Słyszysz Lars Saabye Christensen i już wiesz, że to będzie dobra książka. A jeśli czytałeś Odpływ albo Beatlesów, wiesz też, że muzyka może w niej odegrać znaczącą rolę. I tym razem właśnie tak będzie, bo w kolejnym odcinku Muzyki z książek posłuchamy playlisty z powieści Magnes! Lecimy z Oslo przez Kopenhagę do San Francisco, w tle muzyka z drugiej połowy ubiegłego wieku.


MIŁOŚĆ, SZTUKA I CZAS

Po pierwsze Magnes to historia miłosna. Poznają się na studiach i choć zdaje się, że nie mają ze sobą wiele wspólnego, zostają parą – mądra, piękna Synne i utalentowany, niedopasowany Jokum. Podążamy za nimi od miasteczka studenckiego po galerie San Francisco, podglądamy w najintymniejszych chwilach, obserwujemy, jak się zmieniają i może nawet przeczuwamy zakończenie tej historii.

Po drugie Magnes jest opowieścią o sztuce. Gdyby książki miały ojców chrzestnych, ta miałaby Edwarda Hoppera i Franza Kafkę. Proces pojawia się już na pierwszych stronach, kiedy Jokum pisze pracę na jego temat, potem wraca nie tylko przywoływany w treści, ale i wyczuwalny w atmosferze niektórych scen. Hopperem z kolei zajmuje się Synne, z jego twórczością kojarzą się fotografie Jokuma, konkretny obraz przywołuje Synne, żeby opisać własne życie.
W dodatku tę historię można czytać jako opowieść o artystach, o sztuce współczesnej i jej związkach z biznesem.

Po trzecie Magnes to portret czasu. Zauważyliście już pewnie w prozie Christensena tęsknotę za latami sześćdziesiątymi, siedemdziesiątymi. Lądowanie na Księżycu, protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, kolejne płyty Beatlesów. Każda książka Christensena działa jak kapsuła czasu, z tą jest tak samo – uchwyciła czas i miejsca, których już nie ma.

MUZYKA

Sztuk wizualnych jest w tej powieści najwięcej, ale muzyka też odgrywa dużą rolę. Jak zwykle u Christensena pomaga sportretować czas – i tak wiemy na przykład, że rówieśnicy głównych bohaterów słuchają Beatlesów, Stonesów, Animalsów, wiemy, że na studenckich imprezach gra dosyć wtórny zespół The Sunbeams albo że do Oslo przyjechał wtedy Leonard Cohen, a koncert został przerwany z powodu alarmu bombowego.

Muzyka odzwierciedla "inność" Jokuma. Kiedy wszyscy słuchają rocka, chłopak szuka czegoś, co bardziej do niego pasuje. Wybiera jazz, słucha Oscara Petersona i odkrywa, że melodia może wyznawać miłość rytmowi.

Wreszcie muzyka łączy się z fotografiami Jokuma, z piosenek pochodzą tytuły niektórych zdjęć czy wystaw.

Widzicie? Magnes musi mieć playlistę!

Jak zwykle wynotowałam utwory, o których jest mowa w książce. Jeśli nie padł konkretny tytuł, wybierałam kawałek, który dany artysta mógł grać w tamtym czasie. Efekt? 22 utwory, godzina i dwadzieścia pięć minut słuchania. Zaczynamy?




CHCECIE WIĘCEJ?

Tytuł oryginału: Magnet,
Przełożyła Iwona Zimnicka;

"Spadek" Vigdis Hjorth

Spadek Vigdis Hjorth


Mój ojciec umarł pięć miesięcy temu, w dogodnym lub niedogodnym momencie, zależy od punktu widzenia. [...] Moje rodzeństwo przez całe tygodnie przed jego śmiercią prowadziło zażartą dyskusję o zaliczce a conto przyszłego spadku – chodziło o podział wakacyjnych domków na archipelagu Hvaler. Zaledwie dwa dni przed wypadkiem ojca ja też zabrałam głos i stanęłam po stronie swojego starszego brata przeciwko naszym dwom młodszym siostrom*.

Taki jest punkt wyjścia tej opowieści – śmierć ojca – ale wszystko zaczęło się dużo wcześniej. I taki jest jej pretekst – spadek – ale to nie on jest prawdziwym przedmiotem sporu. W rzeczywistości szczęśliwa rodzina była tylko mitem starannie plecionym wokół tajemnicy sprzed lat.

BLIZNA PO DZIECIŃSTWIE

W pierwszoosobowej narracji teraźniejszość nieustannie miesza się z retrospekcjami, zupełnie jakby wszystko działo się naraz. To idealnie oddaje prawdziwy temat Spadku – nieprzepracowaną krzywdę z przeszłości, która ciągle kładzie się cieniem na losach bohaterów. Nie ustała wraz ze złymi czynami, nie została rozliczona, ciągle się dzieje. W przekładzie Elżbiety Ptaszyńskiej-Sadowskiej opowieść Bergljot sprawia wrażenie nieco chaotycznej, czasem męczącej, wypełnionej trudnymi emocjami i budowanej na bieżąco. To buduje wrażenie, że, narratorka, właściwie dopiero teraz na naszych oczach analizuje swoją krzywdę. Przygląda się jej następstwom, przygląda się sobie. Głaszcze bliznę po dzieciństwie, bo wszyscy inni uparcie udają, że jej nie ma.

O CZYM SIĘ NIE MÓWI

To przyglądanie się sobie w powieści Vigdis Hjorth przywodzi mi na myśl Agnetę Pleijel i jej autobiograficzne Wróżbę i Zapach mężczyzny. Nie ze względu na temat, bo pod tym względem Hjorth jest oczywiście cięższa. W książkach obu pisarek podobieństwo widzę raczej w ciekawości siebie samych z przeszłości, przyglądaniu się sobie na nowo i bez retuszu, w starannym analizowaniu relacji międzyludzkich. Proza Pleijel jest może subtelniejsza, ale to zrozumiałe – bohaterka Hjorth nie może jeszcze mieć tego dystansu, przecież krzyczy z samego środka swojej historii.

Książki Agnety Pleijel to niejedyne skojarzenie. Przychodzi mi do głowy też Stulecie Herbjørg Wassmo. Z tym że tam jest nienazwany On i wielka krzywda niewypowiedziana wprost, tabu, a w Spadku to, o czym się nie mówi, jest nazwane po imieniu. To właściwie cały sens książki Vigdis Hjorth – pozwolić mówić dotąd niewysłuchanym, przyznać, że widzimy ich blizny.

DO KOGO NALEŻY PRZESZŁOŚĆ

Mam jeszcze jedno skojarzenie. Tak otwarcie o innym rodzinnym tabu, bez upiększeń i omówień pisze przecież Karl Ove Knausgård. Całkiem niedawno autobiograficzną Moją walką wyprowadzał Skandynawów ze strefy komfortu i przećwiczył z nimi dyskusję, która odżyła później po premierze Spadku. Najważniejsze jest w niej pytanie o granicę między prywatnymi losami a materiałem literackim. Czy linia, której nie powinno się przekraczać w ogóle istnieje?  Czy można pisać o historii, którą dzielimy z innymi? I do kogo właściwie należy przeszłość?

