, dlaczego pozwala się im działać. Ale to nie wina autora, to po prostu Rosja.

Przeczytajcie Gogola w czasach Google'a, pozwólcie się zadziwić.

* Tę historię znajdziecie w rozdziale Na Putinie mucha nie siada (s. 225).
** O rosyjskim kombinowaniu przeczytacie w rozdziale Sekslalki i Chruszczow (s. 223).
*** A o nieuprzejmych Rosjanach jest mowa we fragmencie pod tytułem Moskwa nie chce być chamska (s. 173).
**** Ten i kolejny podtytuł to tytuły artykułów Radziwinowicza (s. 89 i 141).

Wacław Radziwinowicz, Gogol w czasach Google'a, Agora SA 2013.

Obsługiwane przez usługę Blogger.