Kiedy wydano Spadek, w norweskiej prasie zaczęły się pojawiać artykuły, w których pytano między innymi jak to jest rozpoznać swoje losy w fabule takiej książki. Ale Vigdis Hjorth nie wspominała o autobiograficzności tej opowieści. Paradoksalnie potwierdzenie przyszło ze strony tych, którzy nie życzyli sobie ujawnienia zdarzeń z przeszłości – to siostra autorki przyznała, że Spadek ma źródło w historii jej rodziny**.

Tutaj pojawia się jeszcze jedno pytanie, które mogliby sobie zadać uczestnicy tamtej dyskusji – jakie znaczenie ma to, czy ta książka jest autobiograficzna? Co zmienia ta perspektywa? Czy nie rozmywa się ważniejszy problem? Bo przecież Vigdis Hjorth chciała oddać głos niewysłuchanym ofiarom. Czy przesuwając punkt ciężkości tej dyskusji, na nowo się ich nie zagłusza?


* Pierwsze zdania Spadku Vigdis Hjorth.

**Helga Hjorth napisała nawet książkę Fri vilje, która miała być odpowiedzią na Spadek.

Tytuł oryginału: Arv og miljø,
Przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska





Photo by Lachlan Gowen on Unsplash

Młodość, przyjaźń, muzyka

Jest coś niezwykłego w skandynawskich książkach o dorastaniu. Weźmy niektóre tomy Mojej walki Karla Ovego Knausgårda, Wróżbę Agnety Pleijel i na przykład Odpływ Larsa Saabye Christensena. Zmienia się czas, zmieniają się ludzie, ale efekt za każdym razem jest taki sam – czytam, wsiąkam, chcę więcej. 

KAPSUŁA CZASU

Lars Saabye Christensen, BeatlesiTym razem dorwałam książkę o czterech norweskich nastolatkach, którzy uwielbiają Beatlesów i marzą o założeniu własnego zespołu. Bardzo to uprościłam, bo w rzeczywistości to trochę tak, jakby Lars Saabye Christensen wziął muzykę, parę skrętów i znaczki oderwane z masek samochodów, a potem zamknął wszystko w kapsule czasu. Otwiera się ją  i nagle bucha atmosfera lat sześćdziesiątych! Protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, wiadomości o inwazji na Czechosłowację, relacja z lądowania na Księżycu. I na tym tle  przyjaźń, pierwsze zauroczenia, wielkie marzenia i młodzieńcze błędy.

Siedem lat z życia nastolatków, sami rozumiecie, w tej fabule może być wszystko.

Byliśmy mocni w gębie, a z naszych twarzy wzlatywały piękne ptaki. Braliśmy zaliczkę na przyszłość, która zapowiadała się fantastycznie*. 

BEATLESI

Powieść Beatlesi jest przesiąknięta muzyką. Wspaniała czwórka jest już w tytule książki, tytuły rozdziałów pochodzą od nazw jej płyt i piosenek, a Kim, Gunnar, Ola i Seb przybrali nawet pseudonimy Paul, John, George i Ringo. Utożsamiają się z nimi tak bardzo, że pogłoski o rozpadzie zespołu stawiają pod znakiem zapytania losy ich własnej przyjaźni. Przyjaźni, dodajmy, upływającej w rytmie muzyki Beatlesów. 

Kolejne płyty towarzyszą ważniejszym wydarzeniom w życiu chłopaków. Począwszy od Help! po Let It Be słuchają uważnie każdego tekstu, analizują dźwięki, rozpoznają nowe instrumenty. Od czasu do czasu przedzierają się do ich świata dziewczyny ze swoimi Leonardami Cohenami albo starszy brat z Bobem Dylanem, ale Beatlesi trzymają się mocno.

Jednak zmiany są nieuniknione. Zachodzą równolegle w muzyce i w życiu chłopaków, odbijając się wreszcie w tonacji książki. Od beztroski i entuzjazmu pierwszych rozdziałów po gorycz ostatnich. Tak gra maestro Christensen. 

Beatlesów w polskim przekładzie (świetnej Iwony Zimnickiej) mogliśmy poznać dopiero po ponad trzydziestu latach od norweskiej premiery. I wiecie, co jest najlepsze? Że ciągle czyta się to doskonale. I czeka się na polskie (albo choć angielskie) przekłady pozostałych dwóch tomów trylogii o Kimie Karlsenie i jego przyjaciołach**. Film też by się chętnie obejrzało! 

Przecież ostrzegałam: czyta się, wsiąka i chce się więcej!


Chcecie więcej?


* Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, nie mogę podać numeru strony, ale znajdziecie go w rozdziale "Rubber Soul". Zima '65/'66
** Bly z 1990 roku i Bisettelesen z 2008.


Tytuł oryginału: BEATLES,
Przełożyła Iwona Zimnicka;

Lars Saabye Christensen, Beatlesi, Wydawnictwo Literackie 2016.

Niegrzeczne dzieci Paryża wracają! Pamiętacie pierwszy tom Vernona Subutexa? Podstarzały Piotruś Pan, były sprzedawca płyt, pakuje się w tarapaty. Bankrutuje, załazi za skórę kilku osobom, bez grosza przy duszy ląduje na ulicy, w międzyczasie stając się obiektem poszukiwań coraz większej grupy ludzi. Czego chcą? Kaset z prawdopodobnie cennym nagraniem. Dotąd doprowadził nas pierwszy tom. Teraz Virginie Despentes podrzuca kolejny!

RING THE BELLS THAT STILL CAN RING

vernon subutex 2, virginie despentes, recenzja
Wbrew pozorom w poprzedniej części niewiele się działo, fabuła leniwie przesuwała się do przodu. Co innego narracja – tu było dynamicznie jak w kalejdoskopie. W drugim tomie odwrotnie – wydarzenia się zagęściły i ni z tego, ni z owego zawartość słynnych kaset przestała być zagadką. Ale, ale! Motyw przewodni pierwszego tomu wcale nie stracił na wartości, nagrania uruchomiły szereg zaskakujących, brawurowych nawet, zdarzeń!

Co ciekawe sposób opowiadania równocześnie zwolnił. To współgra ze zmianami, jakie zaszły w bohaterach. Niegrzeczne dzieci Paryża przestały się miotać. Nie bez powodu autorka uczyniła mottem tego tomu Anthem Leonarda Coehna:


Ring the bells that still can ring
Forget your perfect offering
There is a crack in everything
That's how the light gets in. 

Odmienieni bohaterowie Despentes słuchają muzyki, piją, palą i tańczą jak w transie. Żyją bardziej? Widzą więcej?

BANDA VERNONA

Pierwszy tom był opowieścią o jednostkach, o rywalizujących ludziach przemielonych przez media społecznościowe. W drugim tomie Despentes od tego odchodzi, pokazuje już szerszy obraz. Nie, nie grupę, przedziwne zbiorowisko skupione wokół Subutexa – artystów, byłe gwiazdy porno, transseksualistów, wielbicieli rocka, dawnych miłośników hip-hopu, bezdomnych, muzułmanów, neofaszystów. I ze styku tak różnych środowisk rodzi się opowieść o rozwarstwieniu, o nastrojach politycznych, o tyglu zwanym społeczeństwem. 

Czy są surowe oceny? O tak, kto ma oberwać, ten oberwie. Autorka się nie patyczkuje, pokazuje wszystkie rysy, koślawości i zafałszowania.

Despentes znowu maluje. Portret zbiorowy z rockiem w tle.  

Chcecie więcej?
Muzyka z książek: playlista Vernona Subutexa 

Tytuł oryginału: Vernon Subutex. Tome 2,
Przełożył Jacek Giszczak;

Głodne duchy

Oto Makau, chińskie Las Vegas. Nierealny świat, gdzie nieprawdopodobnie łatwo trwonione są pieniądze zarobione w prawdziwym życiu. Tu czas płynie inaczej, tu działają inne prawa, a życie to nieustanna gra.

To właśnie w Makau ukrywa się Lord Doyle. Wie, że to tylko kwestia czasu, kiedy jego prawdziwa tożsamość wyjdzie na jaw i będzie musiał odpokutować za dawne występki. Ale to jeszcze nie dziś. Na razie może założyć żółte rękawiczki, wyciągnąć portfel z krokodylej skóry, usiąść przy stole do bakarata punto banco i zagrać tak, jakby mu nie zależało. Wystylizowany król świata w drodze na samo dno.

lawrence osborne, ballada o drobnym karciarzu, recenzjaOSKUBAĆ I BYĆ OSKUBANYM


Lord Doyle to narrator i główny bohater Ballady o drobnym karciarzu, najnowszej powieści Lawrence'a Osborne'a. Miejcie się jednak na baczności, tytuł to zmyłka – karciarz jest drobny, ale stawki olbrzymie, wygrane zapierające dech w piersiach, a upadki spektakularne. Fabułą rządzi rytm sukcesów i porażek, powtarzalny cykl życia gracza.
Znowu zamierzałem ich oskubać, a jeśli tak się złoży, że to oni oskubią mnie, to nawet lepiej. Takie jest jin i jang przyjemności gracza. Oskubanie i bycie oskubanym to jedno i to samo. Człowiek staje się sadystą i masochistą nie tylko tego samego dnia albo tej samej nocy, lecz w tej samej chwili. Jest w tym przecież coś wielkopańskiego*.

Ballada o drobnym karciarzu to studium hazardzisty, który gra z samym życiem. Bakarat to tylko sposób, żeby na próbę wystawić los. Sprawdzić, jak daleko można się posunąć. Tak zachłannie grają tylko prawdziwi gracze, niczym buddyjskie głodne duchy odczuwający nienasycone pragnienie. Lord Doyle jest jednym z nich. Podejmował już ryzyko i w bakaracie, i w prawdziwym życiu. W tym pierwszym grywał nierozsądnie, w tym drugim – nieczysto. Teraz dotarł do punktu, w którym wszystko może zmienić. Tylko czy zechce?

Mężczyzna nieumiejący kochać, ale umiejący analizować statystyki reguł prawdopodobieństwa. Było za późno, żeby żałować tego, jaki się stałem**.
Jeśli obedrzeć Doyle'a z póz, które przybiera, Ballada staje się kolejną w dorobku Osborne'a wnikliwą opowieścią o moralności. O ciemnych zakamarkach duszy, o występkach, które czekają na karę i o ludziach, którzy żyją tak, jak grają. Jakby im nie zależało. 

Autoportret karciarza to jedna strona tej powieści. Ale narrator równie uważnie przygląda się swojemu otoczeniu. Graczom, którzy zaludniają kasyna, ich zwyczajom, rytuałom, przesądom. Patrzy na Chińczyków okiem człowieka Zachodu. A najbarwniej opisuje kicz i przepych Makau, jego kolory i smaki. W tych momentach do głosu dochodzi podróżnicza natura autora i jego doskonały zmysł obserwatora.

Pamiętacie? Czytając Przebaczenie, ważyłam niedostatki formy i zalety treści. Tym razem szalki ułożyłyby się równo – forma i treść współgrają. Elegancka proza o uzależnieniu od porażki. Postawicie na to?

* Ballada o drobnym karciarzu, s. 216-217.
** s. 24.

Tytuł oryginału: The Ballad of a Small Player;
Przełożyła Anna Gralak;
Lawrence Osborne, Ballada o drobnym karciarzu, Wydawnictwo Znak Literanova 2016.
Dziękuję za egzemplarz recenzencki Wydawnictwu Znak Literanova.

Góra Tajget

II wojna światowa – wydawać by się mogło, że już wszystko o niej napisano, a literatura była jednym z terenów, na którym padły najważniejsze pytania. Jednak po latach ciągle okazuje się, że ten temat jest niewyczerpany. Są zagadnienia, o których dotąd mówiło się zbyt cicho, żeby były powszechnie znane. Są też takie, którym pozwoliliśmy blaknąć, nie poświęcając im należytej uwagi. O tych pierwszych opowiada książka Mam na imię Marytė, którą niedawno polecałam. Z kolei Góra Tajget jest głosem w sprawie tych drugich.

góra tajget, anna dziewit-meller, recenzjaNajnowsza powieść Anny Dziewit-Meller opowiada więc o okrucieństwach drugiej wojny światowej, szczególnie o nazistowskiej akcji T4. U jej podstaw leżał pomysł stworzenia idealnego społeczeństwa, z którego zostaną usunięte osoby odbiegające od aryjskiego ideału. „Eliminacja życia niewartego życia” – tak to określano, a w efekcie wymordowano prawdopodobnie setki tysięcy osób chorych i niepełnosprawnych. W Górze Tajget jest mowa o jednym z ośrodków, w których ten plan był realizowany – w śląskim Lublińcu pod pretekstem leczenia zamordowano ponad 200 dzieci.

Powieść Anny Dziewit-Meller dołącza więc do innych książek poruszających temat eugeniki (jak choćby Higieniści Macieja Zaremby Bielawskiego albo Wybrańcy Steve'a Sem-Sandberga), ale zaznaczyć trzeba, że choć Góra Tajget opiera się na prawdziwych wydarzeniach, nie jest reportażem. W związku z tym autorka mogła wybrać mniej oczywisty sposób na przedstawienie tej historii. Oddała głos kilku postaciom – ofiarom, oprawcom i urodzonym już po wojnie ludziom, którzy nie mogą pozwolić, by pamięć o tamtych zdarzeniach umarła. Co ciekawe mało tutaj jest powiedziane wprost, nie ma rozbudowanych statystyk i dokładnej analizy sytuacji, a jednak treść nie jest przez to mniej uderzająca. Na pierwszy rzut oka narracja jedynie krąży wokół sedna, ale cała brutalność akcji T4 (i wojny w ogóle) wyłania się z doświadczeń i emocji bohaterów.

I tak Góra Tajget z książki o okrucieństwie nazistów staje się opowieścią o strachu i odwadze, o nieukaranych zbrodniach i o pamięci, która jest jedynym zabezpieczeniem przed kolejnymi takimi nieludzkimi wydarzeniami w przyszłości.

Ma prawie wszystko, żeby można było wymieniać ją jednym tchem z najciekawszymi polskimi powieściami ostatnich lat – ważny temat, niebanalny pomysł na formę i doskonały tytuł*. Sęk w tym, że Góra Tajget ma też istotną wadę – jest nierówna. W poszczególnych rozdziałach zmieniają się style narracji, a autorka nie ze wszystkimi radzi sobie sprawnie. Szczególnie tam, gdzie pojawia się potoczna polszczyzna, znika płynność i język staje się sztuczny. Między innymi z tego powodu niektóre rozdziały są mniej wiarygodne. Może to kwestia niedostatków warsztatu, a może niedostatków redakcji, która przepuściła na przykład „gromkie spojrzenie” w rozdziale o Zefce. W każdym razie książka wydaje się niedopracowana, a przecież tak ważny temat zasługuje na najlepszą formę!

Umiecie przymykać oczy na potknięcia? To przeczytajcie. Bo ostatecznie chodzi o to, żebyśmy nie zapomnieli, do czego ludzie bywają zdolni.


* Według Plutarcha w masywie góry Tajget Spartanie zostawiali niepełnosprawne noworodki. Całkiem niedawno okazało się, że Plutarch trochę nazmyślał. 

Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, Wydawnictwo Wielka Litera 2016. 

Wyobraźcie sobie instrukcję, jak bezpiecznie przejść przez życie. Dorosnąć, ustatkować się, założyć rodzinę. Mieć mieszkanie, ubezpieczenie i oszczędności. Żadnych całonocnych imprez, zero przypadkowych partnerów seksualnych, w grę nie wchodzą też eksperymenty z substancjami psychoaktywnymi. Wszystko zgodnie z prawem i tym, o czym zawsze mówiła mama. Macie to? Teraz możecie to przekreślić, bo bohaterowie książki Virginie Despentes zrobili wszystko na odwrót!

 

SEX, DRUGS & ROCK'N'ROLL


Francja już to wie, a teraz Virginie Despentes powoli daje się poznać reszcie świata jako artystka, dla której nie ma tematów tabu. Jest ostra i jej książki są ostre. Wystarczy chwila w sieci* i już wiadomo, że Vernon Subutex nie jest jej najbardziej kontrowersyjnym dziełem. Co nie znaczy, że jest grzecznie! Jest zadziornie od samego tytułu, od pseudonimu głównego bohatera**. Jest seks, są dragi i mnóstwo rocka. A do tego kilka ciekawych spostrzeżeń na temat ludzi – pewnej specyficznej ich grupy – nocnych drapieżników Paryża.

 

vernon subutex, virginie despantes, recenzjaVERNON SUBUTEX


Nie bez powodu nie zaczęłam od opisu fabuły. Ona jest tylko pretekstem – podstarzały Piotruś Pan, czyli tytułowy Vernon, ląduje na bruku. Ma tylko jedną walizkę, a w niej kasety z nagraniem, które nagle staje się obiektem pożądania coraz większej grupy osób. Widzicie? To mógłby być niezły początek, ale w tym pierwszym tomie (Vernon Subutex ma być trylogią) to już właściwie wszystko. 

Dlaczego więc mielibyście to czytać? Bo pisarka rozegrała to sprytnie – kazała głównemu bohaterowi chodzić z tą nieszczęsną walizką od drzwi do drzwi, wpraszać się do dawnych przyjaciół i byłych dziewczyn dawnych przyjaciół. I tak właśnie powstała seria portretów współczesnych Paryżan – imprezowiczów, którzy próbowali wszystkiego, mieli wielkie plany, a teraz... dorośli. Despentes mówi: sprawdzam. Jaki jesteś Paryżu? Co wyrosło z dawnych królów życia?

 

ŹLI CHŁOPCY I NIEGRZECZNE DZIEWCZYNKI


Autorka ma przenikliwe spojrzenie. Wyciągnęła najgorsze cechy ludzkie, uwypukliła je, dorzuciła garść stereotypów i wypuściła na ulice nocnego miasta. W świetle dziennym wychodzi jednak na jaw, kim są, kiedy impreza dobiega końca – zostają z nich furiaci, oszuści, narkomani, damscy bokserzy, a w najlepszym razie niedogolone lekkoduchy w stylu Vernona.

Pisarka nie bawi się w delikatność, nie temperuje swoich zdań, a bohaterom każe wygłaszać opinie, które nie mają wiele wspólnego z poprawnością polityczną. Pokazuje przepaść między prawdą i wizerunkiem, który tworzą na użytek mediów społecznościowych. Przywołuje ideały, które nie wytrzymały próby czasu, bunt, który się przeżył i plany, z których nic nie wyszło.

Paryż Virginie Despentes to nie jest prawdziwe miasto. To jedynie jego wycinek, w którym skupiają się wszystkie grzeszki i osobliwości. Kwintesencją jest ostatnia, niemal filmowa scena. Kamera odjeżdża i historie różnych ludzi układają się w całość, w zbiorowy portret Paryżan, niedoskonałych dzieci wielkiego miasta. 

Chcecie więcej?
Przygotowałam dla Was playlistę Vernona Subutexa.
Recenzja drugiego tomu Vernona Subutexa


* Na przykład tutaj możecie posłuchać, co o sobie mówi Despentes.
** Subutex jest używany do leczenia uzależnienia od opiatów. 

Tytuł oryginału: Vernon Subutex,
Przełożył Jacek Giszczak;

Virginie Despentes, Vernon Subutex, Wydawnictwo Otwarte 2016.

Polska premiera 30.03.2016

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

Oto jest! Kolejna książka Donny Tartt. Nie jest nowa, bo po raz pierwszy została wydana w 2002 roku, a rok później można było przeczytać ją w Polsce w przekładzie Pawła Lipszyca. Teraz Mały przyjaciel wraca w nowej szacie, z piękną okładką nawiązującą do pozostałych powieści Tartt wydanych przez Znak Literanova. Kiedy czytaliśmy Szczygła, podzieliliśmy się na zachwyconych i rozczarowanych. Ciekawe, jak będzie tym razem! 

Mały przyjaciel

Lata siedemdziesiąte minionego wieku, amerykańskie południe. Zaczynają się wakacje, dzieci wyjeżdżają na obozy, cieszą się beztroską. Co robi Harriet?

Cele na lato
Harriet Cleve Dufresnes

Harriet wpatrywała się w ten tytuł z niepokojem. Jak dziecko drwala na początku bajki, ogarnęła ją tajemnicza tęsknota, pragnienie, by powędrować daleko i dokonać wielkich rzeczy; chociaż nie potrafiła powiedzieć dokładnie, co chciała robić, wiedziała, że było to coś wzniosłego, mrocznego i niezmiernie trudnego*.

Tego się nie spodziewacie Harriet postanawia znaleźć mordercę swojego brata. Kiedy Robin zginął, była niemowlęciem i właściwie nie powinna pamiętać tamtego strasznego Dnia Matki. Dziś ma dwanaście lat i prawie niczego się nie boi to jasne, że musi rozprawić się z niewyjaśnioną tajemnicą z przeszłości. 

Chłopczyca Harriet

Świat stworzony przez Donnę Tartt to świat kobiet. Poza nielicznymi wyjątkami, mężczyźni nie odgrywają tu głównych ról, raczej tłoczą się na drugim planie w charakterze opryszków, oszustów, w najlepszym razie są po prostu na bakier z odpowiedzialnością. A jednak paradoksalnie to do mężczyzn ciągle należy świat. Kobiety mają być potulne i ładnie się wyrażać. 

Nie, w naturze Harriet nie leży dopasowywać się. Mówi co myśli, robi co chce. Podziwia żołnierzy i odkrywców, czyta o prawdziwych śmiałkach, a jej wzorem jest Harry Houdini, mistrz ucieczki. Sprytna i odważna dziewczynka, która konstruuje bomby z proszku do pieczenia i octu, imponuje chłopakom i z jednym z nich się przyjaźni. Potrzebujecie skojarzeń? To taka literacka następczyni Skauta z Zabić drozda. Tylko bardziej zadziorna. Ktoś mógłby ją nazwać chłopczycą, a prawda jest taka, że po prostu nikt nie wmówił jej, że dziewczynkom wolno mniej!

Donna Tartt nadaje tej opowieści szczególne tło – amerykańskie południe to przecież do dzisiaj miejsce, w którym podziały rasowe są wyczuwalne, a w latach siedemdziesiątych nie było wcale lepiej. Autorka zarysowuje te wszystkie nierówności społeczne Mississippi, ówczesną obyczajowość i styl życia. W centrum umieszcza rodzinę, która przeszła najtrudniejszą z prób i która nigdy już nie będzie taka sama.

Może dorośli złamani śmiercią Robina, nie mieli sił, żeby okiełznać wolność Harriet, może ból sprawił, że wycofali się i zostawili dzieci samym sobie, może po prostu wyprzedzili swoją epokę. W każdym razie dzięki temu Mały przyjaciel to książka o dorastaniu i niekontrolowanym wypuszczaniu się w świat dorosłych. O badaniu go i szukaniu granic, o nauce, że wszystko, co robimy, będzie miało konsekwencje.

Tak ja odczytałam tę powieść, ale na pewno zwrócicie uwagę na jeszcze inne wątki, znajdziecie swoje interpretacje. Jedno radzę  nie spodziewajcie się tradycyjnego kryminału. Donna Tartt buduje tak drobiazgową narrację, tak wiele uwagi poświęca detalom i tak chętnie ucieka w dygresje, że akcja niebywale spowalnia. To nie jest najlepsze tempo dla powieści kryminalnej, a skupienie się na rozwiązywaniu zagadki może być w tym przypadku prostą drogą do rozczarowania. 

Zamiast tego przyjrzyjcie się wyrazistym postaciom, zwróćcie uwagę na to, jak zmienia się Harriet. A potem wróćcie sprawdzimy, czy podział na rozczarowanych i zachwyconych nadal obowiązuje. 


* Donna Tartt, Mały przyjaciel, s. 85-86.

Tytuł oryginału: The Little Friend;
Przełożył Paweł Lipszyc;


Dziękuję za książkę Wydawnictwu Znak Literanova.

Czas na współczesną literaturę litewską. Przypuszczam, że to nie ona króluje w naszych biblioteczkach, a to być może błąd. Mieliśmy wspólną historię, dzieliliśmy kulturę, a i nasza literatura miała mnóstwo punktów stycznych. Dzisiaj Litwini zachwycają się książkami Kristiny Sabaliauskaitė. Sprawdzimy, czy nam też przypadną do gustu?

Silva rerum to tetralogia (w Polsce wydano dotychczas tylko pierwszy tom), która opowiada o losach polskiej szlachty, rodziny Narwojszów. Elżbieta i Jan Maciej uciekają z kozackiej masakry w Wilnie. Od tej pory śmierć zawsze czai się w okolicy, a bliźnięta, Urszula i Kazimierz, z dziecięcą ciekawością zaglądają jej w oczy. Szybko odkrywają, co dzieje się z ciałem po śmierci i ta wiedza nie pozostaje bez wpływu na ich młodzieńcze decyzje. Tłem dla ich dziejów jest siedemnastowieczna Litwa i nasza wspólna burzliwa historia.

Sam opis fabuły mówi niewiele, ale dajcie mi chwilę, a przekonam Was, że Silva rerum naprawdę zasługuje na uwagę.

SILVA RERUM


Zacząć trzeba od tajemniczego tytułu. Sylwy istniały naprawdę i były to księgi, w których spisywano historię rodziny. Każde ważne wydarzenie było skrzętnie odnotowywane, ale do takiego pamiętnika trafiały też różnego rodzaju błahostki, łącznie z wprawkami poetyckimi autorów. A jeśli dodać do tego relacje z podróży, cytaty i zabawne anegdoty, okazuje się, że silva rerum to daleki przodek Facebooka.

Książki Kristiny Sabaliauskaitė to sylwa podwójna – taką księgę tworzył Jan Maciej, ale i sama powieść jest zapisem historii Narwojszów. Musicie wiedzieć, że autorka włożyła mnóstwo pracy w to, żeby była to opowieść jak najbardziej wiarygodna. Rzecz jasna jest to fikcja, ale osadzona w prawdziwych wydarzeniach, a niektóre postaci istniały naprawdę. Sabaliauskaitė wertowała archiwa, wczytywała się w prawdziwe sylwy i weryfikowała różne wersje historii Litwy.

Wilno stało się właściwie jednym z bohaterów tej książki. Barwne, wielokulturowe i bogate miasto zostało w niej odtworzone tak pieczołowicie, że czytelnik może niemal usłyszeć zgiełk tych starych uliczek. Miasto litewskie, ale po trochu też rosyjskie, niemieckie i polskie, ciągle szukające swojej drogi było czymś więcej niż tłem dla losów Narwojszów. Różne odsłony, przemiany Wilna szczególnie współgrają z rozwojem jednego z bliźniąt, Kazimierza. Silva rerum jest jego bildungsroman, a momentami nawet powieścią przygodowo-awanturniczą. 
 

BAROK I BALANS


Fabuła jest ciekawa, ale Silva rerum najbardziej zaskakuje formą. Musicie wiedzieć, że autorka jest historykiem sztuki i szczególnie fascynuje ją barok. Chciała dać temu wyraz w powieści i doprowadzić do balansu między przepychem i ascezą. Zauważycie to w treści, ale w formie moglibyście wcale nie zwrócić na to uwagi. A to dlatego, że wszystko w niej doskonale gra! Ogromna w tym zasługa Izabeli Korybut-Daszkiewicz, która przełożyła kunsztowna prozę litewskiej pisarki.

Gwarantuję, że przez kilkadziesiąt pierwszych stron można nie zorientować się, że w tej książce w ogóle nie ma dialogów! Można nie zauważyć, że zdania są niespotykanie długie i ciągną się przez całe strony. A najlepsze jest to, że książka napisana tak rzetelnie przez naukowca (autorka jest historykiem sztuki), ani trochę nie jest przeintelektualizowana. Czuje się, że to jest dobra literatura, ale czyta się przyjemnie.

Odczytacie ją na kilka sposobów, zobaczycie w niej powieść historyczną albo przygodową. Może zwrócicie uwagę na opowieść o życiu ówczesnych kobiet. Prawdopodobnie wyczujecie nutkę realizmu magicznego w swojskiej odsłonie o oczach bazyliszka. Ale jedno jest pewne – będziecie chcieli więcej.


Tytuł oryginału: Silva rerum,
Przełożyła Izabela Korybut-Daszkiewicz;


Wojna i terpentyna

Ponad trzydzieści lat temu, na kilka miesięcy przed śmiercią, Urbain Martien powierzył swoje pamiętniki wnukowi. Ten długo trzymał je w zamknięciu i dopiero zbliżająca się setna rocznica wybuchu, tak ważnej dla dziadka, pierwszej wojny światowej zmobilizowała go do lektury. Kiedy w końcu poznał treść dwóch starannie zapisanych zeszytów, postanowił zgodnie z wolą Urbaina odtworzyć jego losy w książce.

wojna i terpentyna stefan hertmans

Stefan Hertmans odczytał i zredagował pamiętniki, odnalazł stare dokumenty i podążył tropem sprzed blisko stu lat. Dotarł do miejsc, związanych z najważniejszymi wydarzeniami w życiu dziadka i na własne oczy zobaczył, jak rozprawił się z nimi czas. Tak właśnie po latach dojrzewania powstała Wojna i terpentyna, opowieść o losach Urbaina Martiena gęsto splecionych z burzliwymi dziejami Europy.

WOJNA

Urbain urodził się we Flandrii w 1891 roku. Łatwo obliczyć, że jego młodość dość szybko zakłóciła pierwsza wojna światowa. Jak to mogło wyglądać, wiemy z lekcji historii, co nieco wyczytaliśmy u Remarque'a, ale książka Hertmansa jest chyba jeszcze bardziej obrazowa. W części dotyczącej tych wydarzeń, autor oddał bowiem głos dziadkowi, który bez wygładzania przekazał wszystko, co widział. 

Teraz piszę wyłącznie o wojnie, prawdziwie i szczerze, nie jako hołd. Bóg mi dopomóż. Tylko moje przeżycia. Moje okropności*.


Martien spisywał swoje wspomnienia po wielu latach (zaczął pisać w 1963 roku), a jednak pamiętał wszystkie traumatyczne wydarzenia z frontu. Jak wielki musiały mieć na niego wpływ, skoro tak żywo opisał ostrzał z niemieckich karabinów maszynowych, smród okopów, głód i strach. Przerażeni, dzielni, tchórzliwi, martwi mężczyźni. W tym miejscu doświadczenia jednego człowieka są ponurym świadectwem historii, a opatrzone komentarzem Hertmansa każą zastanowić się nad tym, jak zmienił się etos żołnierza.

TERPENTYNA

W życiu Urbaina starły się dwie potężne siły. Pierwsza to wojna, druga to pasja. Przed pierwszą nie mógł się bronić, a drugiej nie mógł się w pełni oddać.

Tak oto ten paradoks stał się konstantą jego życia: miotał się między tożsamością wojskowego, którym był z konieczności, a artysty, którym chciał być. Wojna i terpentyna**.


„Terpentyny” jest w tej książce dużo, bo Martien najpierw podglądał ojca odnawiającego malowidła w kościołach, potem sam zaczął rysować i może nawet próbowałby rozwijać swój talent, gdyby nie fatalny rok 1914. Ale takiej pasji nie da się zdusić, więc Urbain nawet w okopach szkicował, a po latach w malarstwie wyrażał to, o czym nie mógł mówić.

Farby, pędzle, techniki malarskie, a w tym wszystkim zakodowane uczucia. Hertmans przygląda się obrazom dziadka i próbuje wyczytać z nich jego prawdziwe myśli. Odkrywa sekrety i zbliża się do człowieka, który odszedł, nim zdążyli się dobrze poznać.

Ale malarstwo obecne jest nie tylko w treści, przenika też do formy. Nawet wspomnienia autora o dziadku sprawiają wrażenie obrazów, a długie, pełne szczegółów zdania bez trudu można by przenieść na płótno. Widzicie to?

Żółte światło poranka wpada przez małe, obrośnięte winoroślą okno. W ręce trzyma jedną z wielu reprodukcji, które regularnie wyrywał z książek o sztuce, by wykorzystać podczas sporządzania kopii (przymocowywał reprodukcję do deseczki, którą dwoma drewnianymi klamerkami przypinał do palety malarskiej); trzyma ilustrację w rękach, nie mogę dostrzec, co na niej jest, ale widzę, że po policzkach spływają mu łzy i że w ciszy coś szepce***. 

Pisarz maluje tą książką portret dziadka, a potem dodaje resztę rodziny. Ukochaną matkę Urbaina, jego chorowitego ojca, długowieczne rodzeństwo i cichutką żonę. Bo Wojna i terpentyna to także hołd oddany przodkom starym bogom, których już nie ma. 

Hertmans na chwilę ich ożywił. Zanim znowu znikną, posłuchajcie, co mają do powiedzenia.




* Cytaty jak zwykle z elektronicznej wersji książki, lok. 222,
** lok. 4830,
*** lok. 86.

Tytuł oryginału: OORLOG EN TERPENTIJN
Z niderlandzkiego przełożyła Alicja Oczko,

Teczka Senseia

Hiromi Kawakami. Pierwsze skojarzenie? Jeśli pamiętacie moje recenzje Nadepnęłam na węża i Manazuru, musiało Wam zamajaczyć słowo-klucz  surrealizm. Tym razem jest inaczej, Kawakami ściągnęła wodze wyobraźni, utemperowała nieco styl i napisała powieść niemal zwyczajną. Niemal, bo oniryczna atmosfera pojawia się w niektórych akapitach, jednak z nieokiełznanym uniwersum z poprzednich książek nie ma już wiele wspólnego. Kawakami dla trzeźwo patrzących na świat? Oceńcie sami.   


Jedno na pewno się nie zmienia – zarys fabuły w przypadku książek tej japońskiej pisarki niewiele potencjalnemu czytelnikowi mówi. Krótkie wprowadzenie? Sensei i miłość zaczyna się, kiedy Tsukiko składa zamówienie w barze i zauważa, że o identyczne potrawy prosi jakiś mężczyzna. Zaciekawiona przygląda się mu i odkrywa, że to jej dawny nauczyciel japońskiego. Od tego przypadkowego spotkania zaczyna powstawać więź, która połączy odrobinę ekscentryczną Tsukiko i staroświeckiego Senseia.

O czym to jest? O samotności, przyjaźni i w końcu o miłości. Ale wyróżnienie miłości w tytule może wprowadzić w błąd. Zwłaszcza w połączeniu z tajemniczym zdjęciem dziewczyny na okładce i dopiskiem: Książka jak lekcja szczęścia. Od takich tropów prosta droga do skojarzenia z tandetnym romansidłem, a nic bardziej mylnego! Zacznijmy od tego, że jedynie polski tytuł tak wygląda. Z Sensei no kaban wyewoluowały na przykład: The Briefcase (wersja amerykańska), Aktovka (chorwacka), Der Himmel ist blau, die Erde ist weiß (niemiecka) i Strange Weather in Tokyo (brytyjska). Nasze Sensei i miłość nie jest szczególnie zaskakujące, ale zawęża możliwości interpretacji, romans stawiając w centrum. O ileż lepsza byłaby po prostu Teczka Senseia!

Miłość w tej książce jest spokojna, daleko jej do porywów młodzieńczych uczuć. Dotyczy dojrzałych ludzi, którzy są tak ostrożni, że przez dłuższy czas w ogóle nie ośmielają się nazwać relacji, która ich łaczy. Tutaj do głosu dochodzi jeszcze kwestia powściągliwej kultury i w efekcie cała opowieść jest dosyć subtelna i na wskroś japońska. Choć przychodzą mi do głowy wyjątki (na przykład Dzieci ze schowka), z japońskimi książkami kojarzy mi się też ta nieśpieszna narracja i akcja pozbawiona zawrotnej dynamiki. Pozornie niewiele się dzieje, w rzeczywistości jednak nie wydarzenia, lecz zmysły odgrywają tu największą rolę. 

A kiedy o zmysłach mowa, smak wysuwa się na plan pierwszy. Gdyby przyrządzić wszystkie potrawy, które jedzą bohaterowie, powstałaby prawdziwa uczta. Korzeń lotosu smażony na ostro, solone cebulki, wieprzowina z kimchi, bibimba z jajkiem sadzonym. Egzotyczne potrawy suto popijane sake – tym sposobem Sensei i miłość zasila szeroki nurt literatury z jedzeniem w tle. Nawet wśród samych azjatyckich książek łatwo znaleźć podobne, weźmy na przykład koreańskie Zaopiekuj się moją mamą, Smak języka albo japońską Kuchnię Banany Yoshimoto. U Kawakami jedzenie staje się czynnością niemal intymną, nierozerwalnie związaną z relacją między Tsukiko i Senseiem.

Brzmi interesująco, prawda? Pewnie dlatego w Japonii powieść doczekała się realizacji na scenie i w serialu telewizyjnym, a Jirō Taniguchi stworzył na jej podstawie mangę.

Sensei i miłość na pewno spodoba się wielbicielom literatury japońskiej w jej zachowawczej, klasycznej odsłonie. Kto będzie zawiedziony? Wszyscy, którzy liczyli na powtórkę z Nadepnęłam na węża. Te książki są tak różne, jakby miały innych autorów. 

Werdykt Ekrudy? Kawakami nieokiełznana vs Kawakami dla realistów 2:0. 
Ale walka była wyrównana.

Tytuł oryginału: Sensei no kaban;
Przełożyła Anna Zalewska;

Jakiś czas temu świat obiegła wieść, że szwedzkie apteki rozszerzą asortyment plastrów, bo dotąd sprzedawane były tylko takie, których odcień zbliżony był do koloru skóry białych. Za sprawą Pauli Dahlberg, blogerki z Vardagsrasismen.nu, dostrzeżono, że w Szwecji żyją także ludzie innych ras i może im przeszkadzać to, że najczęściej spotykane plastry do koloru ich skóry nie pasują. Jedni oburzyli się na kaprysy czarnych i połączyli dyskusję na temat plastrów z tą o szwedzkiej polityce imigracyjnej, inni zaczęli się zastanawiać nad tym, czy nazwa koloru cielistego rzeczywiście jest rasistowska. A ja byłam wówczas świeżo po lekturze Amerykaany, sprawa plastrów wyglądała na wyjętą z jej kart.

Chimamanda Ngozi Adichie Americanah Amerykaana
Chimamanda Ngozi Adichie 
(Courtesy of the John D. and Catherine T. 
MacArthur Foundation  source)
Amerykaana to powieść Chimamandy Ngozi Adichie. Znacie ją już? To nigeryjska pisarka, która w Polsce dopiero zaczyna być doceniana, ale Stany Zjednoczone już dawno zdążyła zachwycić. Zbiera nagrodę za nagrodą i otwiera oczy czytelników na problemy rodzące się na styku kultur, narodów i ras. A temat zna od podszewki, bo sama kursuje między kontynentami  pochodzi z Afryki, studiowała w Ameryce Północnej i między innymi z własnych doświadczeń wyniosła przenikliwe spostrzeżenia.

NIGERIA – USA – NIGERIA

Pisarka podobnym życiorysem obdarowała Ifemelu, główną bohaterkę Amerykaany. Dziewczyna urodziła się w Nigerii i jeszcze w liceum poznała swojego ukochanego, Obinze. Obojgu wydawało się, że spędzą razem przyszłość. Nigeria pod rządami wojskowych nie była jednak spokojnym miejscem, więc szybko zaczęli marzyć o innym życiu. Ifemelu wyjechała pierwsza, chłopak miał do niej wkrótce dołączyć, ale po zamachu na World Trade Center Stany Zjednoczone niechętnie przyjmowały imigrantów. A dalej już wiecie  miłość na odległość, samotne zmaganie się z przeciwnościami losu i przepaść, która z czasem rośnie. W końcu Ifemelu została opiniotwórczą blogerką w USA, Obinze ułożył sobie życie w Nigerii i dopiero po latach ich ścieżki znowu się splotły. Widzicie to już? Miłość i tożsamość  o tym jest Amerykaana. Z naciskiem na tożsamość.

MIŁOŚĆ

Zacznijmy jednak od związków, bo już tutaj zauważycie co najmniej trzy ciekawe wątki. Najważniejszy to oczywiście historia Ifemelu i Obinze, która tylko na pierwszy rzut oka może się wydawać banalna. W rzeczywistości na początku jest uroczo naiwna, a później bardzo się komplikuje. Spójrzcie  oni wcale nie przestali się kochać, ale kiedy spotkali się po latach, byli już przecież innymi ludźmi, a każde z nich miało bagaż doświadczeń obcych temu drugiemu. Ten wątek mógłby być kompletnie płaski, gdyby nie to, że Adichie stworzyła tak żywe postacie. Ifemelu i Obinze są niedoskonali, zachowują się irracjonalnie, popełniają błędy i pewnie dlatego tak mocno przykuwają uwagę.

Kolejna ciekawa sprawa, to bohaterki, które wchodzą w wątpliwe moralnie związki dla poczucia bezpieczeństwa (albo dla pieniędzy, jak kto woli). Naliczyłam trzy takie kobiety (to z ich punktu widzenia poznajemy te historie, dlatego nie wspominam o mężczyznach), każda jest inna i na pierwszy rzut oka inaczej się je ocenia, ale w gruncie rzeczy chodzi w tych relacjach o to samo.

I wreszcie najciekawsze, związki Ifemelu z innymi mężczyznami. Nad każdym wisi oczywiście porównanie z Obinze, ale wyzwań jest więcej, bo główna bohaterka najpierw spotyka się z białym Amerykaninem, a później z czarnym, ale też Amerykaninem. Jak już się pewnie domyślacie, w obu relacjach występują różnice nie do pogodzenia. Nie tylko rasa dzieli, z kulturą też nie jest prościej.

TOŻSAMOŚĆ

Amerykaana Chimamanda Ngozi Adichie Americanah
Tym sposobem dochodzimy do tego, co w Amerykaanie najciekawsze tożsamość. Zacznijmy od samego tytułu, bo widzę w nim klucz do interpretacji. Americanah to kąśliwe określenie na Nigeryjczyków, którzy zmienili się po pobycie w Ameryce. Inaczej mówią, inaczej się zachowują i zdaje się, że w pewnym stopniu wyrzekli się swojej tożsamości. Czy to dotyczy Ifemelu? A czy nie wydaje Wam się, że emigracja, zwłaszcza taka na dłuższy czas, zwykle wiąże się z pewnym wyobcowaniem?

Adichie kazała swojej bohaterce blogować o rasie  o tym jak żyje się w kraju, w którym spotykają się czarni i biali Amerykanie z czarnymi nie-Amerykanami. Jeśli historia Ifemelu nie da Wam do myślenia, to jej artykuły na pewno to nadrobią. Bez owijania w bawełnę i silenia się na subtelności wytykają niedoskonałości społeczeństwa, które chce być poprawne politycznie, a bywa w tym niezdarne.

Nie obawiajcie się, Adichie nie moralizuje, pokazuje po prostu punkt widzenia, na który niekoniecznie wpadnie ktoś z innym zapleczem kulturowym i etnicznym. Zastanawialiście się kiedyś na przykład jaka jest różnica między rasizmem i antysemityzmem? Poza tą oczywistą w obiekcie nienawiści? Bohaterka Amerykaany ją widzi:

W nienawiści do Żydów jest też prawdopodobieństwo zazdrości  są tacy mądrzy, ci Żydzi, wszystko kontrolują, ci Żydzi  i nie da się ukryć, że w zawiści jest element, co prawda powściągliwego, ale jednak szacunku. W nienawiści do czarnych Amerykanów nie ma miejsca na zawiść  są tacy leniwi, ci czarni, są tacy nieinteligentni, ci czarni*.

Ifemelu dostrzega też inne problemy, pozornie błahe  na przykład to, że czarne kobiety w Ameryce rzadko pokazują się publicznie z naturalnymi włosami, spójrzcie na Michelle Obamę. Czy w tym świetle szwedzki problem z plastrami nie wydaje Wam się czymś więcej niż kaprysem roszczeniowych imigrantów?

Takie bogactwo ciekawych zagadnień, tyle spraw do przemyślenia, a to wszystko w książce, którą czyta się doskonale. Chimamanda Ngozi Adichie ma imponującą zdolność lekkiego pisania o trudnych tematach. Myślę, że jeszcze lepiej byłoby ją czytać po angielsku, bo polski przekład jest trochę niezręczny, ale i tak nie powinniście zwlekać. Dobra książka, nie mam wątpliwości. 


Chcecie więcej?
Ten blog to skarbnica wiedzy o autorce Amerykaany.
A na deser połączenie fikcji i rzeczywistości  Chimamanda Ngozi Adichie pisze blog w imieniu Ifemelu. Od jakiegoś czasu nie ma nowych wpisów, ale może to jeszcze nie koniec.

* Chimamanda Ngozi Adichie, Amerykaana, Zysk i S-ka Wydawnictwo, s. 526.

Tytuł oryginału: Americanah,
Przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek;

Dom po drugiej stronie lustra

Zastanawialiście się kiedyś, jak znane historie mogłyby wyglądać z innej perspektywy? A jak doszło do tego, że w ogóle powstały? To szczególnie ciekawe, jeśli chodzi o te najbardziej znane dzieła literatury światowej. Na przykład Alicja w Krainie Czarów, co stało za przygodami małej bohaterki? Nie chodzi nawet o te najbardziej kontrowersyjne plotki, ale o samą atmosferę, w jakiej powstała tak fantastyczna opowieść. Jakieś pogłoski przetrwały wieki, ale wciąż więcej jest pytań niż odpowiedzi. Jest jednak ktoś, kto wie więcej niż inni i kto właśnie wydał swoją pierwszą książkę. 

recenzja książki Dom po drugiej stronie lustra, Vanessa Tait, recenzja
Alice Liddell, tak nazywała się dziewczynka, która była pierwowzorem książkowej Alicji i ulubienicą Lewisa Carrolla. To jej prawnuczką jest Vanessa Tait, o której Domu po drugiej stronie lustra dziś mowa. Cóż za wspaniała sytuacja! Mieć dostęp nie tylko do rodzinnych archiwów Liddellów, prywatnych listów, ale i wspomnień przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Jak tu nie wykorzystać tak sprzyjających okoliczności?

Vanessa Tait nie przegapiła okazji i w rezultacie powstała półprawdziwa opowieść o wydarzeniach poprzedzających powstanie Alicji w Krainie Czarów i Po drugiej stronie lustra. Autorka zrekonstruowała historię, udramatyzowała ją nieco i przedstawiła z perspektywy guwernantki dzieci Liddellów.

Fabuła nie jest skomplikowana: Maria Prickett, zdesperowana stara panna (we własnym mniemaniu), ma jeden cel  rychłe zamążpójście.
Do tej pory życie Marii nie było takie, jak się tego spodziewała albo jak mogłaby oczekiwać po lekturze pewnych książek. Teraz jednakże wzięto ją na posadę do najbardziej prestiżowego domu w Oksfordzie, jej życie zaś miało nabrać znaczenia i ruszyć z miejsca, od razu z kopyta. To przyjęcie było właśnie zapowiedzią owych zmian*.
Wtedy w życiu panny Prickett pojawił się Charles Dodgson, znany nam lepiej jako Lewis Carroll. I tak oto rozgoryczona guwernantka rozpoczęła walkę o względy tego osobliwego mężczyzny z małą, rozpieszczoną dziewczynką, Alicją.

Nic zaskakującego, prosta opowieść z historią w tle. Takie książki miewają swój urok**, ta w dodatku ma potencjalny atut  powinowactwo z jedną z najbardziej niesamowitych książek świata. Sęk w tym, że Tait właściwie go nie wykorzystała. Tak, postaci są prawdziwe i nawet pojawiają się cytaty z Alicji w Krainie Czarów, ale Dom po drugiej stronie lustra to przede wszystkim opowieść o zranionych uczuciach, o miłości i aspiracjach. Książki Lewisa Carrolla są tylko pretekstem, nie stanowią żadnego klucza, bez nich ta historia się nie zmienia. Czy to zarzut? Raczej podejrzenie, że byłaby o wiele ciekawsza, gdyby wyraźniej zagrała w niej literatura.

Co innego sam Lewis Carroll, on jest obecny właściwie od początku. Podoba mi się to, że Tait pozostawiła wątpliwości z nim związane bez jednoznacznej odpowiedzi, w końcu nigdy nie zostały wyjaśnione. Zaletę widzę też w zarysowaniu realiów epoki  przede wszystkim sytuacji kobiet. I to już właściwie wszystkie plusy, które udało mi się znaleźć w tej książce. Reszta jest nierówna  po nudnawej i rozmydlonej pierwszej połowie, druga okazała się ciekawsza, ale ciągle za mało było w niej życia, żebym przejęła się losem bohaterów.

Dom Liddellów w książce Vanessy Tait jest jak domek z lalkami zamiast ludzi z krwi i kości. Dużo więcej życia jest w zmyślonej Krainie Czarów. Taka jest potęga imaginacji i może to właśnie powinnam zapamiętać z lektury.

PS Należałoby jeszcze popracować nad polskim wydaniem, bo w wersji elektronicznej pojawiają się błędy. Jest na przykład mowa o żeniących się guwernantkach.

* Cytat pochodzi z elektronicznej wersji książki, lok. 91.
** Prosta, ale urocza (choć z innym wycinkiem historii w tle) jest na przykład książka D. Smith Zdobywam zamek.

Tytuł oryginału: The Looking Glass House;
Przekład: Krzysztof Cieślik i Klementyna Wohl;

Obsługiwane przez usługę Blogger.